Astrolabium

Perspektywa wyjazdu do Fromborka pojawiła się niespodziewanie. Jeden ze stałych klientów Mikołaja przyniósł do jego sklepu ogrodniczego bilety na koncert chorałów Bacha w katedrze Maryi Panny i Świętego Andrzeja. Chciał je oddać za darmo.

– Ale po powrocie poproszę pana o pomoc w okulizacji – dodał.

– Nie ma sprawy – odrzekł zadowolony Mikołaj.

Pojechali tam – on i Beata. Postanowili skorzystać z okazji, żeby oderwać się od rutyny, od codziennych obowiązków. Spojrzeć na siebie inaczej, mając nadzieję, że miłość, która zrodziła się we Fromborku na obozie harcerskim, znów rozkwitnie.

Mikołaj ponadto wierzył, że podczas wyjazdu udowodni sobie i Beacie, że miłość do niej jest silniejsza od jego nałogu. Skoro problemy zaczęły się we Fromborku, również we Fromborku muszą się skończyć… Bilety, które niespodziewanie wpadły mu w ręce, uznał za znak.

*

Patrzył na nią, jak idzie skupiona w stronę ołtarza. Nie pozwolił, by pchała wózek. Jechał obok niej. Zatrzymała się przy jednej z ławek w pobliżu ambony. W katedrze było chłodno. Okryła się swetrem. Mikołaj podjechał wózkiem, manewrując zręcznie kołami. Zatrzymał się obok ławki, w której usiadła. Chwycili się za ręce i bez słowa, patrząc przed siebie, czekali na rozpoczęcie koncertu.

Po godzinie miał dość słuchania muzyki organowej. Powiedział, że źle się czuje. Prosił, by została w ławce i słuchała dalej. Uwierzyła, że chce pobyć sam.

Bezszelestnie odjechał wózkiem w stronę bocznej nawy. Zatrzymał się przy kolumnie. Odwrócił na chwilę i popatrzył na nieruchomą głowę żony. Pomyślał, że czas rozstania z alkoholem jeszcze nie nadszedł. Sięgnął do bocznej kieszeni wózka. Wyczuł kształt dwustumililitrowej butelki Żołądkowej Gorzkiej.

Powoli, popychając obręcze kół, rozglądał się za dyskretnym miejscem. Nagle obok niego pojawił się kościelny. Nachylił się i zapytał szeptem:

– Może pomóc?

Mikołaj spojrzał na niego. Skądś znał tego człowieka. Tamten mężczyzna sprzed lat był młodszy. Miał mniej zmarszczek pod oczami, był bardziej sprężysty i miał ciemne włosy. Teraz Mikołaj patrzył na siwego pana, lekko przygarbionego, z opuszczonymi ramionami. W jego twarzy nie dostrzegł żadnych emocji. Oczy miał wyblakłe.

Kościelny chwilę czekał, jakby się spodziewał, że Mikołaj skorzysta z proponowanej pomocy. Ale on milczał. Było mu wszystko jedno, kim jest mężczyzna z przeszłości i dlaczego nagle znalazł się obok niego. Chciał się tylko napić, szybko opróżnić butelkę i doznać błogiego ciepła rozchodzącego się po ciele. Po alkoholu czuł swoje nogi, a tego pragnął najbardziej. Już miał powiedzieć kościelnemu, że chce zostać sam, kiedy zorientował się, iż dzięki niemu może dyskretnie zrealizować swój zamiar. Kościelny, stojąc za jego plecami, zasłaniał go przed wścibskimi spojrzeniami. Kiedy wjechali w cień kolumny, Mikołaj wyjął butelkę i szybko wypił jej zawartość.

– Wtedy pił pan byczą krew – usłyszał za sobą – dobrze pamiętam. Rok 1989 był dla Polaków szczególną datą.

Mikołaj opuścił gwałtownie drążek hamulca. Odwrócił głowę.

– Kiedy?

– Dziesięć lat przed wypadkiem. Był pan tutaj z kolegami i swoją przyszłą żoną na obozie harcerskim.

– To prawda – przyznał zdumiony Mikołaj. – Pamiętam, że ma pan takie dziwne imię… Makary? Czy tak?

Czuł, jak wraca mu pewność siebie. Przypomniał sobie czas, kiedy chodził na własnych nogach. Wtedy poznał Beatę. Mieli po piętnaście lat. Rzeczywiście spotkał wtedy tego człowieka – przynieśli z Beatą i oddali mu zardzewiałe astrolabium, które wykopał na obrzeżach obozu.

Mikołaj obserwował Makarego i się zastanawiał, skąd mężczyzna zna szczegóły z jego życia. Kręciło mu się w głowie po wypitej wódce. Na obozie we Fromborku był w 1989 roku. Szybko policzył w pamięci, że od tamtego czasu minęło dwadzieścia pięć lat. W 1994 roku ożenił się z Beatą. Nagle przypomniał sobie przeszywający ból, który trwał ułamek sekundy. Miał wrażenie, że nie siedzi w wózku, lecz na fotelu przypięty pasami, w zgniecionym samochodzie, patrząc na powykręcaną blachę i wybite szyby. Wzdrygnął się na myśl o wypadku. Zginęła wtedy młoda dziewczyna. Gdyby nie ta przypadkowa śmierć, miałby święty spokój. Mógłby wtedy pić i zanurzać się w świat, w którym jego nogi były sprawne. To był dla Mikołaja pewien dyskomfort. Ilekroć się upił, atakowały go obrazy tamtego zdarzenia. Wracały uczucia związane z przesłuchaniami w prokuraturze, kiedy wyjaśniał, że to nie on spowodował wypadek.

Wsłuchany w muzykę organową wspominał. Minęło ćwierć wieku, odkąd poznał Beatę, a piętnaście lat od wypadku. Myślał, że niewiele pamięta z tamtego czasu. Teraz z niebytu wyłoniły się obrazy: chce mu się pić, sięga po kubek, zakłada buty, nachyla się i wiąże sznurowadła, wychodzi z domu. Ruch nie wymagał wtedy żadnych decyzji, nie trzeba było o tym myśleć. Bez czucia w nogach jego świat się skurczył, stał się klatką, w której się miotał i poza którą nie wychodził. Ale walczył. Był pewien, że swoją niezłomną wolą dokona cudu i wróci do zdrowia. Pocieszał się, że mogło być gorzej – mógł przecież od dawna leżeć na cmentarzu tak jak tamta dziewczyna.

Beata woziła go samochodem na rehabilitację. Uczył się chodzić w aparacie. Przełamywał zmęczenie. Wściekał się, ale niestrudzenie ćwiczył. Przestał pić. Lekarz przekonał go, że alkohol niszczy siły organizmu, które wspierają proces leczenia. Mikołaj zaczął nawet dostrzegać plusy tego, co się stało. Otrząsnął się. Zbliżył z żoną. Wspólnie walczyli o jego powrót do zdrowia. Sześć lat zmagań, przełamywania słabości doprowadziło go do stanu, w którym wreszcie zobaczył, czym naprawdę są uczucia, czym jest radość odczuwana rankiem po obudzeniu. Chciał jeszcze głębiej i mocniej przeżywać nieznane dotąd stany. Jednak gdy lekarz stwierdził, że już nigdy nie będzie chodził o własnych siłach, radość zgasła. Stracił punkt oparcia. Nie umiał odwołać się do niczego, co nadałoby sens jego życiu. Bez idei, bez koncepcji, bez wizji stracił chęć na cokolwiek. Wszystko, na co patrzył, o czym myślał i czego doświadczał, było beznadziejne. Bał się. Przypomniał sobie, jak w przeszłości radził sobie z lękiem. Znów zaczął pić. Znalazł punkt oparcia. Niewładne nogi, jak mu się zdawało, znów stąpały po ziemi.

Beata załatwiła mu wózek inwalidzki. Zawoziła samochodem do centrum miasta i zostawiała go tam samego. Jeździł chodnikami, obserwował reakcje ludzi. Często celowo jechał na wprost kogoś – chciał w ten sposób wykrzyczeć, że jest kaleką. Patrzył z satysfakcją, jak ludzie na jego widok spuszczają głowy, pośpiesznie schodzą mu z drogi i znikają, chcąc jak najszybciej zapomnieć o spotkaniu z inwalidą. Ilekroć planował, co będzie dalej, jak ułoży sobie życie, zawsze na końcu jego rozmyślań pojawiał się alkohol.

W 2005 roku, po wypadku i rehabilitacji, wrócił do pracy w sklepie ogrodniczym. Pierwszego dnia na powitanie wypił z szefem jedno piwo. Nie ciągnęło go do kolejnego. Uwierzył, że jest silny. Po przepracowanym tygodniu napił się znów piwa. Tym razem dwie butelki. Zadzwonił do Beaty, żeby przyjechała po niego dwie godziny później. Tłumaczył jej, że ma pilną pracę. Pojechał na plac Trzech Krzyży do ulubionej kawiarni. Wypił kolejne piwo.

*

Zapomniane zdarzenia wróciły teraz wyraźnie, fakty ułożyły się w logiczną całość. Mikołaj zrozumiał, że jego kolejne spotkanie z Makarym, tym razem w 2014 roku podczas koncertu chorałów Bacha w katedrze fromborskiej, nie jest przypadkowe.

– Co pan tu robi? – zapytał ożywiony Mikołaj. – Ostatnio widzieliśmy się w antykwariacie.

– Bycie kościelnym to moje… hobby. Żyję z książek. Bacha też lubię posłuchać – odpowiedział żartobliwie Makary.

– A ja przyjechałem się napić – powiedział z kpiną w głosie Mikołaj. I dodał: – Skoro jest pan jednocześnie kościelnym we Fromborku i antykwariuszem w Warszawie, może mi pan powie, gdzie tu najbliższy sklep z trunkami.

– Tak się składa – odrzekł Makary – że dorabiam również w sklepie monopolowym. Przy tym staram się być przezorny i czasami noszę przy sobie coś na złagodzenie smętnych nastrojów.

– A że dzisiaj się nie składa, to za chwilę powie mi pan, że swą przezorność zostawił w domu. Czy mam rację? – zapytał z ironią Mikołaj.

– Pesymizm w pana wydaniu jest zatrważający. Powinien pan martwić się swoją niecierpliwością. Proszę, oto pańska Żołądkowa Gorzka.

Mikołaj bez namysłu odkręcił korek i wlał w siebie wódkę. Chuchnął głośno i rozparł się wygodniej. Czuł, że Makary popchnął wózek, ale nie protestował. Było mu wszystko jedno, dokąd jadą. Znów czuł wzbierający optymizm. Jednocześnie w tle pojawiły się niepokojące wspomnienia.

Beata, kiedy widziała go nietrzeźwego, krzyczała. Traciła panowanie nad sobą. W pracy szef sugerował, żeby przestał pić. Straszył zwolnieniem i konsekwencjami. Za każdym razem przyrzekał i żonie, i szefowi, że niebawem przestanie. Tłumaczył, że musi zaakceptować swoje kalectwo. Szef postawił sprawę jasno: albo picie, albo praca. Mikołaj zgłosił się do poradni psychiatrycznej, zarejestrował się, otrzymał zaświadczenie, że realizuje zalecenia lekarza, uczęszcza na zajęcia terapeutyczne i mityngi AA. Po cichu jednak pił nadal. Kiedy Beata odkryła, że jego leczenie jest fikcją, nie wiedziała, co zrobić. Oskarżyła go, że nie chce mieć rodziny. Roześmiał jej się wtedy w twarz.

– O jakiej rodzinie mówisz? Przecież nie będziemy mieć dzieci.

– Ale możemy adoptować.

Łudził się, że wyzdrowieje i będą mogli mieć własne dziecko. Później o tym zapomniał. A kiedy ponownie usłyszał od Beaty o dziecku, coś w nim zmiękło. Stwierdził, że ma dość siły, by pokonać nałóg. Zapału starczyło mu na dwa dni.

Mikołaj nie pamiętał, kiedy to było, ale drugie spotkanie z Makarym, które miało miejsce w antykwariacie, utkwiło w nim mocno. I choć później miał wątpliwości, czy było ono wytworem jakiegoś majaku alkoholowego czy rzeczywistością, potrafił je opisać bardzo dokładnie.

Sklep z zewnątrz wyglądał zwyczajnie – dwa betonowe schodki prowadzące do wąskich drzwi. Na szybie jedynego okna, wychodzącego na plac Trzech Krzyży, widniał napis „Antykwariat”. Informacji o godzinach otwarcia sklepu nie było. Mikołaj chciał wjechać do środka. Zastanawiał się przez chwilę, jak mógłby to zrobić. Wściekł się. Zaklął. Z bocznej kieszeni wózka wyjął jedną z trzech buteleczek Gorzkiej Żołądkowej. Wypił pośpiesznie zawartość. Podjechał blisko okna, zapukał kilka razy w szybę. Po chwili na schodkach pojawił się Makary.

– A, to pan. Pamiętam. We Fromborku przyniósł mi pan zniszczone astrolabium. Czy to nie wtedy powiedziałem, że dla każdego z nas słońce jest źródłem istnienia? A ziemia podstawą, by zapuszczać korzenie? Niezbyt dobrze obszedł się z panem los. – Makary spoglądał na wózek inwalidzki mężczyzny.

Nagle tęsknoty i marzenia młodości wróciły do Mikołaja, jakby słowa o słońcu i ziemi, wypowiedziane przez Makarego, zawierały klucz do odpowiedzi na postawione wtedy pytania. Już we Fromborku, mając piętnaście lat, lgnął do tego, co tajemnicze, co obiecywało, jak mu się zdawało, szczególną wiedzę. Podczas obozowych wieczorów rozprawiał z Beatą o sensie życia. Poszukiwał samego siebie i pragnął zostać kimś niepospolitym.

Przypadkowo wykopane stare astrolabium na obrzeżu obozowiska uznał za znak od Boga. Wyobraził sobie, że jest wybrańcem losu i bez wahania uznał się za kogoś szczególnego, lepszego od innych. Pobiegł z Beatą do katedry z wiadomością, że znalazł święty przedmiot, niemal relikwię. Sugerował kościelnemu, że mogło dojść do profanacji sakralnego przedmiotu.

Makary przyjął astrolabium i zaprosił ich na herbatę. Odmówili. Śpieszyli się na obozowe ognisko. Mikołaj na tę okazję zdobył butelkę wina.

– Może teraz napije się pan herbaty? Wtedy na obozie wolał pan pić wino. Ale nie dziwię się. Jak się kocha…

– Chętnie, tylko… – przerwał mu Mikołaj i spojrzał wymownie na schodki przed antykwariatem. – Na wózku będzie trudno.

Makary machnął ręką na znak, że schodki nie są problem. Cofnął się do sklepu i przełożył metalową wajchę. Schodki zmieniły się w podjazd.

W środku było tak jasno, jakby słoneczne światło wpadało przez ogromne witryny, a nie przez niewielkie okno.

– Zaraz wracam. Przyniosę herbatę. Proszę się rozgościć – poprosił antykwariusz.

Mikołaj podjechał do lady odgradzającej przedsionek od pomieszczenia wypełnionego po sufit książkami na regałach. Jego uwagę przykuło mosiężne, jak mu się zdawało, małe astrolabium.

– Naszykowałem je dla pana na pamiątkę tamtego. Może wyznaczy ono panu kierunek, w którym powinien pan iść?

– Bardzo śmieszne – powiedział z sarkazmem w głosie Mikołaj. – Chyba raczej pojechać.

– Przepraszam. Zrobiłem to nieświadomie. Chciałem zwrócić pana uwagę na rzecz wielce istotną. Już o tym wspomniałem, ale powtórzę: Słońce jest źródłem istnienia, a ziemia podstawą, by zapuszczać w niej korzenie. To jest porządek nie do odwrócenia. A pan, panie Mikołaju, jak widzę, zaburza ten porządek skutecznie.

– Myśli pan, że jestem tutaj, żeby wysłuchiwać jakichś pouczeń? – zapytał z pretensją Mikołaj.

– Proszę pamiętać, że to nie ja zapraszałem pana do siebie – odpowiedział Makary.

– Wpadnę innym razem. Dzisiaj nie mam głowy do tego – powiedział Mikołaj i chwycił za obręcze kół. Podjechał do drzwi, otworzył je i zjechał na chodnik.

Był rozdrażniony i zmęczony. Zatrzymał się przy skrzyżowaniu. Słowa antykwariusza o słońcu, ziemi i korzeniach wciąż krążyły w jego myślach. Nie mógł się na niczym innym skupić. Patrzył na przechodzących ludzi, jadące samochody, czuł zapach spalin. Wjechał na pasy dla pieszych i zatrzymał się na środku jezdni. Jakiś mężczyzna zatrzymał się przy nim i zaproponował pomoc. Mikołaj zaśmiał się szyderczo:

– Jak mam zapuścić korzenie na kołach? No jak?! – krzyknął.

Miał ochotę na kilka setek wódki, stan uwolnionej, trochę odrealnionej świadomości, osłabionej kontroli. Bezruch, który go obezwładniał, znikał w chwili, kiedy się napił. Umiał wtedy spoglądać w górę, patrzeć w słońce. Stan bez alkoholu nazywał wtedy pełzaniem. Szarpnął się na wózku.

„Jeżdżę, ale czy się poruszam?” – pomyślał. Zastanawiał się gorączkowo: „Dwie setki czy powrót do antykwariatu?”.

Usłyszał klaksony samochodów. Zawrócił na chodnik. Podjechał pod witrynę antykwariatu. Opróżnił kolejną buteleczkę. Wjechał po rampie. W środku nikogo nie zastał. Zawołał właściciela głośno po imieniu. Nikt się nie odezwał. Zdjął z lady astrolabium. Chwilę na nie patrzył. Poczuł mrowienie w nogach. Zamknął oczy. Wydawało mu się, że wszystko wkoło zmienia swoje współrzędne. Wstał. Wąskim korytarzykiem ruszył w głąb sklepu. Ledwie paląca się żarówka przy suficie rozpraszała półmrok. Nagle dostrzegł, że jest w okrągłym pomieszczeniu, we wnętrzu, które zwiedzał jako harcerz we Fromborku. Nie wierzył w to, co widzi. Był przecież w Warszawie, w antykwariacie przy placu Trzech Krzyży.

„Jakim cudem znalazłem się w okrągłej sali” – pytał siebie w myśli.

Wokół ścian sali stały donice z krzakami tarniny, a przy stole siedziało dwóch mężczyzn.

– Nareszcie. Co tak długo? – odezwał się jeden z nich, opalony, z długimi włosami. Na głowie miał ogrodniczy kapelusz.

– Co tak się dziwisz? – zapytał ochrypłym głosem drugi. – Przyniosłeś nawóz?

Mikołaj podszedł do stołu. Spojrzał na swoją dłoń. Myślał, że trzyma w niej astrolabium.

– Jakiś dziwny jesteś. Postaw tę butelkę na stole. Jeszcze ją opuścisz – powiedział ten ochrypły.

Szybkim ruchem Mikołaj postawił butelkę na stole. Usiadł na krzesełku obitym grubym, czerwonym pluszem.

Mężczyzna o ochrypłym głosie przysunął do siebie butelkę, wprawnie odkręcił korek i rozlał zawartość do trzech plastikowych pojemników.

– Dokończę ten wątek. Mówiłem wam już, że pojechałem wtedy do centrum ogrodniczego po okulizak.

– Po co? – zapytał rozbawiony Mikołaj.

– Nóż do szczepienia drzewek. Nacinasz oczko, przykładasz gałązkę, smarujesz, zawiązujesz… Tak transformacja. Więc podszedł do mnie starszy pan. Tak, w tym centrum ogrodniczym. Trochę wyglądał jak zakrystian z kościoła w mojej rodzinnej wsi. Przedstawił się jako Makary. Zapytał, czy podjąłbym się szczepienia rzadkiej rośliny, której korzenie bardzo słabo rosną na miejskiej glebie. Zaproponował tysiąc złotych. Zgodziłem się, choć z oporami. Niby okulizacja rzecz prosta, ale praca z żywą rośliną to nie wykopanie dołka pod sadzenie. Wręczył mi kopertę z pieniędzmi, kartkę z informacją o roślinie, ukłonił się i wyszedł ze sklepu. Dziwne to było. Ale zaskoczenie dopiero na mnie czekało. Przeliczyłem pieniądze. Suma się zgadzała. Ale reszta? Na małej karteczce było napisane mieszaniną łaciny i niemieckiego: Nikolaus aus Frauenburg (Castrum Dominae Nostrae).

– Przecież sprawa jest jasna jak słońce – odezwał się mężczyzna z ochrypłym głosem. – Ten człowiek jak miał na imię?

– Makary.

– Właśnie, pan Makary użył pewnego porównania. Chodziło mu zapewne o Mikołaja Kopernika z Fromborka. W średniowiecznych księgach parafialnych zakonnicy zapisywali nazwę Frombork jako „Gród Naszej Pani”.

– Zaraz, zaraz. Że niby żywego człowieka będziecie szczepić? – zapytał Mikołaj, jakby usłyszał dobry kawał. – Niby jak? Poza tym Kopernik nie żyje już kilkaset lat. Zresztą wasz cyrk, wasze małpy. Róbcie co chcecie – skończył mówić rozbawiony i sięgnął po plastikowy pojemnik.

– Zgłupiałeś?! – krzyknął mężczyzna w kapeluszu ogrodnika. – Chcesz się zatruć? To jest nawóz do tarniny!

*

– Myślę, że dalej jest już śmierć – mówiła Beata. – Po ostatnim pijaństwie dwa dni leżałeś nieprzytomny na SOR-ze. Masz zapalenie wątroby. Wiesz chociaż, gdzie byłeś i co się stało? Może przynajmniej dokumenty odzyskamy – mówiła do męża zrezygnowana, ale i przepełniona współczuciem.

Chciał jej powiedzieć, że portfel z dokumentami zostawił pewnie w sali Kopernika, do której dostał się przez antykwariat. Kiedy jednak uświadomił sobie, jak zabrzmią jego słowa, zrezygnował. Rozejrzał się. Leżał w szpitalnym łóżku. Beata siedziała obok na krześle. Na szafce stała butelka wody mineralnej. Obok małe astrolabium. Drgnął. Nie pamiętał, w jaki sposób znalazł się w szpitalu. Czuł potworny lęk. Wszystko wewnątrz niego wibrowało. Pomyślał o butelce piwa. Zbierało mu się na wymioty. Kiedy poczuł parcie na pęcherz, zorientował się, że jest podłączony do cewnika.

W szpitalu leżał tydzień. Beata przychodziła codziennie. Przed wypisem poprosiła, by zgodził się na zamkniętą terapię.

– Mój kolega, Bogdan, jest lekarzem na oddziale dla alkoholików w Tworkach. Obiecał, że pomoże w przyjęciu cię na ośmiotygodniową terapię zamkniętą. Jutro możemy pojechać do niego do szpitala na rozmowę.

– Chyba nie mam wyjścia – oświadczył z rezygnacją Mikołaj. – Pewnie już wiesz, skoro sprawy zaszły tak daleko.

Beata, zaskoczona słowami męża, chciała zapytać, co ma na myśli, ale od razu zrezygnowała i tylko od niechcenia rzuciła:

– O tym porozmawiamy później. Na razie musisz się pozbierać.

– Czyli wiesz! – prawie krzyknął. – Mam prokuratora na karku, więc jakie mam wyjście? Co ty byś wybrała, więzienie czy szpital?

– Proszę cię. To są drugorzędne sprawy. Przecież to tylko rozmowa kwalifikacyjna – powiedziała pojednawczo Beata.

Mikołaj odwrócił głowę od żony, jakby się bał, że za chwilę kiwnie jej głową na znak, że zgadza się na tę rozmowę. Znał Bogdana. Kilka razy spotkał się z nim i rozmawiał o nieuniknionych konsekwencjach picia. Nie wspominał o tym Beacie. Miał przez dłuższy czas obsesję, że żona romansuje z mężczyzną i się tego wstydził.

Podczas pierwszej wizyty u Bogdana zwierzył się, że oprócz problemów z alkoholem ma również problemy z prokuraturą. Nie wyjawił jednak szczegółów. Obawiał się, że zostanie potraktowany jak osoba niespełna rozumu. Sam wątpił czasem w to, co go spotykało. Wewnętrznie przekonany o prawdziwości tego, co się działo, nie umiał o tym opowiedzieć. Zdawał sobie sprawę, że jego słowa zabrzmią niewiarygodnie. Ilekroć odtwarzał w pamięci wizytę w prokuraturze, uśmiechał się sam do siebie.

*

Na wezwanie stawił się punktualnie. Prokurator o nic go nie oskarżał. Zapewniał, że Mikołaj jest rozsądnym, zrównoważonym człowiekiem i sugerował, że tajemnice zostaną wyjawione. Uprzedził jedynie, że zdarzenia, które będą omawiać, podlegają pewnym rygorom.

– Jeśli okaże się to prawdą, mogą wobec pana być zastosowane nadzwyczajne środki przymusu – wyjaśnił.

Mikołaj znał trochę prawo i kodeks karny. Nigdy nie słyszał o artykule 13 w brzmieniu, jakie podał prokurator. Paragraf przewidywał zastosowanie przeszczepu. Uśmiechnął się, gdy to usłyszał. Tłumaczył prokuratorowi, że wypicie butelki wina we Fromborku, nawet jeśli był niepełnoletni, nie jest przestępstwem i nie podlega żadnym rygorom.

– Z całą pewnością może być tak, jak pan mówi. Ale proszę do swojego rozumowania dodać jeden mały element.

– Niby jaki?

Prokurator wyjął małe astrolabium. Postawił je przed sobą i powiedział:

– Nie liczy się pan z naturą rzeczywistości. Rodzi się pan. Wzrasta. Cieszy się, że słońce świeci. Zapuszcza korzenie… I nagle wypija pan butelkę wina.

– I co w tym złego? – zapytał poirytowany Mikołaj.

– Chce się pan poddać okulizacji, ale czy jest pan dobrze zakorzeniony? Nie wystarczy samo patrzenie w słońce.

*

– To jak, zadzwonić do Bogdana? – zapytała po raz trzeci zniecierpliwiona Beata.

– Dobrze. Jutro pojedziemy – ocknął się Mikołaj.

*

Z zabytkowego budynku tuż obok bramy wjazdowej wyszedł ochroniarz w uniformie. Podszedł do samochodu i zapytał:

– Na długo?

– Dwie godziny chyba wystarczą – powiedziała Beata.

– Sześć złotych.

Wyjęła z portmonetki dwie monety i podała mężczyźnie. Odebrała bilet i wolno puściła pedał sprzęgła. Po paru minutach zatrzymała się na parkingu przed pawilonem numer dziesięć. Z bagażnika wyciągnęła wózek. Pomogła Mikołajowi wysiąść z samochodu. Betonową rampą wjechali do budynku.

– Jestem umówiona do doktora Bogdana – poinformowała Beata pielęgniarkę w dyżurce.

– Proszę usiąść w korytarzu. Zaraz przyjdzie sanitariusz i zawiezie męża do gabinetu – powiedziała pielęgniarka. – Pan doktor uprzedzał, że pani przyjedzie. O, już jest sanitariusz.

Beata nachyliła się do Mikołaja. Pocałowała go w policzek i pogładziła po ręku. Potem usiadła na krzesełku i przez łzy patrzyła, jak pielęgniarz zajmuje jej miejsce, chwyta rączki i popycha wózek w stronę korytarza, gdzie znajdował się gabinet lekarski. Odwrócił się jeszcze. Kątem oka dostrzegł żonę. Siedziała na krzesełku i machała do niego ręką.

– Mógłby mnie pan zawieźć do toalety? – poprosił Mikołaj pielęgniarza.

– Nie ma sprawy – odpowiedział. – Zaczekam tutaj.

Mikołaj wjechał do środka. Zamknął się w jednej z kabin. Z bocznej kieszeni wyjął buteleczkę i wlał w siebie wódkę. Wcisnął spłuczkę. Patrzył jak woda z impetem znika w otworze kompaktu. Sięgnął ręką do zamka.

„Jeszcze jedną” – przemknęło mu przez myśl.

W chwili gdy miał wypić alkohol, ktoś zapukał. Usłyszał znajomy głos.

– Mogę spełnić pana ostatnie życzenie.

– To znów pan – odpowiedział z narastającą irytacją Mikołaj. – Chwileczkę. Kończę.

Znów wypił pośpiesznie alkohol. Pustą buteleczkę postawił na terakocie i otworzył drzwi. Ujrzał przed sobą Makarego. Przestrzeń za kościelnym zaczęła się rozmywać. Ściana wykładana kafelkami rozciągnęła się, zmatowiała i przekształciła w okrągłą salę, wkoło stały donice z tarniną. Mikołaj wstał z wózka i podszedł do Makarego.

– Słucham więc, drogi przyjacielu. – Uśmiechnął się. – I cóż takiego mi przygotowałeś?

– Ma pan ochotę na setkę? – spytał Makary. – To takie ostatnie życzenie przed zadośćuczynieniem.

Mikołaj chciał coś powiedzieć, ale zauważył siedzącego przy stole mężczyznę w ogrodniczym kapeluszu.

– Czy to ten pan do okulizacji? – odezwał się mężczyzna w kapeluszu. W ręku trzymał nóż z półokrągłym ostrzem.

– Tak. To jest pan Mikołaj. Proszę jeszcze o chwilę cierpliwości – mówił spokojnie Makary. – Więc – spojrzał na Mikołaja – ponownie spytam… Może Żołądkową Gorzką?

– Czego pan chce? – wymamrotał Mikołaj.

– Chcę jedynie, by nie zatruwał pan ziemi i pozwolił innym ludziom cieszyć się słońcem. Proszę, pański alkohol – mówił spokojnie, podając butelkę Mikołajowi. – Gdyby umknął panu pewien szczegół, przypomnę: to moja córka zginęła w tym wypadku, którego pan nie spowodował.

– Przecież to jakiś absurd – próbował się tłumaczyć Mikołaj. Ledwie mógł utrzymać butelkę w palcach. Patrzył to na Makarego, to na nóż ogrodniczy, po czym bezwiednie odkręcił korek i wypił alkohol.

– Astrolabium – zwrócił się Makary do mężczyzny w kapeluszu. –Proszę użyć jako podkładki pąka liściowego. Będzie się lepiej korzenić. Do widzenia, panom.

*

– Dlaczego przywiózł pan tego człowieka nietrzeźwego? – spytał ze złością lekarz.

– Panie doktorze – tłumaczył pielęgniarz – na wózku nie widać, czy trzeźwy czy pijany. Oddziałowa kazała go do pana przywieźć, więc przywiozłem.

– Nosa pan nie ma? W tym momencie mój pacjent na detoks się kwalifikuje! – Zirytował się doktor Bogdan. – Niech go pan tam zawiezie.

Wstęp | Data umierania | Połówka | Tajemnica | Astrolabium | Szeptunka | Trzej królowie | Kukułeczka | Kot | Monit | Cmentarz

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz