Ach, te neurony…

Mówiła, że nie udaje jej się stworzyć stałych związków. Bolała nad tym. Jej niezadowolenie z siebie, rozczarowanie znajomościami, tak mi się zdawało, brzmiało, jakbym słyszał dwa oddzielnie zagrane akordy, które nie mogą stać się melodią, gdyż brak między nimi harmonii.

Coś w jej wnętrzu płakało, bolało i domagało się wyrażenia. Ale Marta chyba bała się słuchać samej siebie. Gdy mówiła o nieudanych związkach, ledwie dotykała tematu. Wspomniała o jakimś traumatycznym przeżyciu z dzieciństwa. Głównie opowiadała o swoim bracie.

Zanim zaczął pracować we Francji, przez wiele lat go wspierała. Brat był alkoholikiem. Nie wiedziała o tym. Osoby uzależnione często są mistrzami maskowania.

Tak było z bratem Marty. Żeby zdobyć pieniądze na alkohol, wikłał siostrę swoimi konfabulacjami. Najpierw przekonywał ją, że potrzebuje gotówki na rozkręcenie biznesu i rozwój. Przez kilka lat dawała się zwodzić. Kiedy zaczęła coś podejrzewać, brat zmienił strategię. Przekonywał, że pieniądze są mu potrzebne, by wygrzebać się z kłopotów, na pomoc koledze, który miał wypadek, albo na wsparcie znajomej, której umarł ktoś bliski.

Słuchając Marty zaczynałem rozumieć, skąd brało się w niej to wewnętrzne rozdzielenie. Jej opowieść dotyczyła brata, z którym wychowywała się, była od maleńkości, którego zapewne kochała, była z nim zżyta.

Niewiele wiedziałem o jej rodzinnych relacjach, ale przecież nietrudno się domyślić, że między rodzeństwem istnieje mocna więź emocjonalna. Może brat był dla Marty wzorem. Bohaterem, który miał ją zawsze bronić przed złem, wspierać w trudnych chwilach. Zapewne wiele lat żyła z takim wizerunkiem brata.

I nagle dotarło do niej, że ten obraz nie przystaje do rzeczywistości. Z pewnością brat w jakiś sposób przyczynił się do jej rozczarowania, a nawet wściekłości. Bo gdy człowiek dowiaduje się, że zarobione pieniądze zostały wydane na hulaszcze życie, a nie na rozwój, to krew oczy zalewa.

Oczywiście scenariusz mógł być o wiele bardziej skomplikowany. Marta mogła mieć dużo więcej przykrych doświadczeń. O tym wiedziała tylko ona. Opowiadając swoją historię uznała, że nam, jej koleżankom i kolegom z grupy Programu Rozwoju Osobistego, musi wystarczyć wybrany przez nią fragment życia.

Ale przecież słowa to jedno, a ukryty sens to drugie. W gestach ciała, tonie głosu, przerwach na złapanie oddechu, wahaniach i pewności, przedstawianych faktach, kryje się cały wewnętrzny świat człowieka. Właśnie w tym jej metajęzyku wyczułem ów rozdźwięk między akordami, który nie pozwala stworzyć melodii.

Przypomniało mi to pewien artykuł, który przeczytałem kilka miesięcy przed przyjazdem do ośrodka rozwoju osobistego.

Pisano w nim, że serce posiada komórki neuronowe, bardzo podobne do tych, które znajdują się w mózgu. Sugerowano, że człowiek potrafi myśleć nie tylko głową, ale też sercem. Może w wypowiedziach Magdy usłyszałem głos jej serca. Może ona też go słyszała, ale z różnych powodów zagłuszała go nieustannym potokiem myśli ubranych w słowa.

Wydawało mi się, że właśnie tak było. Magda starała się być perfekcjonistką. Pracowała w dużej firmie. Inwestowała w swój rozwój. Uczestniczyła w różnych kursach i nie tylko takich, które podnosiły jej kwalifikacje zawodowe, ale też brała udział w spotkaniach rozwoju osobistego, programach DDA. Gdy mówiła, miałem wrażenie, że przeróżne teorie ma w jednym palcu. Ale za tym teoretyzowaniem słyszałem głos jej serca, który chciał jej przekazać, że dążenie do perfekcyjnego sprostania własnym wyobrażeniom nadmiernie rozbudza ambicje. Za ich realizację przychodzi słono płacić. Frustracją, złością, zazdrością, niezadowoleniem, łatwym obrażaniem się na innych, drażliwością na punkcie swojej osoby.

Znałem te emocje. Podobnie jak Magda przez wiele lat chciałem być najlepszy. Wiele z tych ambicji we mnie pozostało, ale zrozumiałem, że dążenie do perfekcji owszem, doprowadza do pewnego kunsztu warsztatowego, ale bardzo przeszkadza w nawiązywaniu życzliwych relacji. Przerośnięte ambicje oznaczają nieustanne dążenie, by coś osiągać, a to powoduje, że wciąż walczymy ze sobą i światem. Czy będąc na wojennej ścieżce można kochać? Czy w ferworze walki można zbudować udany związek?

Marcie zależało na tym, by go stworzyć. W jej głosie słyszałem tę potrzebę od samego początku opowieści. Może, mówiąc o relacji z bratem, tak naprawdę chciała ratować tę dawną relację z dzieciństwa? A może nie chciała się pogodzić z myślą, że tamta relacja rozpadła się. Pragnęła mimo wszystko podtrzymać wyidealizowany obraz brata. Może dlatego bała się słuchać głosu serca, gdyż ono wiedziało, o czym myśli głowa.

Gdy dotarło do niej, że brat jest alkoholikiem, nadal trzymała uchyloną furtkę, przez którą mogłaby dotknąć obrazu z dzieciństwa. Zaproponowała mu, że załatwi i sfinansuje mu roczne leczenie odwykowe. On miał jedynie ukończyć terapię. Może chciała doprowadzić do tego, żeby wszystko było jak dawniej. Czy rekompensowała sobie w ten sposób niepowodzenia w związkach? Może jako perfekcjonistka chciała osiągnąć sukces, znów być najlepsza, tym razem skutecznie ratując brata? Ale brat nie zgodził się na terapię, wyjechał do Francji.

Porażka zmusza do zmiany oglądu siebie i innych. Powoduje rozgoryczenie. Znam jego smak. Można wtedy nadal podtrzymywać złudzenie i karmić się wyobrażeniami, ale wtedy pragnienia prowadzą do nieustannego porównywania się z tym, czy jestem wystarczająco dobry. Rodzi się dysonans, coś w nas zgrzyta. Rozbrzmiewa w nas kakofonia.

Jednak można też wsłuchać się w głos serca, oderwać się od gonitwy myśli, która rodzi wciąż niepokój. W takim serdecznym zasłuchaniu przestają nas nękać pytania, czy będę kochany, czy będę wystarczająco dobry, czy będę podziwiany. Wtedy samo uważne słuchanie i patrzenie pozwala być takim, jakim się jest.

Może warto więc postawić na neurony w sercu, bo zdaje się, że to one tworzą najlepszy fundament do budowania związków.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz