Szeptunka

Nie chciała spędzić życia za sklepową ladą, kłócić się z kobietami kupującymi mięso w sklepie ojca. Czasem mu pomagała. Szczególnie po śmierci matki. Widziała go, jak wstaje o czwartej rano, jeździ do okolicznych wsi, kupuje mięso od zaprzyjaźnionych rolników, składuje w chłodni, a później mięsne półtusze rozbiera na kawałki i sprzedaje. Przyglądała się ojcu wieczorami, gdy zmęczony siadał przed telewizorem i cierpliwie wysłuchiwał niekończących się pretensji swojej drugiej żony.

Milena nie pojmowała, czemu się z nią ożenił. Macocha, owszem, była kobietą zadbaną i młodszą od męża o kilkanaście lat. Wymigiwała się jednak od pomocy w sklepie, ignorowała Milenę, a z czasem także własne kilkuletnie dzieci. Dnie spędzała głównie przed lustrem i telewizorem z szklaneczką w dłoni. Po opróżnieniu kilku stawała się kłótliwa i ordynarna.

Milena nauczyła się nie reagować na słowne zaczepki. Stopniowo przejmowała rolę opiekunki przyrodniego rodzeństwa, dwóch sióstr i brata, które chodziło do szkoły podstawowej. Gotowała obiady, pomagała odrabiać lekcje. Kiedy dzieci były chore, opiekowała się nimi ze szczególną troską. Wyczuwała, jakie zioła im podać, kładła dłonie na chore miejsca. Zdawało się jej, że dzięki temu szybciej wracały do zdrowia, jakby w nagrodę za jej wyczucie i oddanie. Marzyła o studiowaniu medycyny po skończeniu liceum, co było też pragnieniem jej zmarłej matki, która od dzieciństwa widziała ją w roli osoby przywracającej ludziom zdrowie. Na pytanie, kim chce zostać, gdy będzie duża, Milenka odpowiadała, że lekarzem. I szybko dodawała: „Ale też czarodziejem”.

W trzeciej klasie liceum udało się jej dotykiem zatamować krew w skaleczonej ręce kolegi. Poczuła się kimś wyjątkowym. Długo trzymała to w tajemnicy. Tłumiona radość, duma i poczucie, że jest nieprzeciętna, znalazły ujście na jednej z domówek, gdy napiła się po raz pierwszy alkoholu. Zwierzyła się koledze. Był pod wrażeniem. Sugerował, by sięgnęła po książki o uzdrowicielach i jasnowidzach. Mówił, że zazdrości jej daru, który otrzymała. Użył wtedy słów, które Milenę zachwyciły.

– To dar z nieba. Staniesz się sławna i ludzie będą prosić cię o pomoc.

Uwierzyła w te słowa tak bardzo, że nie dostrzegła prawdziwych intencji kolegi. Powtarzając, jak bardzo jest wyjątkowa, dolewał jej wina do szklanki. Kiedy się upiła, zmusił do seksu. Bezradna, bez czucia i władzy w ciele, nie straciła przytomności. Nie miała jednak siły, by wykonać jakikolwiek ruch. Jakby z wysoka przyglądała się sobie i podnieconemu chłopakowi, niby scenie z erotycznego filmu. Do końca łudziła się, że chłopak naprawdę ją podziwia. Kiedy położył się bezsilnie obok niej, chciała się do niego przytulić. Odtrącił ją. Powiedział, że jest głupią pindą, a mrzonki o uzdrawianiu może wyrzucić na śmietnik.

Przeżyła szok. Długo nie potrafiła spojrzeć ludziom w oczy, zwłaszcza domownikom, a nawet macosze, z którą zwykle szukała wzrokowych konfrontacji. Teraz ustępowała i unikała jej. Wiele razy zastanawiała się, jak to się dzieje, że ta kobieta zachowuje się nonszalancko, bez liczenia się z kimkolwiek, ignoruje obowiązki i nie ma wyrzutów sumienia. Zaczęła przyglądać się jej z uwagą. Otóż macocha regularnie zaopatrywała się w stumililitrowe buteleczki z wódką. Robiła drinki, mieszając alkohol z sokiem grejpfrutowym. Każdego dnia wypijała przed telewizorem około pięciu szklaneczek.

„To jest to!” – pomyślała Milena i ujrzała w alkoholu ratunek, który pomoże jej się uwolnić od przygnębienia i zapomnieć o domówce, na której się upiła i pierwszy raz doświadczyła, kim może być mężczyzna.

*

– Proszę – odezwał się jakiś mężczyzna. W ręku trzymał zapalniczkę.

Milena stała na peronie kolejki WKD w Tworkach. Przez chwilę nie wiedziała, o co chodzi nieznajomemu. Dopiero gdy zdumiona poczuła, że trzyma w ustach papierosa, zrozumiała, czemu ktoś jest wobec niej uprzejmy.

– Nie. Dziękuję. Nie palę – powiedziała i ruszyła w stronę bramy.

Był słoneczny dzień. Szła chodnikiem w cieniu drzew. Kilka tygodni czekała na przyjęcie na oddział odwykowy. Nie piła w tym czasie alkoholu. Znała już szpital w Tworkach. Kilka lat wcześniej na „dziesiątkę” odprowadzała macochę, która codziennym piciem zrujnowała sobie zdrowie. Zapytała ją wtedy: „Jak to się dzieje, że człowiek tak skutecznie zadaje ból sobie i innym?”. Macocha zostawiła ją bez odpowiedzi, wzruszając tylko ramionami, jakby pytanie pasierbicy nie miało znaczenia.

Kiedy doszła do dziesiątego pawilonu, zatrzymała się na chwilę przed wejściem. Wyjęła lusterko. Twarz miała wymęczoną i zwiędłą. Znalazła się dokładnie w miejscu, w którym kiedyś była jej macocha. Tym razem pytanie zadane przed laty postawiła sobie. Popłynęły łzy.

Przyglądała się przyjmującej ją pielęgniarce, wykonywała mechanicznie jej polecenia. Czuła się zagubiona. Z holu popatrywało na nią kilku pacjentów. Nagle za plecami usłyszała „cześć”. Nie wierzyła, że to krótkie powitanie skierowane jest do niej. Narastająca samotność była tak bolesna, że chwyciła się tego słowa jak koła ratunkowego. Odwróciła się i zobaczyła Małgorzatę, z którą chodziła na mitingi AA przed terapią w Tworkach. Ucisk w sercu i strach zniknęły.

Po wszystkich formalnościach związanych z przyjęciem na oddział szpitalny Małgorzata zaprowadziła ją do pokoju. Milenie chciało się spać. Była wykończona, ale szczęśliwa. Zapytała, czy może się zdrzemnąć. Małgorzata uśmiechnęła się wyrozumiale, przygarnęła ją na chwilę do siebie i wyszła z pokoju.

Dziewczyna usiadła na wąskim tapczaniku przykrytym kocem. Z torebki wyjęła zeszyt i długopis. Oczy zamykały jej się ze zmęczenia. Chciała jednak napisać kilka słów:

Jestem tutaj z wami,
lecz taka samotna…
Czekam na promyk słońca,
czy dla mnie się obudzi?

Pisanie wierszy uspakajało ją. Po pierwszej zwrotce usnęła.

Osiem tygodni terapii minęło szybko. Milena czuła się silna. Była absolutnie przekonana, że już nigdy nie weźmie do ust alkoholu. Po dwóch tygodniach jednak coś zaczęło się w niej załamywać. Szukała ratunku. Z komunikatu lokalnego radia dowiedziała się, że do miasta przyjeżdża znana uzdrowicielka.

– Ja też mogłabym taka być – rozmarzyła się – uzdrawiać, a choćby i leczyć ludzi… Od dziecka tego pragnęłam. Gdzie się podziały moje pragnienia, a może i moje moce? Jeśli je w ogóle miałam… Nie zaliczyłam nawet pierwszego roku medycyny. Wszystko przez tę wódę. I wylądowałam w mięsnym. Ale gdyby nie mięsny mojego ojca, to z czego bym żyła?

Nie mogła oderwać myśli od uzdrowicielki. Zdawało jej się, że gdy się z nią spotka, raz na zawsze uwolni się od cierpienia, alkoholu, złych wspomnień. Zostanie uleczona. Uznała to za znak Opatrzności. Okruch nadziei przerodził się w pewność, a potem w obsesję. Wpadła w euforię, znów poczuła się kimś wyjątkowym, w pewnym sensie nawet wybranym. Więc tylko ktoś wyjątkowy byłby w stanie ją uleczyć. Ale na dnie euforii czaił się lek, że do tego czasu nie wytrzyma w trzeźwości. I już w tym momencie chciała się napić. Wybiegła z domu, ale w porę się opamiętała. Kupiła szybko nową sukienkę i kosmetyki. Żeby uczcić przyszłe spotkanie z uzdrowicielką…

Wróciła do domu i z okna przyglądała się służbom porządkowym miasta, jak dekorują szarfami latarnie, zawieszają transparenty reklamowe między słupami elektrycznymi i przygotowują jakieś podium. Przemknęło jej przez myśl, że to dla uzdrowicielki. Ale nie, to niemożliwe, bo przecież jednocześnie w radiu mówili o niej w czarnych kolorach, przekonywali, że zapowiadana wizyta doprowadzi do podziału na lepszych i gorszych. W końcu wpadła w furię, gdy usłyszała, że pomoc, na którą czekało wielu ludzi, jest mistyfikacją organizowaną po to, by wyłudzić od naiwnych pieniądze. Wściekła i roztrzęsiona zrzuciła radio z szafki i poprzysięgła, że nigdy nowego nie kupi. Chciała się uspokoić, odprężyć i zapomnieć o ludziach, którzy podkopywali jej nadzieję.

Założyła nową sukienkę. Zrobiła makijaż. Sięgając do szuflady po szminkę, zauważyła karteczkę. Była to jej przypominajka – jedna z wielu kartek rozkładanych w różnych miejscach mieszkania. Pochowała je, kiedy wróciła z terapii odwykowej w Tworkach. Zaciekawiona, jaką sentencję przygotował jej los, rozłożyła kartkę: „Unikaj ludzi, którzy piją”.

Zignorowała przestrogę. Czuła, że coś wewnątrz niej krzyczy, by została tej nocy w domu, ale tylko przez chwilę się wahała. Wiedziała, że zabawa przyniesie jej ulgę i rozpuści nagromadzoną złość. Nawet myśli, które przestrzegały, że przez dyskotekę może zmarnować wizytę u uzdrowicielki, nie powstrzymały jej.

*

Gdy otworzyła oczy, czuła się tak, jakby leżała obok kolegi z liceum, który mówił, że otrzymała dar z nieba. Nie rozumiała, dlaczego tak się stało. Unikała mężczyzn, choć ją pociągali. Minęły lata od tamtego strasznego dnia, a nigdy nie była na randce. Głowę rozsadzał ból. Miała ochotę na wódkę. Jak przez mgłę pamiętała, że gdzieś tańczyła. Piła wino i wciąż się śmiała. Kiedy uważniej przyjrzała się leżącemu obok mężczyźnie, ten zmienił swój wygląd, jakby był migoczącym obrazem, a nie żywym człowiekiem. Uspokoiła się. Nie był to kolega z liceum. Sięgnęła do nocnego stolika po butelkę. Wypiła spory łyk. Coś zaczynała sobie przypominać. Zobaczyła go wśród bawiących się ludzi. Na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się. Wyglądał na przeciętnego. Lekko wystawał mu brzuch. Wyglądało to tak, jakby za koszulę schował okrągły balonik. Poruszał się nieporadnie jak mały chłopiec. Lekko utykał. Dostrzegła w nim nieśmiałość, jakby nieustannie przełamywał swój wstyd. Współczuła mu. Podszedł do niej, gdy zamawiała wino przy bufecie. Usiadł obok z piwem. Po pierwszym łyku powiedział, że ma na imię Jacek. Nagle zapytał ją, czy czeka na przyjazd… szeptunki Wasyli!

Teraz patrzyła na leżącego obok Jacka, ale nie miała pewności, czy jest rzeczywisty. Czy to ktoś znajomy, czy obcy? Nie wiedziała do końca, czy jest u siebie, czy jakby gdzieś indziej – naraz w dwóch miejscach. Przypomniała sobie o przyjeździe tej… Jak ona się nazywa? Szeptunki Wasyli! Tej, która ma ją uleczyć z cierpienia, alkoholu, wspomnień? Wstała z łózka, poszła z butelką do kuchni. Usiadła przy stole i upiła kilka łyków. Przez okna pokoju wpadało światło księżyca i ulicznych latarni. Usłyszała narastający gwar z ulicy, jakby przechodziła pod jej oknami manifestacja. Odstawiła butelkę i wróciła do sypialni. Otwierając drzwi balkonowe, usłyszała nagle Jacka. Jego głos był ostry, stanowczy i przepełniony złością:

– Odejdź od okna, głupia pindo. Nawet nie myśl, żeby wyjść na balkon.

Czuła jak alkohol rozlewa się po jej ciele, a jego działanie miesza się z narastającą wściekłością. Przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. Poczuła się upokorzona. Nikt do tej pory nie rozkazywał w jej mieszkaniu.

– Zbieraj manatki i wypad – rzuciła z tłumionym gniewem w jego stronę.

Jacek podniósł się leniwie z łóżka. Znów wydawał się jej nieporadny i nieśmiały. Złagodniała. Była skłonna wybaczyć mu niestosowne zachowanie, ale szybko zrozumiała, że jego ruchy są sztuczne i pozorowane. Podszedł do niej. Uśmiechał się. Zdawało jej się, że chce ją pocałować. Nagle poczuła przeszywający ból głowy. Upadła. Półprzytomna zdała sobie sprawę, że ją uderzył.

– Ty skurwysynu… – wycedziła przez zęby. Chciała dodać, że zadzwoni na policję, ale znieruchomiała. W dłoni trzymał nóż.

Jacek podszedł do okna balkonowego. Przekręcił klamkę i lekko uchylił jedno skrzydło. Wyjrzał na zewnątrz. Milena usłyszała, jak ludzie krzyczą histerycznie i wiwatują:

– Jedzie! Wasyla jedzie!

– Przez te reklamy i transparenty na ulicach ta pieprzona pinda i jej świta płyną łodziami – powiedział do siebie Jacek. – Dokąd to? – rzucił w stronę Mileny.

– Muszę się napić – odpowiedziała, trzęsąc się ze strachu. Ostrożnie podniosła się z podłogi.

– Załóż coś na siebie. Nie chcesz chyba swojej świętej z nieba przyjąć na golasa – powiedział ironicznie i otworzył obydwa skrzydła balkonu.

Milena zarzuciła na siebie szlafrok. Zastanawiała się, co zrobić. Była rozbita. Nic sensownego nie przyszło jej do głowy. Chciała się znów napić, żeby przestał ją szarpać tłumiony gniew. Zaczęła popijać wódkę z butelki. Patrzyła na Jacka. Nóż położył na łóżku. Brał po kolei krzesła, łamał je jak zapałki, zanosił na balkon i układał stos, jakby za chwilę miał rozpalić ognisko.

– Podaj mi wódkę – warknął w jej stronę.

Milena upiła spory łyk i wręczyła Jackowi butelkę.

– Popatrz – odezwał się łagodnie. – Tyle kwiatów na marne. Szarfy, transparenty i po co to wszystko? Myślisz, że kogokolwiek uzdrowi?

Stanęła obok niego. Starała się utrzymać równowagę. Patrzyła przez otwarte drzwi balkonu. Widziała ludzi biegnących w stronę rzeki. Potykali się w biegu, tratowali wzajemnie, każdy chciał wyprzedzić konkurenta, zająć lepszą pozycję z nadzieją, że łódź z Wasylą przepłynie na tyle blisko, iż dotykając burty łodzi, doświadczą cudu.

Jacek polał drewniany stos połamanych krzeseł wódką. Z kieszeni piżamy wyjął zapałki.

Milena nie wiedziała, czy zapada w sen, czy odwrotnie – zaczyna się budzić. Pod zamkniętymi powiekami zobaczyła migoczące płomyki. Zmrużyła oczy. Na balkonie obok Jacka płonęły połamane krzesła. Światło ognia miało zwabić szeptunkę. Nikt z tłumu nie wpadł na pomysł, by za pomocą światła przywołać do siebie Wasylę. W chwili gdy o tym pomyślała, z dworu dobiegł pomruk tłumu:

– Podpływa do brzegu. Zaraz będzie. Ludzie! To cud!

Gdy łódź z Wasylą przybiła, tysiące rąk pochwyciło kadłub. Nieśli łódź w stronę kamienicy, w której mieszkała Milena. Kierowali się w stronę ognia na balkonie.

– Idź do niej! – rozkazał Jacek. – Chciałaś się z nią spotkać.

Milena popatrzyła na niego rozszerzonymi ze strachu oczami.

– Nigdy. Wiem, co chcesz zrobić – powiedziała wyniośle.

– Więc ciebie zabiję – odpowiedział z groźbą w głosie i podniósł nóż z łóżka.

Chciała przeciwstawić się Jackowi, ale jakiś głos podpowiadał jej, że cokolwiek zrobi, stanie się to, co zostało przeznaczone. Czuła się tak, jak przed laty, kiedy kolega z liceum wykorzystał jej naiwność.

Wyszła na balkon. Przed kamienicą tłum postawił łódź z Wasylą. Od balustrady balkonu do burty ktoś położył kładkę. Milena przeszła ostrożnie na pokład. Zatrzymała się tuż przed szeptunką. Wyciągnęła rękę na powitanie. Wasyla stała nieruchomo. Nie poruszała ustami. Mimo to Milena słyszała jej słowa.

– Rozmiłowany i pokładający we mnie nadzieję straci ją, gdy mnie dotknie. Ludzie biorą za cud własne wyobrażenia. Czy pragniesz takiego uleczenia?

Milena chciała uklęknąć. Nie rozumiała słów Wasyli. Pragnęła powiedzieć coś wzniosłego, ale z pustki w głowie wyłaniały się tylko zwykłe, proste słowa o nałogu, z którym od lat starała się zerwać. Wielokrotnie i na różne sposoby tłumaczyła sobie, co należy robić i jak postępować, żeby alkohol był słabszy od jej woli. Szukała sposobów, zaklinała rzeczywistość, by uwolnić się od niszczącej ją siły, ale alkohol powracał do niej uporczywie, wchłaniał w siebie i panował niepodzielnie.

„Czy naprawdę Wasyla jest dla mnie ostatnią deską ratunku?” – pomyślała.

Stała przed nią na wyciągnięcie ręki i nie wiedziała, co zrobić. Zawstydzona zaczęła się cofać. Chciała jak najszybciej wrócić do pokoju, zaszyć się w kuchni i napić wódki.

– Ona kłamie! – Rozległ się głos Jacka. – Ona bawi się twoimi wyobrażeniami. Jest stara jak świat, a wygląda tak młodo. Karmi się twoimi złudzeniami i nadziejami, że znajdziesz siłę, by wyzdrowieć i wreszcie stać się kimś wyjątkowym.

Jacek ruszył do przodu. Błyskawicznie minął Milenę i wyprowadził cios nożem. Szata Wasyli zabarwiła się na czarno. Ktoś z kłębiącego się tłumu pod kładką krzyknął:

– Zamach! Ludzie, to zamach, zabili szeptunkę!

– Lekarza, lekarza! – Rozległo się zewsząd.

– Na sznur z nim, na sznur! – krzyczał mężczyzna z tatuażem na łysej głowie.

*

– Pani Mileno!? Czy pani jest obecna? – zapytał lekarz. – Czy pamięta pani cokolwiek z ostatnich dni? Znaleziono panią nieprzytomną w łóżku. Siostra panią uratowała. Zaalarmowali ją sąsiedzi, czując swąd spalenizny.

– Niech powisi trochę. Nic mu się nie stanie – powiedziała Milena i się rozejrzała zdezorientowana, jakby próbowała sobie przypomnieć, gdzie jest i co robi na oddziale neurologicznym. Obok łóżka, na którym leżała, siedział lekarz.

– Przepraszam, zamyśliłam się – powiedziała skrępowana.

– Może opowie mi pani o swoich zamyśleniach? – zaproponował.

Patrzył na nią zdziwiony i zaskoczony, choć starał się zachować spokój. Milena również popatrywała na niego i miała poczucie, jakby czas płynął obok niej. Obserwowała samą siebie. Wydawało się jej, że siedzi gdzieś w kącie pokoju, na korytarzu, jakby ponownie widziała cały oddział odwykowy, przeżywała swoją pierwszą terapię od początku do końca. Wstawała, myła zęby. Pisała prace, oglądała filmy zalecane przez terapeutów. Dyskutowała na grupach, uczęszczała na indywidualne rozmowy do psychologa. Rozmawiała z koleżanką z sali. Chodziła na stołówkę i jadła posiłki. Kładła się spać.

Po chwili jej pamięć ruszyła w przeciwnym kierunku, jak na filmie puszczonym od końca. Zobaczyła moment zakończenia terapii. Później przemykały w jej pamięci serie zdarzeń, aż historia zatrzymała się na dniu, gdy po raz pierwszy upiła się na domówce. Chciała powiedzieć o tym głośno. Wyjaśnić, że cofanie się pamięcią w czasie może sprzyjać zrozumieniu. Patrzyła na lekarza i szukała słów, by zamienić je w dostępne dla niego pojęcia. Nagle jej myśli podążyły w nowym kierunku – przeraziła się, że Wasyla być może potrzebuje pomocy. Krzyknęła:

– Trzeba zabrać ją na dziesiątkę! Na odwyk! Zrobią jej operację fantomową. Uratujcie jej pocięte narządy!

Kiedy zamilkła, lekarz wstał i nachylił się nad nią. Ujrzała dziesiątki twarzy. Była pewna, że nad łóżkiem pochylają się jej koleżanki i koledzy z terapii. Słyszała ich głosy. Krzyczeli:

– Na dziesiątkę! Na odwyk, tam ją uzdrowią!

Była rozogniona. Rozpierała ją energia. Cieszyła się, że wszyscy z grupy pojmują, o co jej chodzi. Lekarz wziął Milenę za rękę i zapytał:

– Czy dobrze pani się czuje? Proszę się uspokoić. – Odwrócił się w stronę przechodzącej pielęgniarki i poprosił o relanium.

– Chcę, by słyszeli wszyscy – wyrzuciła z siebie i odtrąciła rękę lekarza. – Zabijałam kury i rozpruwałam im brzuchy. Dlatego zostałam alkoholiczką.

– Zabijała pani? Dlaczego? – zapytał z narastającym niepokojem lekarz.

– Bo znosiły jajka do wewnątrz – odpowiedziała Milena.

Zapadła w sen. Twarz lekarza się rozpłynęła. Jego ciało zmieniło kształty. Nad sobą zobaczyła twarz Jacka. Wstała, natarła na mordercę szeptunki całym ciałem. Popchnęła. Patrzyła jak spada z kładki rozciągniętej między balkonem a burtą statku wprost na głowy tłumu. Chciała krzyknąć, wycofać się z tego, co zrobiła. Wydawało jej się, że czas na kilka sekund się zatrzymał. Jacek zawisł w powietrzu. Ludzie zniknęli. I pojawiła się Wasyla! Patrzyła na Milenę łagodnymi oczami, z iskierką zachęty. Do czego?

Milenę ogarnął spokój. Chęć zemsty jakby wchłonęły oczy szeptunki. Poczuła, że byłby to bezsensowny odwet, jak potrzask. A ona tak bardzo pragnęła rozkwitu. Czas powolutku ruszył do przodu. Jacek, jak na zwolnionych obrotach taśmy filmowej, spadł wprost w ramiona Wasyli. Przytuliła go do siebie.

– To trudny przypadek, ale damy radę. Siostro, proszę zostać przy pacjentce i zawołać mnie, gdy się obudzi – zaordynował lekarz.

Wstęp | Data umierania | Połówka | Tajemnica | Astrolabium | Szeptunka | Trzej królowie | Kukułeczka | Kot | Monit | Cmentarz

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz