Zakorzenienie

Po porannej toalecie, śniadaniu, towarzyskich rozmowach spotykaliśmy się w sali. Gdy uczestnicy Programu Rozwoju Osobistego układali się na materacach, opiekunka grupy zadawała pytanie: z czym dzisiaj przychodzicie?

Jej pozornie prosta prośba, miała ogromną moc. Odwracała bieg rzeczy. Zmuszała do zajrzenia w siebie, oderwania się od czynności, które pochłaniają człowieka w ciągu dnia.

Poranek na ogół jest dla nas jednakowy, wypełniony rutynowymi czynnościami. Niby obecni, ale myślami już gdzie indziej, zerkamy na zegarki, zastanawiamy się czy zdążymy do pracy, czy będą korki albo tłok w pociągu. I tak ze wszystkim przez cały dzień. Wygląda to tak, jakbyśmy nie chcieli być w tym momencie, w którym jesteśmy, jakbyśmy nie chcieli przebywać sami ze sobą, więc chętnie zajmujemy się wszystkim innym, chcąc by przebiegało to po naszej myśli.

Pytanie „z czym przychodzicie?” było dla nas czytelne. Oczywiście, każdy rozumiał je na swój sposób. Jednak wiadomo było, że nie chodzi o to, by powiedzieć w jakim przyszliśmy ubraniu, i czy wnieśliśmy do sali kubek z herbatą. W pytaniu zawarta była prośba o wyrażanie swoich uczuć, podzielenie się refleksjami, niepokojami, radościami.

Słuchając uczestników sesji, z czym przyszli (był to czwarty dzień mojego pobytu w ośrodku) poczułem, jak się mocno zakorzeniłem w tym nowym dla mnie miejscu. Wydawało mi się, że ma to związek z rytmem dnia. Życie było tu poukładane, dokładnie odmierzone i podzielone. O ósmej śniadanie. O trzynastej obiad. Kolacja o osiemnastej.

Dostosowywanie się do równo następujących po sobie posiłków, spotykanie się o stałych porach w stołówce i w sali nie było dla mnie nowym doświadczeniem, ale przypomniało mi, że poukładane życie przynosi spokój. A ponadto, jedząc tego dnia śniadanie, doświadczyłem nawet radości. Daro, jeden z uczestników programu, siedzący przy tym samym stole co ja, przyniósł ze sobą smalec domowej roboty. Gdy zareagowałem na to entuzjastycznie, poczęstował mnie.

Podczas porannej sesji, kiedy przyszła kolej na moją wypowiedź „z czym przychodzę”, popatrzyłem na kolegę i ponownie poczułem to zakorzenienie. Podzieliłem się swoimi odczuciami, tym, że zapomniałem, co to jest jadanie o stałych porach, rytm dnia, dzielenie się z innym. Lubię dawać prezenty i przyjmować je. Ale gdy gest Daro podczas śniadania nałożył się na poczucie wspólnoty z grupą, odczułem coś w rodzaju ugruntowania, zasobu, z którego mógłbym czerpać. Odczułem wdzięczność. Ale miałem się na baczności. Myśli lubią korzystać z emocji i często zwykłym relacjom przypisują jakąś nadzwyczajność. Wprowadzamy się w błogie uniesienie i zamiast stąpać twardo po ziemi, szukamy szczególnych doznań.

Skorygowałem swój sposób patrzenia i zdawało mi się, że zauważam więcej, słuchając jak Daro mówił, z czym przyszedł. Wcześniej widziałem przed sobą gadatliwego chłopaka, który raz po raz strofował się za tę gadatliwość. Dzielił się chętnie z grupą swoimi przemyśleniami i wyrażał co czuje po wysłuchaniu historii innych. Zawsze miał coś do powiedzenia. Przy tym zawsze powoływał się na fakty ze swojego życia oraz bliskiej i dalszej rodziny. Miałem wrażenie, że wie o nich wszystko i lubi o tym opowiadać.

Po czterech dniach słuchania i zjedzeniu porcji smalcu, Daro wydał mi się nie tylko chłopakiem, który siedzi na materacu i lubi mówić. Oczami wyobraźni zobaczyłem go na tle rodziny. Przecież to było całe bogactwo spraw, ginących w powodzi gadulstwa. Chłopak relacjonował jak wspólnie z bliskimi przeżył kawał życia, czuł ich fizyczną i psychiczną obecność, ich złości i radości, jak dzielił się z nimi smutkami i radościami, przyglądał ich ubiorom, niepokoił się, czy go akceptują. Było tam szczęście przy narodzeniach dziecka. Były wesela, ale też śmierć, szpitale i wypadki. Przy tym, ilekroć Daro opowiadał o bliskich, był z nimi niejako całością. Czuł się zintegrowany nie tylko z żywymi, ale też ze zmarłymi. Nie tylko z ludźmi ale też z domami, mieszkaniami czy meblami. Można powiedzieć, że był w tym wszystkim zakorzeniony. Ale później, kiedy kończył swoją opowieść, to zestrojenie ze wszystkimi i wszystkim gdzieś się ulatniało. W dziwny sposób odrywał się od całości.

Zastanawiałem się jak to się dzieje, że w pewnych sytuacjach czujemy się całością, jednością z ludźmi i światem, czerpiemy z tego radość i widzimy w tym sens, ale gdy przychodzi żyć w starciu z faktami, tracimy grunt, raz po raz potykamy się, przestajemy być zakorzenieni w rzeczywistości.

Lubię uprawiać warzywa, przycinać gałęzie jabłoniom, słuchać szumu wiatru w sosnach i brzozach. Wielokrotnie przyglądałem się drzewom wokół mojego domu. Są jak Daro opowiadający swoją historię. Jednak one są zakorzenione zawsze. Może dlatego, że nie potrafią cofać się wyobraźnią w czasie, ani wybiegać w przyszłość. Nie rozprawiają o tym co widzą i co słyszą, nie zastanawiają się, czy jutro nadal będą rosły, czy też staną się opałowym drewnem. Rosną zestrojone z powietrzem, światłem, deszczem. Kurczą się od mrozu, ale nie potrzebują prognozy pogody, żeby wiedzieć w co się ubrać. Nie są odrębne od przyrody, ale też nie zabiegają ani o swoją odrębność, ani o bycie całością. Nigdy nie są wykorzenione.

Autorka akwareli: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz