Miska zupy

Swoją osobą przykuwał uwagę. Ekstrawaganckim strojem? Licznymi tatuażami? Kunsztowną fryzurą? W tonie jego głosu słychać było miękki zaśpiew, taką niecodzienną modulację, którą można jedynie usłyszeć w kościele, gdy duchowny głos słowo Boże.

Patrząc na niego i słuchając go moje uczucia zmieniały się raz po raz. Próbowałem go jakoś określić. Siedział niedaleko mnie na materacu. Uczestniczyliśmy w sesji. Byliśmy częścią kręgu składającego się z osiemnastu osób. Wydawało się, że ta konkretna sala, program rozwoju osobistego, prowadząca zajęcia terapeutka to wystarczające elementy, by wstępnie zorientować się, kim jesteśmy. Daniel wybiegał poza te ramy.

Przyglądając się jego błyszczącym czarnym butom, wysmakowanemu strojowi, bransoletkom, łańcuszkom, zapinkom i kolorystycznym kontrastom byłem pewien, że mam do czynienia z człowiekiem o ekstremalnych poglądach. Ale kiedy usłyszałem, że jest szefem fundacji pod auspicjami Kościoła katolickiego, zajmującej się pomaganiem bezdomnym, ubogim i nieradzącym sobie z życiem ludziom, umieściłem go wśród konserwatystów.

Chyba takie przypisywanie komuś spreparowanych naprędce cech, służy temu, by w razie bliższej relacji, móc się do czego odwołać i uniknąć skrępowania. Asekuruje to nas, broni przed lękiem, ponieważ zazwyczaj boimy się nieznanego.

W tym wypadku asekuracja nie zdała się na nic. Widok Daniela, jego głos, gesty, ubiór, ten konglomerat audio-wizualny, który zapewne był w dużym stopniu jego świadomą kreacją, wywoływał na mojej twarzy uśmiech. I nie było to żadne podśmiewanie się, czy podszczypywanie myślami typu: „o, zobacz jaki oryginał”.

Daniela nie sposób było nie lubić. Był wyrazisty, określony, pokazujący światu, że posiada wizję samego siebie, a przy tym nie było w nim nic aroganckiego, przesadzonego czy ocierającego się o kicz. Wzbudzał sympatię. Może nawet podziw.

Wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że Daniel jest osobą poukładaną, która wie, co chce robić w życiu i robi to. Czuje nawet tak zwane powołanie. A jednak coś w nim zastanawiało, a raczej powodowało, że doznawałem dwóch emocji jednocześnie. Taki stan był dla mnie niekomfortowy – kojarzył mi się z chorobą.

Moja mama przez wiele lat pracowała w szpitalu psychiatrycznym. Odwiedzałem ją czasem w pracy i natykałem się na chorych psychicznie. W ich zachowaniu często widziałem gwałtowne zmiany nastrojów, a bywało, że jednocześnie wyrażali kilka emocji na raz. Uśmiech na twarzy z przerażeniem w oczach to nie był dla mnie normalny widok. Bałem się. Może wyobrażałem sobie, że tak wygląda nadchodząca śmierć.

Właśnie tę ambiwalencję wywoływał we mnie Daniel. Przyjrzałem się tej dziwnej relacji: mojej z nim i mojej z samym sobą. Obserwowałem takiego siebie, czującego podwójnie w tej samej chwili.

Nigdy dotąd nie było we mnie takich emocji. Daniel sprawił, że zaintrygowałem się samym sobą. I tak, przyglądając się jemu, słuchając go, zamyśliłem się. Wydawało mi się, że emocje, które pojawiły się we mnie jednocześnie, to radość i strach z powodu własnej wyobrażonej śmierci.

Natychmiast przywołałem się do porządku. Pomyślałem, że jestem zmęczony, że coś mi się roi w głowie i że normalny człowiek tak nie czuje, bo przecież myśl o śmierci zawsze wywoływała we mnie strach. Więc skąd radość?

Zwariowałem? – przyszło mi na myśl. Tłumaczyłem sobie, że w ośrodku realizuję program rozwoju osobistego, co nie ma nic wspólnego z leczeniem psychiatrycznym. Ale czy na pewno? Przecież wielogodzinne sesje w grupie z pewnością były pracą z własną psychiką.

Krok po kroku, dzień pod dniu, z opowieści Daniela wyłaniał się obraz tego co robi, o czym myśli, czego się obawia, co by chciał zmienić w swoim życiu. Przy tym, z tonu jego głosu wyłapałem coś, co raz po raz się powtarzało, taka stała jakość, do której się odwoływał i która chyba dawała mu siłę.

Gdy Daniel opowiadał o swoich podopiecznych, o organizacji pracy w fundacji, w kuchni, gdzie przygotowywano posiłki, a później je wydawano, zastanawiałem się, czym jest ten powtarzający się element w jego głosie.

Pracując w fundacji, stykając się z bezdomnymi, poszkodowanymi i nieszczęśliwymi ludźmi, widział ich cierpienie, choroby, zmaganie się z własnymi ułomnościami i niedostatkiem. Przecież ci ludzie na pewno umierali, ale też cieszyli się, gdy mogli zjeść miskę gorącej zupy, gdy dostali czyste i ciepłe ubranie i rozmawiali z pogodnym i życzliwym chłopakiem. Daniel nie mógł nie widzieć owego przeplatania się cierpienia z radością, śmierci z nadzieją.

Może było tak, że najpierw zobaczyłem te dwie, wyrażane jednocześnie, emocje w oczach i uśmiechu Daniela, a dopiero później doświadczyłem ich w sobie? Kolejność wydała mi się nieistotna, niczego nie wnosiła.

To był chyba ten stały powtarzający się element w głosie Daniela. Na ile był tego świadomy? Może gdy człowiek codziennie widzi bezmiar cierpienia i jednocześnie zdaje sobie sprawę, że jego praca i zaangażowanie przynoszą innym radość, to przychodzi zrozumienie dwoistości uczuć. A wraz ze zrozumieniem pojawia się akceptacja? Aprobata myśli o śmierci, która niekoniecznie musi budzić strach. Czy można poczuć się szczęśliwym wiedząc, że jesteśmy śmiertelni?

Odczuwanie szczęścia nie ma nic wspólnego z cieszeniem się z powodu otrzymania zabawki albo wygrania miliona. Śmierć jest faktem, tak jak faktem jest branie i dawanie gorącej zupy. Charytatywne działanie Daniela nie miało nic wspólnego ze łzami i rozpaczą.

Czy narodziny i śmierć mogą mieć coś wspólnego z działaniem charytatywnym? Samego Boga? Być może Daniel powiedziałby, że tak, tego nie wiem. Skoro akceptuje się narodziny, czy można zaakceptować śmierć? Choć zabrzmi to niedorzecznie, bo łączenie śmierci ze szczęściem zakrawa na ponury żart, to przecież nie chodzi o zaobrączkowanie szczęścia z odchodzeniem, tylko przyjrzenie się temu, co wiąże się dla nas ze śmiercią. Czasem życie w obliczu nieszczęścia i śmierci może się wiązać z radością, którą niesie ludzka życzliwość, choćby miska zupy.

Ilustracja: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz