Komu bije dzwonek

Korytarzem szła salowa. Pchała przed sobą wózek ze śniadaniem. Mamy wychodziły z sal, odbierały posiłek i wracały do swoich pociech.

Ilekroć zjawiałem się na siódmym piętrze oddziału onkologicznego, przeważnie widywałem tam kobiety. Pielęgniarki, salowe, opiekunki dzieci, ciocie, mamy. Mężczyźni pojawiali się sporadycznie, zwykle popołudniami. Przyjeżdżali z zakupami, z praniem w czasie odwiedzin. No i oczywiście byli lekarze, ale w mniejszej ilości niż lekarki.

Miałem wrażenie podobne do tego, które wyniosłem ze szkoły podstawowej, że szpital to też przede wszystkim kobiety. Chyba są odporniejsze psychicznie od mężczyzn, znoszą więcej. Może dlatego decydują się być z dzieckiem na wiele miesięcy w szpitalnej sali. Częściej pozwalają sobie na łzy niż mężczyźni. Potrafią oczyszczająco płakać i dzięki łzom wracać do równowagi, bez której nie sposób żyć w nieustannym zagrożeniu. Przy tym matki chorych dzieci mają w sobie jakąś determinację, która pozwala im zapominać o sobie, rezygnować ze swoich wygód, z życia osobistego i kariery, potrafią po prostu porzucić wszystko, poświęcając się bez reszty swoim pociechom.

To oddanie bez reszty, czujność i dbałość o córkę dostrzegłem u mamy Zosi. Pozornie nie było w tym nic nadzwyczajnego. Rodzic przecież zazwyczaj dba o swoje dziecko w sposób naturalny.

Również wychowywałem dzieci wspólnie z żoną i widziałem ją, matkę, jak jest czuła dla naszych synów, jak się poświęca. Jednak mamy „szpitalne” oprócz troski o swoje dzieci, czułości, oddania, były nieustannie czujne, przygotowane do natychmiastowych reakcji, jakby wiedziały, że za chwilę może wydarzyć się najgorsze. Wydawało mi się, że są to istoty z innego wymiaru, że posiadają właściwość, która pozwala im być jednocześnie w teraźniejszości i przyszłości. Odwracały się od przeszłości, która była im do niczego niepotrzebna, tym bardziej, że wydarzyło się tam coś, o czym nigdy nie chciałyby się dowiedzieć.

Zosia tego dnia nie dostała śniadania. Miała mieć zabieg nazywany przez rodziców na oddziale „dokonałałówką”. Gdy na korytarzu nastał większy spokój, gdy mamy pozmywały naczynia, odniosły talerze i sztućce do okienka na stołówce, w sali, gdzie leżała Zosia, zjawił się anestezjolog. Uśmiechnął się do pacjentki. Popatrzył na Zosię ubraną w czystą piżamę i zapytał:

– To jest ta dziewczynka, którą będę się zajmował? Jak masz na imię? – i wyciągnął do niej rękę na przywitanie.

Zosia zawstydziła się. Popatrzyła na mamę, jakby czekała na jej zgodę, czy może podać lekarzowi rękę. Uśmiech mamy wyrażał aprobatę. Jej drobne palce zniknęły w delikatnym uścisku dłoni anestezjologa. Powiedziała dzień dobry i przytuliła się do swojego ulubionego kocyka. Nigdy się z nim nie rozstawała. Jako nastolatka wstydziła się owego przywiązania do kawałka materiału, choć zawsze miała go w domu pod ręką. Nie umiała bez niego zasnąć.

Lekarz zapytał Zosię, czy dobrze się czuje, a jej mamę, czy nie zauważyła niczego niepokojącego w zachowaniu córki. Chciał też wiedzieć, czy dziecko jest na czczo. Gdy usłyszał , że obydwie panie nie jadły śniadania, wyjaśnił, dlaczego dokanałówkę trzeba wykonać na głodniaka.

– Taki zabieg to nic trudnego – tłumaczył Zosi, jakby opowiadał zabawną bajkę. – Pełny żołądek zajmuje dużo przestrzeni w brzuchu. Więc żeby wszystko się udało i nie było komplikacji, za żołądkiem musi być więcej tej przestrzeni niż zwykle. Wtedy będę mógł pobrać trochę twojego szpiku, a w puste miejsce wpuszczę lekarstwo, które będzie walczyło z chorobą. Zresztą nic nie poczujesz. Będziesz spała jak suseł.

To był mądry lekarz. Doświadczony. Opowiadał Zosi o nakłuciu lędźwiowym, nazywanym potocznie „dokanałówką”, jakby to był spacer w parku. Na pewno chciał oszczędzić dziecku strachu. Wiedział dobrze, co to znaczy nakłucie kręgosłupa igłą i wstrzyknięcie Methotrexatu, a później, po wybudzeniu pacjenta, dwunastogodzinne leżenie na plecach niemal bez ruchu.

Po rozmowie lekarza z Zosią, przyszedł czas na podróż do sali operacyjnej. Pod drzwiami zjawiła się pielęgniarka z łóżkiem na kółkach. Dziewczynka ułożyła się na nim. Spytałem mamę Zosi, czy mogę im towarzyszyć na zabieg. Zgodziła się. Chciałem się na coś przydać. Popychanie wózka ze sprawnymi kółkami to nic wielkiego i nie wymaga siły, jednak było to dla mnie ważne.

Na początku moich doświadczeń z dzieckiem chorym na białaczkę, z oddziałem szpitalnym, z procedurami leczniczymi, nie miałem pojęcia, że będę Zosię codziennie odwiedzał.

Czy to był przypadek, że tak się stało? Zrządzenie losu? Siła wyższa mną pokierowała? Nie wiem. Zaczęło się od prostej rzeczy, od zaoferowania pomocy. Może gdybym wiedział, że zawiezienie Zosi z matką do szpitala i odstawienie jej samochodu pod blok, w którym mieszkała, przerodzi się w wieloletnie bywanie w szpitalu, odmówiłbym tej jednorazowej pomocy.

A może jest tak, jak mówi pewna maksyma, że jak uczeń jest gotowy, to pojawia się nauczyciel? Kiedy chwytałem barierki łóżka i jechałem z Zosią na salę operacyjną, być może wyobrażałem sobie, że to ja dla niej jestem nauczycielem. Tylko czego mogłem jej nauczyć?

Chyba sam wtedy potrzebowałem pomocy i nauki. Od kilku lat utrzymywałem abstynencję, ale być może bałem się, że dłużej bez jakiegoś wspomagania nie wytrzymam. Kto wie, czy intuicja mi nie podpowiedziała, że przebywając z chorymi dziećmi, patrząc jak się zmagają, walczą, jakie są odważne, jak cierpią, nauczę się czegoś ważnego, że właśnie to będzie dla mnie nauką i pomocą, by zrozumieć, że centrum świata wcale nie jest we mnie.

Wiedziałem, że w początkowym zaangażowaniu jest trochę egzaltacji. Przebywanie z dziećmi, które trwają na granicy życia i śmierci, poruszało mnie i napawało dumą. Ale tego typu podniety szybko wypalają się w starciu z codzienną egzystencją chorego dziecka, bo w tym zmaganiu wcale nie chodzi o to, żeby czuć się dobrze, żeby pompować się dumą za własne zasługi, albo rozpowiadać, że w trudnej sytuacji było się wsparciem dla kogoś.

W szpitalu jest konkretna robota do wykonania. Nie ma czasu na wzruszanie się bohaterstwem dziecka, które dzielnie walczy z białaczką. Dziecko nie wybrało tego bohaterstwa, zostało postawione przed faktem i razem z bliskim osobami radzi sobie, jak umie.

Potrzebne jest czyste ubranie, a więc ktoś musi zabrać brudne rzeczy, uprać i przywieźć czyste. Ktoś musi zrobić zakupy, bo szpitalne jedzenie staje się z czasem monotonne i niesmaczne. Ktoś musi pośredniczyć w załatwianiu spraw związanych z pracą matki będącej dzień i noc przy dziecku. Dobrze jest, gdy choć raz na dwa tygodnie zmieni ktoś matkę i pozwoli jej pojechać do domu, wykąpać się w wannie i obejrzeć film w spokoju i ciszy. Ktoś jest potrzebny, żeby z chorym dzieckiem pobawić się na wesoło, powygłupiać, zagrać w skaczące czapeczki albo w chińczyka. W dziecku przebywającym w łóżku 24 godziny rodzą się napięcia. Trzeba być tego świadomym i na ile to możliwe starać się je zmniejszać przez zabawę, wygłupy lub rozmowę.

Pchając łóżko nie wiedziałem, że mogę się z Zosią wygłupiać. Byłem przestraszony i śmiertelnie poważny. Kolejnym razem, gdy jechałem z nią na dokanałówkę, wiedziałem więcej i pozwalałem sobie na nagłe skręty łóżkiem, przyśpieszanie, zwalnianie. Raz zatrzymałem się nagle i powiedziałem jej, że dalej nie pojedziemy, bo urwało się kółko.

Innym znów razem zatrzymałem się z nią na korytarzu pod wiszącym dzwonkiem, który dźwięczał po pociągnięciu kolorowej tasiemki.

Pracowałem wtedy jako kościelny. Do moich zawodowych obowiązków należało między innymi dzwonienie przed rozpoczęciem niedzielnego nabożeństwa i podczas Wyznania Wiary. Na wieży budynku kościoła znajdowały się o wiele większe dzwony i wydawały z siebie dźwięki stokroć mocniejsze niż dzwonek na oddziale. Może z zawodowej rutyny i nawyku, a może chcąc powygłupiać się z Zosią, sięgnąłem do tasiemki, by rozhuśtać dzwonek. Ale dziewczynka powstrzymała moje zapędy.

– Ten dzwonek jest do dzwonienia dla dzieci, które już są zdrowe i wychodzą ze szpitala – wyjaśniła.

Zrobiło mi się głupio. Chciałem jakoś zamaskować swoje zmieszanie i powiedzieć jej, że jest już zdrowa, ale wydało mi się to niestosowne. Wierzyłem jednak, że nadejdzie dzień, kiedy Zosia wyzdrowieje i rozhuśta dzwonek, by oznajmić, że wychodzi ze szpitala zdrowa.

Gdy wracałem do domu po wizycie w szpitalu, coś nie dawało mi spokoju. Nie zastanawiałem się do tej pory, czym jest dla mnie dzwonienie. Należało to do moich obowiązków i tyle. Oczywiste było, w wymiarze praktycznym, że Kościół, jako zbór ludzi wierzących w Boga, oznajmia światu, że rozpoczyna się nabożeństwo, w którym uczestniczą wierni i będą się modlić. Może dzwonienie, oprócz funkcji informacyjnych, ma jeszcze jakiś sens symboliczny albo teologiczny? Pomyślałem, że gdyby Zosia wyzdrowiała, to otrzymałaby niejako prawo, by tym szpitalnym dzwonkiem zakomunikować swojej mamie, innym dzieciom, pielęgniarkom, salowym i całemu personelowi szpitala, że wraca do normalnego życia, że ten powrót jest możliwy, ponieważ nie każdy nowotwór jest śmiertelny.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz