Ból

Guzy na oddziale onkologicznym nie są osobliwością. Dzieci mają je w klatkach piersiowych, głowach, brzuchach. Jedne są bardziej zauważalne, inne mniej. Zmienione limfocyty T przy chłoniaku, potocznie nazywanym białaczką, nie dają zmian uchwytnych gołym okiem. Ale cierpienie w każdym przypadku jest podobne.

Chyba nigdzie w szpitalu choroba nie jest tak wszechobecna, jak tu. Wchodząc na oddział, nawet nie natykając się na chorego malucha, wystarczy widok smutnego, obolałego rodzica, by ścisnęło się serce.

Może jedynie pielęgniarki, lekarze, salowe odróżniali się zachowaniem od opiekunów małych pacjentów, ale nie oznaczało to, że przechodzili obok cierpienia obojętnie.

Wydaje się, że każdego wrażliwego człowieka porusza widok chorego dziecka. Przebywając dzień po dniu, tygodniami, miesiącami, a nawet latami w szpitalu można się oswoić z tym widokiem, ale czy zaakceptować i pogodzić się? Można wierzyć w opatrzność Bożą, siłę wyższą, polegać na nauce, najnowocześniejszych lekach i w nich pokładać nadzieję, powtarzać, że wszystko skończy się dobrze, ale świadomość, że jedna z najniebezpieczniejszych chorób dotknęła bliską osobę odciska się w sercu i myślach dożywotnio.

Ową wrażliwość, która daje o sobie znać na widok cierpienia, widziałem w szpitalu na każdym kroku. Oczywiście nie były to wzdychania, narzekania, rozczulanie się, pogrążanie się w rozpaczy, pielęgnowanie poczucia, że mnie spotkało największe nieszczęście na świecie. Nie twierdzę, że takich rodziców na oddziale nie było. Ludzie skonfrontowani z nowotworem czują i myślą różnie. Ale bycie na oddziale onkologicznym, czas tam spędzony, jest wymagającym i trudnym nauczycielem. Wywraca do góry nogami ustalony wcześniej porządek, przestawia wnętrze człowieka, zmusza do akceptacji faktów, zmierzenia się z nimi i traktowania zgodnie z rzeczywistością, a nie z własnym wyobrażeniem czy chęciami, choćby wypływały one z najwrażliwszych warstw osobowości.

Określenie zdarzenia mianem złego czy dobrego jest przede wszystkim odpowiedzią uczuciową na zdarzenie. Jest reakcją przyciągania albo odpychania tego, co jest pożądane albo niechciane. Zdarzyło mi się zareagować kilka razy niechęcią na traktowanie Zosi przez lekarzy.

Jeszcze przed wszczepieniem Broviaca wycięto jej kawałek tkanki z węzła chłonnego pachwiny. Brak witamin, soli mineralnych neutralizowanych przez chemię, powodował, że rana trudno się goiła. Zrobiło się wybrzuszenie. W takich sytuacjach włącza się alarm. Lekarze przypuszczali, że może być to guz nowotworowy. Na szczęście okazało się, że pod skórą zebrał się płyn. Było go tak dużo, że powstał mały balonik. Kiedy lekarka prowadząca stwierdziła, że to nic złośliwego, zleciła jednemu z chirurgów, by założył Zosi sączek z opatrunkiem.

Zlecenie to jedno, a fakt wykonania zabiegu to drugie. W szpitalu, w którym znalazła się Zosia, i pewnie nie był to odosobniony przypadek, nigdy nie było tak, że lekarze spieszą z pomocą na zawołanie. Do lekarza zawsze jest kolejka, chyba, że chodzi o nagłą, zagrażającą życiu sytuację. Założenie sączka to kosmetyka, więc w sytuacji niedoboru personelu medycznego trzeba było swoje odczekać.

Do oczekiwania rodzice i dzieci przyzwyczajali się szybko. Każdy rozumiał, że pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. W służbie zdrowia zawsze są deficyty. Powody tego są róże i mało kto w szpitalu docieka, jakie są tego prawdziwe przyczyny. Ale jeśli pacjent doczekał się i lekarz się pojawiał, to każdy z rodziców liczył na to, że jego dziecko zostanie potraktowane z troską. Nie zawsze tak bywa.

Przed zabiegiem założenia sączka, Zosia dostała „głupiego Jasia”, który okazał się nieskuteczny. Gdy chirurg zabrał się do pracy, dziewczynka zaczęła krzyczeć z bólu i wyrywać się. Twierdziła, że wszystko czuje. Lekarz przerwał na chwilę zabieg i z pretensją w głosie oznajmił, że sytuacja taka jest niemożliwa.

Zosia, owszem, po zażyciu leku znieczulającego czuła się lekko oszołomiona, ale to nie z tego powodu krzyczała. Przyczyną był ból w pachwinie. Przekonanie lekarza o tym, co jest możliwe, a co nie, zaprzeczało faktom.

Może lekarz był zmęczony, spieszył się do nagłego wypadku, uważał, że trochę bólu owszem jest przykre, ale inni pacjenci byli również ważni i czekali na pomoc jeszcze bardziej cierpiąc. Ale to go nie usprawiedliwiało, jeśli w ogóle jakieś usprawiedliwienie, czy choćby moje zdanie, było mu do czegoś potrzebne i cokolwiek zmieniało.

To był ten pierwszy przypadek, gdy natknąłem się na brak wrażliwości w szpitalu, choć wydawało mi się, że w przypadku lekarzy jest to niemożliwe. Być może ów chirurg dźwigał w sobie te wszystkie bóle dzieci, miał przez nie koszmary senne, współczuł, modlił się o zdrowie dla małych pacjentów? Ale co można czuć widząc lekarza, który lekceważy ból dziecka?

Autorka akwareli: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz