Spadki

Z korytarza dobiegło wołanie: „Obiad!”. Salowa jechała z wózkiem gastronomicznym i wydawała dzieciom jedzenie.

Zaczęła się krzątanina. Rodzice otwierali drzwi sal, odbierali talerze i wracali do swoich dzieci, żeby je nakarmić. Te silniejsze jadły w stołówce. Pozostałe, które akurat dostawały chemię, albo miały duże spadki w wynikach badań, zostawały w łóżkach i rodzice pomagali im przy obiedzie.

Opiekunowie małych pacjentów, przebywający na oddziale przez wiele miesięcy, tworzyli nowe terminy dla rzeczy, które miały swoje tradycyjne nazwy. Powody były różne i trudno było znaleźć tego przyczynę.

Na pewno język szpitalny jest inny od żargonu więziennego, wojskowego czy grup młodzieżowych. Jest delikatniejszy, pozornie z mniejszym ładunkiem emocjonalnym, ale pod jego powierzchnią kryje się cierpienie.

Tak odebrałem słowo „spadek”, gdy usłyszałem je pierwszy raz. Przyszło mi na myśl, że może chodzić o jakieś dziedziczenie, ale wydało mi się to pozbawione sensu, bo o jakim spadku można mówić, mając do czynienia z małymi dziećmi? Brałem też pod uwagę spadek temperatury. Gorączka przy chorobach to częsty objaw. Ale i ten trop był błędny, choć wiedziałem, że spadek to na pewno osłabienie odporności organizmu, pogorszenie nastroju, ubytek energii. Ale z takimi skutkami choroby każdy miał do czynienia – po grypie, zatruciu, zwichnięciu…

Spadek w języku „onkologicznym” jest spadkiem stokroć potężniejszym od tego, który pojawia się na przykład po grypie. Po wielokrotnych wlewach chemicznych do organizmu dziecka, następuje totalna zapaść, obejmująca cały organizm. Język i dziąsła obejmuje stan zapalny, robią się pełne rozpadlin i nie można normalnie jeść. Krzywa nastrojów skacze nieustanie, to w górę, to w dół. Zbyt mocne dotknięcie ręki, nogi czy jakiejkolwiek części ciała skutkuje wybroczynami. Wydalanie powoduje ból.

Widziałem wiele razy Zosię „na spadku” i był to obraz, który pamiętam do dziś. Do opisania tego stanu można by użyć słów wzniosłych, mówiących o bohaterstwie, dzielności, o pokornym znoszeniu. Zastanawiałem się, skąd dziecko czerpie siłę do przetrwania i dlaczego w ogóle dochodzi do takich sytuacji. Ale oprócz cierpienia Zosi dostrzegłem nie mniejsze cierpienie jej mamy. W jej oczach czaił się strach. Dla niej spadek na pewno był związany z bólem dziecka, ale przede wszystkim z obawą, że może dojść do najgorszego.

Wszyscy rodzice na oddziale onkologicznym doskonale wiedzą, że spadek to mniejsza szansa na przeżycie ich dzieci. Można zajrzeć do statystyk i na osi współrzędnych prześledzić wpływ spadków na śmiertelność. Liczby pozostają liczbami. Mówi się, że liczby nie kłamią, ale mamie Zosi liczby do niczego nie były potrzebne. Sama widziała, jak spadek niszczy jej dziecko. Rozumiała i czuła związane z tym ryzyko. Z jednej strony dziękowała nauce za protokoły lecznicze i lekarstwa ratujące życie, ale z drugiej pytała siebie, dlaczego nie opracowano protokołów, które ochroniłyby ją przed strachem, a jej córkę przed spadkiem ostatecznym.

Nieustanna obawa o życie dziecka i dojmujący strach sprawiają, że człowiek wciąż zadaje sobie trudne pytania i szuka odpowiedzi. Często jest to myślenie absurdalne, ale ono pozwala trwać przy chorym dziecku, utrzymywać równowagę. Strach jest paraliżujący, ale mama Zosi i na pewno każdy z rodziców na oddziale zdawał sobie sprawę, że musi walczyć z tym, co obezwładnia. To była walka z ich własnym spadkiem. Nie spotkałem rodzica, który przegrałby tę walkę.

Gdyby wspieranie dzieci sprowadzało się tylko do stawiania pytań i szukania odpowiedzi, które notabene były jakąś formą autoterapii skutkującej nadzieją, to wcześniej czy później strach odebrałby wielu rodzicom wolę działania.

Pomocą w tej walce okazywała się tak zwana proza życia. Nagle usłyszany głos salowej, która obwieszczała, że przyszła pora na obiad, również działał terapeutycznie. Wyzwalał niejako z depresyjnego myślenia. Zmieniał optykę widzenia i mobilizował do działania.

Posiłki wiązały się nie tylko z obiadem dla pacjentów. Rodzice również musieli jeść. Mama Zosi jeździła windą na parter do bufetu i kupowała kanapki na śniadania i kolacje. Później, gdy oswoiła się z życiem szpitalnym, chodziła do sklepu spożywczego naprzeciwko szpitala i przynosiła różne artykuły spożywcze. Produkty trzymała w części kuchni przeznaczonej dla rodziców. Były tam szafki, duża lodówka, kuchenka gazowa i zlew do zmywania naczyń. W kuchni musiała się zorganizować, znaleźć wolną szufladę i półkę w jednej z szafek. wstawić kubki, talerzyki, sztućce, zająć miejsce w lodówce, żeby mieć gdzie trzymać masło, wędlinę, jogurty, ser albo na przykład zupę w słoiku, ugotowaną przez jedną z babć Zosi.

Takie krzątanie przy organizowaniu sobie przestrzeni, zadomowianiu się w szpitalnej rzeczywistości, pozornie nic nie znaczące, może nawet niedoceniane, któremu nie przypisywano żadnej funkcji w leczeniu, sprawiało chyba, że spadki przeżywane przez rodziców były mniej bolesne.

Autorka akwareli: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz