Obecność

Kroplówkę podłącza się między innymi po operacjach, przy odwodnieniu, by podać niektóre leki, kiedy pacjent nie może jeść, jest osłabiony, albo nieprzytomny. Wtedy procedura takiego zabiegu nie jest zbyt skomplikowana. Najczęściej wkłuwa się igłę w żyłę w zgięciu łokcia i łączy z workiem z elektrolitami, glukozą albo konkretnym lekarstwem.

Inaczej wyglądają sprawy, gdy częściej i dłużej, niekiedy przez kilka miesięcy, trzeba podawać lekarstwo dożylnie. Wtedy wszczepia się pacjentowi na stałe do krwioobiegu dożylny cewnik. Taki zabieg nie jest już prosty. Wykonuje go chirurg na sali operacyjnej. Pacjent jest wtedy ogólnie znieczulony, czyli po prostu uśpiony.

Zosia przeokropnie bała się pobierania krwi, zastrzyków i wszystkiego, co wiązało się z igłami i kłuciem. Kurczyła się ze strachu przed tego typu zabiegami.

Czasem próbowała przemóc w sobie lęk. Udawała odważną, ale kiedy pielęgniarka zbliżała igłę do jej ręki, krzyczała, zaciskała dłonie w pięści, przyciskała przedramiona do piersi, płakała i nieustannie powtarzała, że nie da rady. Więc gdy dowiedziała się, że lekarz wszczepi do jej ciała cewnik, może nie skakała z radości, ale poczuła ulgę. Mama powiedziała jej, że dzięki temu skończy się kłucie w żyły.

Na początku, klika dni po wszczepieniu cewnika, czuła się dziwnie. Przyglądała się mu z zaciekawieniem. Dotykała plastikowej rurki zakończonej kranikiem, który wychodził z klatki piersiowej spod jej obojczyka. Była to dla niej niejako nowa część jej ciała, tymczasowa, nietrwała, z którą miała spędzić kilka lat swojego życia, którą nazywała „browiak”, bo tak mówiła mama, pielęgniarki i lekarze.

Broviac nastręcza wielu kłopotów. Trzeba na niego uważać i obchodzić się z nim ostrożnie. Strach pomyśleć, co by się stało gdyby przez nieuwagę został wyrwany z ciała. Przecież rurka wprowadzona była do centralnej żyły. Przy tym trzeba było dbać o jego higienę. Kranik i rurkę pielęgniarki płukały co dwa dni. Ale uciążliwości dnia codziennego z Broviackiem były drobnostką. Liczyło się uwolnienie od kontaktu z igłą i zero strachu z tym związanego.

Pierwszym lekiem, który Zosia dostała przez Broviaca była Winkrystyna. Później, raz w tygodniu, pielęgniarka wstrzykiwała do kraniku porcję leku hamującego podział, wzrost i rozwój komórek nowotworowych.

Wszystko jednak miało swoją cenę. Z jednej strony nowotwór się nie rozwijał, ale z drugiej odporność Zosi spadała. Chemia robiła swoje, ale organizm na tym cierpiał.

Zosia dostała zapalenia płuc. Prowadząca lekarka przeniosła dziewczynkę i jej mamę do izolatki. Dla dziecka zaczęły się koszmarne dni. Dostała wysokiej gorączki. Przez trzy dni miała maseczkę tlenową na twarzy. Nic nie jadła.

Jej mama prawie nie spała. Była rozdrażniona. Chciała na chwilę pojechać do domu, odpocząć, wykąpać się. Zaproponowałem, że ją zastąpię, pobędę z chorym dzieckiem kilka dni, ale nic z tego nie wyszło. Zosia nie zgadzała się na żadne zastępstwo. Domagała się, by przyjechał tata. Przy tym, po tych trzech dniach głodówki, gdy poczuła się trochę lepiej, zachciało jej się klopsików. Osłabiona, obsesyjnie domagała się, by przywiózł je tata.

Od początku znajomości z Zosią i jej mamą wiedziałem, że tata jest nieobecny w ich życiu. Lecz w rozpadających się rodzinach istnieje przez pewien czas coś, co można by nazwać iluzją więzi. Odpowiedzialne są za to emocje, także te negatywne, nie pozwalające dojrzeć faktów. Ludzie niekiedy łudzą się latami, że uda się jakoś uratować małżeństwo, odbudować więzi rodzinne.

Łatwo jest ocenić kogoś negatywnie, przypisać mu złe intencje. Lubimy się dowartościować, ukazując drugiego człowieka w gorszym w świetle, by wypaść na takim tle pozytywnie. Nigdy nie mówiłem przy Zosi o jej tacie nic złego, choć wielokrotnie mnie korciło, by nazwać go draniem. Negatywne oceny niczego nie zmieniają, ale nie sposób przejść obojętnie, gdy widzi się niegodziwość.

Oczywiście można stwierdzić, że nie chce się mieć z takim człowiekiem nic wspólnego, zerwać kontakt, próbować zapomnieć, wyrzucić ze swojego serca, ale jest zbyt wiele okoliczności, by sobie pozwolić na komfort ostatecznych rozstrzygnięć przebywając z dzieckiem w szpitalu.

W sytuacji Zosi i jej mamy odcięcie się od męża i ojca było niemożliwe. Tata miał prawa rodzicielskie. To była formalność, którą wcześniej czy później można było zmienić, ale żeby to zrobić potrzebny był czas i siły. A nawet gdyby mama Zosi znalazła jedno i drugie i udowodniła w sądzie, że tata Zosi nie nadaje się na tatę, to przecież liczą się jeszcze uczucia dziecka. Co z nimi zrobić? Co zrobić z tęsknotą za rodzicem? Co zrobić, kiedy jedynym jasnym punktem dla dziecka, w sytuacji skrajnej, jest ojciec? Jest w wyobraźni oparciem, kto wie czy nie wybawicielem od wszelkiego zła.

Zdumiewało mnie, jak wiara dziecka w dobro, którego tam nie było, może być ślepa. Widziałem Zosię codziennie. Raz dłużej, raz krócej. Nie było tak, że Zosia nieustannie wyżywała się na mamie i wciąż miała do niej pretensje. Chemia i bezruch rozbijały ją. Jej napięcia szukały ujścia. Tych złych chwil było o wiele mniej od tych dobrych. Ale w przypadku taty tych złych nie było w ogóle. Wyglądało to tak, jakby tata dla Zosi był świętą krową, której nie wolno dotknąć. Nawet wtedy, gdy widziała i słyszała, że tata jest podły, usprawiedliwiała tę podłość, zachowując się wobec niego grzecznie i uprzejmie, wymieniając z nim smsowe serduszka i zapewniając go o swojej miłości. Nie pozwalała o tacie powiedzieć złego słowa.

Gdy przyjechał po trzech dnia jej próśb, gdy ona jako tako złapała głębszy oddech po zapaleniu płuc, od razu, na dzień dobry, usłyszała swojego ukochanego tatę złorzeczącego mamie wulgarnie, bez zahamowań:

– Dlaczego mi nie powiedziałaś, że przeniesiono was do izolatki?! Zajebię cię!!!

Nawet gdy mama tłumaczyła się, że nie mogła tego zrobić, ponieważ została zablokowana na jego telefonie, Zosia zachowywała się tak, jakby nic się stało.

Może błędnie zakładałem, że dziecko w tak złym stanie powinno reagować według moich wyobrażeń czy oczekiwań. Ale Zosia później, gdy była w dobrej formie, zachowywała się podobnie. Tata był najlepszy i najukochańszy.

Jej wiary nie zachwiało nawet to, że nie przywiózł klopsików, które obiecał. Może współczuła widząc, jak tata podczas dwugodzinnych odwiedzin w izolatce przysypiał, a później stwierdzał, że jest mu na krześle niewygodnie, wychodził zostawiając ją i wyczerpaną mamę? Może rozumiała, że tłumaczenie taty o braku czasu, o tym, że musi zarabiać, że się spieszy jest nieprawdą? Może właśnie wtedy, w tej tragicznej sytuacji, Zosia wybrała iluzję, by ratować się przed czymś gorszym i starała się nie dostrzegać, że ojciec przedkłada własny komfort nad potrzeby śmiertelnie chorego dziecka?

Autorka ilustracji: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz