Zestaw naprawczy

Siedząc na miękkim materacu w ciepłej sali, po śniadaniu, wyspany, ogolony, czułem się bezpiecznie. Pomyślałem, że takie spokojne sytuacje, kiedy nie muszę się zastanawiać, co zrobić, jakie otrzymam polecenie w pracy, czy będę musiał odpowiadać na maile, pozwalają przyjrzeć się swoim uczuciom, myślom i subtelnym drganiom serca i duszy.

Byłem świadomy tego, że uczestniczę w programie rozwoju osobistego, że jestem z grupą kobiet i mężczyzn, że rozmawiamy, że nie muszę przyrządzać sobie śniadania, obiadu czy kolacji, bo są ludzie, którzy gotują dla mnie, sprzątają i zapewniają ciepło oraz bezpieczeństwo. Funkcjonowało to w tle, nie zaprzątało mojej uwagi i pozwalało przyglądać się nie tylko temu, co jadłem, o czym słyszałem, co widziałem, ale też przeżywanym przez innych smutkom, obawom czy radościom.

Jest nieskończona ilość szczegółów, które wpływają na to, jak widzimy i odczuwamy siebie. Czasem wystarczy jedno słowo, ton głosu, ruch ręki, sposób siadania na materacu czy kolor spodni, by przypomnieć sobie dawno zapomniane zdarzenie z własnego życia. Taki ruch, który przywołał z przeszłości obraz mnie samego zrobiła Karina, przechodząc obok mnie w drodze na swój materac.

Otóż byłem wtedy uczniem ogniska muzycznego. Trzecia klasa. Grałem na akordeonie. Zbliżał się koniec roku, więc odbywały się tak zwane przesłuchania. Musiałem wystąpić publicznie. Panicznie bałem się tego występu, mimo że przygotowałem się do tego solidnie. Na nic zdały się rady rodziców, nauczyciela, moje własne tłumaczenia. Po prostu nie wierzyłem w siebie, choć wiedziałem, że stać mnie na wiele. Przyczyn, które sprawiły, że oceniałem siebie bardzo nisko było zapewne sporo. Mniejsza o nie. Gdy szedłem na scenę, moje obawy, czy mi się uda i czy odniosę sukces, były tak wielkie, że już po skończonym występie nie pamiętałem kiedy przypiąłem akordeon do ramion, usiadłem na krześle i zagrałem etiudy. Po prostu urwał mi się film.

Nie wiem, jak to się stało, że zagrałem bez świadomości. Automatyzm? Wielogodzinne ćwiczenia? Ciało samo wie, co ma robić w sytuacji stresowej? Może mieszanka niskiej samooceny, ze wstydem, strachem, obawami, że nie spełnię czyichś oczekiwań, odebrała mi trzeźwe myślenie?

Gdy patrzyłem na zmierzającą w kierunku materaca Karinę wydało mi się, że w jej ruchach dostrzegam pewien rodzaj przemykania, takiej próby ukrycia się przed oczami innych.

Tak właśnie się poruszałem idąc na swój występ. Wtedy, jako mały chłopiec, miałem nadzieję, że niezauważony dotrę na miejsce, że nikt mnie nie usłyszy, bo bałem się strasznie, że zostanę źle oceniony, choć w głębi serca pragnąłem uznania, braw, podziwu i gratulacji.

Przyglądając się Karinie jak zajmuje miejsce na materacu pomyślałem, że takie kiepskie postrzeganie siebie jest czymś w rodzaju usterki, która daje o sobie znać, gdy siedzi się spokojnie, w bezpiecznym miejscu i uważnie się słucha i patrzy. Zapewne intuicyjnie wyczuwałem, że dziewczyna, tak jak ja, boryka się z podobnym problemem. Nabrałem pewności, że tak jest, gdy zaczęła mówić o swoim dzieciństwie, rodzinnej sytuacji. W jej głosie usłyszałem pragnienie, może nie podziwu, ale na pewno uznania i akceptacji.

W dzieciństwie borykała się z sobą. W szkole wyśmiewano jej nadwagę. Nie miała koleżanek. Cierpiała z tego powodu. Bliscy jej nie rozumieli i nie wspierali. Starała się jak najwięcej czasu spędzać poza domem. Chodziła na wszystkie możliwe zajęcia pozalekcyjne, czasem udało jej się wyjechać na działkę do kuzynki.

Później zaczęła eksperymentować z dietą myśląc, że stanie się cud, że będzie taka, jak sobie wymarzyła. Ale raz po raz „usterki”, z okresu dorastania coś w niej blokowały, nie pozwalały rozwinąć skrzydeł i poczuć, że jest szczęśliwą dziewczyną.

Czułem podobnie. Włączył mi się jednak mój sceptycyzm. Zacząłem przypominać sobie, o czym ja marzyłem, myślałem i czułem, gdy chciałem być szczęśliwy. Z czymś takim mierzą się chyba wszyscy.

Przyszło mi na myśl, że moje dążenie do szczęścia samo w sobie jest usterką i w żaden sposób nie doprowadzi mnie do upragnionego stanu, miejsca czy sytuacji.

Zganiłem się jednak za te prowadzone ze sobą gierki. Przecież naturalną rzeczą było dla mnie, że chcę żyć w harmonii, bez nieustannej szarpaniny, bez niepokoju i lęku. Karina musiała podobnie myśleć. Przecież ona właśnie o tym mówiła. O swoim ogromnym niezadowoleniu z siebie, dyskomforcie, który wpłynął na jej decyzję. Jako pełnoletnia dziewczyna stwierdziła, że musi kogoś pokochać, wyjść za mąż, wyrwać się z domu, i że ucieczka będzie jej zestawem naprawczym. Czy coś nim naprawiła?

Siedziała w rogu sali na materacu, przykryta kocem i opowiadała, że jej tak zwane szybkie zakochiwania się przyniosły jedynie rozczarowanie. Nawet zamążpójście nie dało upragnionego spokoju i szczęścia.

To układanie sobie życia, szukanie wewnętrznego ładu, skojarzone z zestawem naprawczym, wydało mi się podejrzane. Bo co mogło wchodzić w skład tego zestawu? Praca z uczuciami? Zastanawianie się, co będzie dla mnie lepsze, a z czego należy zrezygnować? Ścieranie się myśli z uczuciami? Emocji z wyobrażeniami? Wspieranie się wspomnieniami i dopasowywanie ich do bieżącej chwili?

Siedząc niedaleko Kariny miałem przez chwilę wrażenie, że takim zestawem naprawczym mógłbym się podzielić ze wszystkimi, żeby stworzyć ochronę przed nieustannie wdzierającym się niepokojem. Czy było to możliwe?

Ponownie zajrzałem do zestawu. Były tam myśli, uczucia i wspomnienia. Dużo tego tam było. Patrząc na każdy element z osobna, wyobraziłem sobie, że są to fragmenty jakiejś całości. Bo przecież każda myśl była jak linia biegnąca od punktu A do punktu B, chwilę trwała i znikała nie wiedzieć gdzie. Podobnie było z uczuciami i ze wspomnieniami. Więc czy posługiwanie się takim fragmentami, wyłaniającymi się i znikającymi, miało sprawić, że będę spokojny, szczęśliwy i poczuję upragniony wewnętrzny ład?

Zdawało mi się, że coś się gdzieś przyczaiło, ukrywa się przede mną i obawia się mojego wzroku. Zadałem więc sobie pytanie: jeśli ten zestaw jest taki niedoskonały, to jakie mogą być konsekwencje jego stosowania? Odpowiedź znajdowała się w opowieści Kariny. Jej zmaganie się ze sobą rodziło nieustannie pragnienia i obawy. Chociaż mówiła spokojnie, to słyszałem niemal jak krzyczy, czego pragnie i za czym tęskni. A przy tym wciąż miała obawy, czy będzie w stanie tego dokonać. Z obaw rodzą się lęki.

W opowiedzianej przez Karinę historii były też fragmenty, które mówiły o spełnieniu. Mówiła o swojej córce, którą kocha, o swojej pracy, domu i poukładanym życiu. Ale na końcu z każdej z opowieści, tak mi się zdawało, czaiła się obawa.

Uznałem, że jest to normalne, a jednak włączył mi się sceptycyzm. Może szukałem dziury w całym. Jak spotka człowieka coś dobrego i radosnego to przecież chce, żeby się to powtórzyło, bo gdy często jest się niezadowolonym z siebie, to takie odwoływanie się do dobrych chwil przynosi ulgę. Ale czy na pewno przynosi? Może przynosi kolejną obawę o utratę, a wraz z nią lęk. I żeby uciec od niego, skryć się przed nim, sięgamy po niedoskonały zestaw naprawczy.

A może to nie zestaw jest niedoskonały tylko sposób posługiwania się taśmą izolacyjną, drewnianymi kołkami, klejem czy gumowymi łatkami?

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz