Tata

Wjechaliśmy na siódme piętro windą. Szliśmy korytarzem. Zatrzymaliśmy się przy recepcji.

Mama Zosi położyła teczkę z wynikami badań przed pielęgniarką. Stałem obok dziewczynki i wpatrywałem się w wielką metalową tablicę, na której wypisane były nazwiska i imiona dzieci rozlokowanych w salach i izolatkach.

Zosia była speszona i niepewna. Mama uprzedziła ją w domu, że jadą do szpitala, żeby się leczyć. Ale pięcioletnie dziecko nie rozumie, co to jest leczenie, nie umie ocenić zagrożeń i konsekwencji związanych z chorobą. Ufa rodzicom i czuje, że będą je wspierać i dbać o jego bezpieczeństwo.

Uśmiechałem się do Zosi. Próbowałem w ten sposób ją pocieszyć. Ona chyba rozumiała, że życzę jej jak najlepiej, ale była myślami i sercem gdzie indziej. Chciała mi o tym powiedzieć, może nawet mnie pocieszyć, bo chwilami miałem wrażenie, że to ja boję się bardziej od niej.

Pociągnęła mnie za rękę dając znak, bym ukucnął obok niej i wysłuchał, co ma do powiedzenia.

Klęknąłem. Ująłem jej małą rączkę.

– Po wakacjach pójdę do najstarszej grupy. Wiesz. I tata obiecał mi lalkę, taką najpiękniejszą ze wszystkich.

Zosia wierzyła, że jej plany się ziszczą. Czuła, co ją czeka? Ani ona, ani ja nie wiedzieliśmy, że w jednej z sal na siódmym piętrze oddziału onkologicznego spędzi kilka najbliższych miesięcy i będzie walczyła o swoje życie.

Patrzyłem na jej twarz. Słuchałem, jak mówi o upragnionej lalce i tak jak Zosia bardzo chciałem, by obietnica taty stała się faktem, ale wątpiłem, że otrzyma tę lalkę. Wiedziałem, czym jest uzależnienie i jak bardzo nietrzeźwy człowiek traci kontakt z rzeczywistością.

Próbowałem wyrazem twarzy potwierdzić, że mimo wszystko tata pojawi się jak rycerz na białym koniu i podaruje jej najpiękniejszy na świecie prezent.

Czułem się dziwnie. Zgodziłem się przyjechać do tego ponurego i przytłaczającego miejsca. Bałem się szpitala. Kojarzył mi się z cierpieniem i śmiercią. Rozumiałem, co znaczy zdiagnozowanie u dziecka białaczki. Wiedziałem, że wiele osób wraca do zdrowia, ale wiedza teoretyczna, mówienie o chorobie jakiegoś dziecka, nie dotyka bezpośrednio, jest jedynie rozprawką umysłową, która omija uczucia i nie powoduje bólu.

Dziewczynkę znałem niecały miesiąc. Pierwszy raz zobaczyłem ją w Stowarzyszeniu Rodzin Abstynenckich „Socjus”. Przyszła z mamą i babcią na uroczystość poświęconą jej wujkowi, który świętował piątą rocznicę swojej abstynencji. Było tam kilkoro dzieci w jej wieku, ale właśnie ona urzekła mnie swoim wyglądem. Chciałem jakoś jej obraz utrwalić, mieć po tej chwili pamiątkę. Narysowałem jej twarz z konikami, które bardzo lubiła.

Zosia w trakcie przygotowań do tamtej uroczystości była zawstydzona. Trzymała się blisko mamy. Z zaciekawieniem spoglądała na stół zastawiony sałatkami, napojami i słodyczami. Na pewno cieszyła się z sukcesu wujka Maksa, tak jak jej mama i babcia, choć wtedy nie rozumiała, co to jest uzależnienie od alkoholu, co znaczy zmaganie się z nałogiem bliskiej osoby. Jednak rozpoznawała, kiedy ktoś ją kocha, kiedy w domu jest radość, a kiedy tata staje się z dnia na dzień inny, mniej uśmiechnięty, coraz bardziej drażliwy, albo nie wraca na noc do domu.

Może było to jedynie moje wyobrażenie, jakaś konfabulacja, ale wtedy, w „Socjusie”, zdawało mi się, że Zosia bardzo chciała, żeby jej tata wspólnie z jej wujkiem świętował swoją rocznicę abstynencji, żeby uśmiechał się do mamy, nie kłócił się wciąż z babcią i wracał do domu trzeźwy. Musiało tak być, bo przecież dziecko doskonale rozpoznaje, kiedy ktoś kłamie. Serce dziecka bezbłędnie wyłapuje niezgodności między tym, co się mówi, a tym co się robi.

Zosia słyszała często w domu jak tata powtarza, że nie ma problemu, że wszystko ogarnia, że pracuje i nikt nie ma prawa mu mówić, jak ma się zachowywać, co robić i sugerować mu, że ma problem z alkoholem i środkami psychoaktywnymi.

Słysząc Zosię mówiącą o lalce, miałem ochotę przedstawić jej prawdę o jej tacie. Czułem jednak, że zbyt mało się znamy, że jestem dla niej chwilowym znajomym, a poza tym czy można mówić dziecku coś negatywnego o ojcu?

Nie umiałem wtedy wyrazić tego, co czuję. Nie umiałem się zachować w sytuacji nieznanej, tragicznej. Zosia miała zdiagnozowaną białaczkę, dostała skierowanie do szpitala na leczenie, za chwilę miała wejść do pokoju, swojego nowego mieszkania, miejsca wielomiesięcznego pobytu, a ja słuchałem jej planów i pragnąłem tak jak ona wierzyć, że jej marzenia się sprawdzą.

W głowie miałem pustkę. Chciałem ją wziąć na ręce i przytulić, ale bałem się i wstydziłem. Jej mama, zapłakana i smutna, załatwiała formalności związane z przyjęciem siebie i dziecka na oddział. Wtedy przyszło mi na myśl, że Zosia, owszem, pragnęła dostać lalkę i wierzyła, że zabawka będzie najpiękniejsza, ale tak naprawdę chciała, by tata znów był szczęśliwy i był razem z nią, gdy potrzebuje jego miłości.

Autor ilustracji: Krzysztof Urban

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz