Bez ceregieli

Po czterech dniach opuchlizna w pachwinie Zosi zmniejszyła się. Lekarz uznał, że należy usunąć sączek. Na widok chirurga dziewczynka przestraszyła się. Tym razem obyło się bez większego bólu. Lekarz był bardzo ostrożny i delikatny. Po zabiegu założył opatrunek i zalecił, by go zmieniać co dwa dni.

Zmianami opatrunków na oddziale zajmowały się pielęgniarki, ale w przypadku Zosi, gdy rana w pachwinie nie chciała się goić, opatrunek zmieniała lekarka, żeby jednocześnie sprawdzić i ocenić, czy nie dzieje się nic złego.

Kilka razy udało mi się obejrzeć taki zabieg. Niezbyt mi się to podobało. Nie chodziło o jątrzącą się ranę, tylko o lekarkę, która zmieniała opatrunek.

Kobieta w średnim wieku poruszała się energicznie, ale w jej ruchach można było dostrzec niecierpliwość, jakiś pośpiech. Gdy poleciła Zosi położyć się na łóżku zabiegowym, słyszałem w jej głosie ponaglanie. Przy tym powtarzała, że nie ma co się ceregielić i zapewniała dziewczynkę, że ani się obejrzy, a będzie po wszystkim.

Za pierwszym razem Zosia chętnie poddała się zabiegowi. Podobało jej się nawet, gdy lekarka zabierając się za ściąganie plastra, powiedziała do niej „Kociu, dziś nie będzie bolało”. Ale wbrew zapewnieniom, ból pojawił się w chwilę później. Lekarka bez uprzedzenia chwyciła róg plastra i gwałtownie go zerwała, mówiąc, że nie ma co się ceregielić, jakby obwieszczała światu, że życie nie jest bajką, że należy działać zdecydowanie i nie rozczulać się.

Z pewnością roztkliwianie się nad sobą, szukanie za wszelką cenę wygód, sprawianie sobie komfortu kosztem innych jest niezbyt chwalebną postawą, ale przecież w gabinecie zabiegowym, w którym znalazła się Zosia, nie doszło do wypadku. Nikt nie musiał się spieszyć, bo nie chodziło o niczyje życie.

Owszem, życie Zosi było zagrożone, ale nie z powodu opatrunku. Dziewczynka nie znalazła się w jakiejś ekstremalnej sytuacji, gdzie nikt nie ma czasu zastanawiać się, czy pomoc będzie bolesna czy nie. Przed zdjęciem opatrunku wystarczyło użyć płynu do zmiękczania kleju na plastrze.

Mama Zosi, idąc z dzieckiem kolejny raz na zmianę opatrunku zabrała taki płyn. Kupiła go w aptece, bo myślała, że w szpitalu nie ma takich środków.

Przed zabiegiem próbowała wręczyć go lekarce, ale ta zbyła ją, mówiąc, że kupowanie bezużytecznych specyfików niczego nie daje i kolejny raz powtórzyła swoje ulubione słowa, że nie należy się ceregielić. Natomiast Zosię zapewniła, że dziś nie będzie bolało, nazywając ją „Kociu”.

Po miesiącu chodzenia na zmianę opatrunku Zosia zaczęła się buntować. Kłóciła się z mamą. Oznajmiała, że nie ruszy się z sali i nie pójdzie, żeby znów usłyszeć jakieś pieprzone „Kociu”.

Zdarza się, że dzieci w szpitalu bywają agresywne, gdy nie mogą znieść bólu, złego samopoczucia albo z powodu jakichś napięć psychicznych.

Jednak szpital to nie tylko przykre chwile. Na oddziale pojawiała się młodzież z różnych fundacji. Zapewne władze szpitala oraz różne organizacje działające na rzecz małych pacjentów, doskonale wiedziały, że monotonia nie sprzyja leczeniu, a nieustanne zmaganie się rodziców i ich dzieci z chorobami i sprowadzanie życia wyłącznie do chorób, źle wpływa na kondycję psychiczną wszystkich.

W życiu człowieka zdarzają się chwile, gdy czuje, że opada z sił, straci nadzieję, przestaje wierzyć, że będzie lepiej i powtarza: „dalej nie dam rady”. Takie sytuacje dotyczą nie tylko dorosłych.

By ulżyć dzieciom, przychodzili z pomocą – na szczęście i dość często – ludzie z zewnątrz. Przynajmniej raz w miesiącu na oddziale pojawiali się młodzi wolontariusze. Ale zdarzało się też, że do sal zaglądali znani aktorzy.

Właśnie po miesiącu zmian opatrunków, kiedy Zosi zdawało się, że dalej nie da rady, pojawili się wolontariusze poprzebierani za zwierzęta. Do jej sali zawitała duża panda. Miała białą głowę i czarne uszy z białymi plamkami. Przykucnęła przy łóżku i śmiesznie mruczała. Położyła łapę na materacu. Po chwili ujęła dłoń dziewczynki i zapytała:

– Czy chciałabyś mnie o coś zapytać, dziewczynko? Może chciałabyś wiedzieć, jak mam na imię, albo na jakie drzewa najbardziej lubię wchodzić?

Wizyty wolontariuszy były urozmaicone. Za każdym razem przychodzili z innym programem. Zosia, podczas jednej z takich wizyt nauczyła się robić gipsowe odlewy i kolorować je. Ale oprócz zabawy, nauki i przebywania z wolontariuszami, oprócz realizowania programu, wydarzały się zaskakujące rzeczy, które stawały się czymś w rodzaju koła ratunkowego, niby przypadkowe, a jednak jakby ktoś je zaplanował.

Słysząc zachętę Pandy do rozmowy, zawstydzona Zosia popatrzyła na swoją mamę, która w odpowiedzi uśmiechnęła się i kiwnęła głową.

Ośmielona dziewczynka zakomunikowała, że chyba wie, jak Panda ma na imię. I po chwili zastanowienia obwieściła:

– Kociu, dziś nie będzie bolało.

Nie wiadomo było, jak zareagowała Panda, ale mama Zosi, dziewczynka i ja, jak na komendę, bez ceregieli, wybuchnęliśmy śmiechem.

Autorka akwareli: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz