Być poważnym

Hania, koleżanka Zosi i jej była współlokatorka, pakowała swoje rzeczy z pomocą taty. Zakończyła pierwszy protokół leczenia i dostała przepustkę. Zosia przyglądała się uważnie owemu zbieraniu różnych przedmiotów, sortowaniu i wkładaniu do toreb. W ich sali mieszkalnej znajdowały się akcesoria najpotrzebniejsze, podręczne, jak zabawki, gry planszowe, kredki, bloki rysunkowe, przybory toaletowe, piżama, trochę bielizny, słone paluszki, sztućce, kubeczki. Pozostałe, większe gabarytowo, buty, kurtki, ubrania na zmianę znajdowały się w szafkach na korytarzu oddziału. Zapasy jedzenia trzeba było trzymać w kuchni.

Zosia interesowała się niezmiernie krzątaniną koleżanki, ale oprócz tak zwanej zwykłej ciekawości, może też zazdrości, zapewne wyobrażała sobie, że po ukończeniu własnego protokołu leczenia, również ona dostanie przepustkę i będzie pakowała rzeczy z mamą.

Obserwując Hanię szykującą się do wyjścia powtarzała, że jej tata też przyjedzie, by zabrać ją i mamę do domu. Nie mogła usiedzieć na łóżku. Raz po raz instruowała koleżankę, jak należy starannie układać rzeczy, żeby się nie zniszczyły i zmieściły w przygotowane torby.

Przyglądając się Zosi i Hani, słuchałem uważnie, o czym tak rozprawiają. Widząc ich roześmiane buzie, ekspresję ciała, słuchając barwy głosu, rozumiejąc sens słów, zdałem sobie sprawę, że oprócz tych oczywistości, jestem świadkiem rzeczy dotąd mi jakby nieznanych. Otóż brakowało mi namacalnej ich obecności w moich relacjach z ludźmi.

Dziewczynki były radosne, beztroskie, jakby nie zdawały sobie sprawy w jakiej znajdują się sytuacji. Hania szła na przepustkę bez włosów. Zosi włosy zaczęły właśnie wypadać. Ich radość przeplatała się z powagą. Właśnie tej powagi nie zauważałem u siebie. Brakowało mi jej. Ale nie chodziło mi o taką powagę, która jest pozą, przybieraniem poważnej miny, by inni widzieli moją krzywdę, żeby trzymać kogoś na dystans, czy też dodać sobie splendoru lub wzbudzić zainteresowanie. Tej powagi miałem w nadmiarze.

W zachowaniu dziewczynek nie zauważałem kalkulowania, celowego działania dla efektu. To było uderzające, a jednocześnie proste i oczywiste. Może skrajne sytuacje powodują, że widzi się i czuje więcej.

Kiedy dwoje rodziców opiekuje się chorym dzieckiem, nie jest to skrajna sytuacja, lecz wspólne działanie dla ratowania swojej pociechy. Tak było w przypadku Hani. Mama Zosi natomiast zmagała się z chorobą córki w pojedynkę. Taka skrajna sytuacja ponad siły wcale nie powoduje, że widzi się i czuje więcej. Jest wręcz odwrotnie.

Czasem tata Hani pytał mamę Zosi, skąd czerpie siły i daje radę ciągnąć to ciężkie brzemię. Podobnego zdania była też psycholog, która widząc to zmaganie się mamy Zosi, postanowiła porozmawiać o tym z tatą dziewczynki.

Gdy dowiedziała się, że u Zosi pojawił się rodzic, pofatygowała się do niego. Zapytała, czy wie, że jego żona jest na skraju wyczerpania. Nalegała, by włączył się aktywnie w leczenie córki i przynajmniej jeden dzień w tygodniu w całości poświęcił Zosi, ponieważ jego żona musi odetchnąć, pobyć sama w domu, oderwać się od szpitalnego życia.

Mężczyzna przyznał rację lekarce, zgodził się z jej uwagami. Był bardzo poważny. Z przejęciem mówił o swojej pracy, o odpowiedzialności za klientów i zamówienia. Stwierdził, że postara się wesprzeć żonę. Wyjaśnił, że jest zajętym i rzetelnym człowiekiem. Jednocześnie rozmowę spuentował stwierdzeniem, że nie może pozwolić sobie na utratę klientów.

Może ojciec Zosi wierzył we własne słowa? Nie potrafiłem wyczuć, czy kłamie. Ale pamiętałem jego wyraz twarzy, jego przejęcie i powagę, jego pozę, która miała jedynie uwiarygodnić jego zapewnienia. Bardzo się starał, żeby lekarka uwierzyła, jak bardzo przejmuje się sytuacją dziecka i żony, jak bardzo poważnie traktuje słowa psycholożki. Przypieczętowaniem jego wiarygodności był ów posępny, pełen bólu i powagi wyraz twarzy. Tak naprawdę nie był poważny.

Właśnie tych póz, które są jedynie działaniem „by ubić interes” nie widziałem u chorych dzieci. Podczas przygotowywania się Hani do wyjścia było widać, że dziewczynki wprawdzie szczebioczą, są radosne, ale też śmiertelnie poważne, gdyż żyły nieustannie z chorobą, nie zapominały o niej i nie lekceważyły. Ich jedynym problemem do rozwiązania było działanie, które miało przynieść im zdrowie. Oczywiście wiele rzeczy składało się na to, żeby osiągnąć upragniony cel, jakim był powrót do domu bez choroby.

W dziecięcej szpitalnej powadze nie było więc ukrytej intencji, by coś ugrać, jak to miało miejsce w przypadku ojca Zosi. Dziewczynki nie stroiły się w żadne piórka, nie kierowały się żadnym interesem, gdyż go sztucznie nie tworzyły.

Autorka akwareli: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz