Dwa kroki

Antoni siedział w rogu sali. Wyglądał na sześćdziesięciolatka. Uśmiechał się. Na wypowiedzi chłopków i dziewczyn reagował żywo, z entuzjazmem. Mówił sporo, choć to określenie niczego nie precyzowało, bo co znaczy „sporo”? Czy każdą wypowiedź komentował? Czy podczas pięciu dni sesji opowiedział wyczerpująco o tym, z czym się mierzy, co chciałby w sobie zmienić, czy też zakomunikować, jak się czuje?

Słuchając go niczego nie zapamiętywałem, choć mówił wyraźnie, logicznie i ze swadą. Był inteligentny i dowcipny. Wiedział o tym. Z przyjemnością słuchałem jego głosu.

Chciałem go zrozumieć, ale nie potrafiłem uchwycić żadnego konkretu. Słyszałem w jego wypowiedziach tęsknotę za niespełnionymi marzeniami, za czymś, co chciał osiągnąć, ale mu nie wychodziło.

Może bym przemknął po powierzchni tego, o czym mówił Antoni. Niespełnione marzenia to zjawisko pospolite, dobrze mi znane. Jednak poruszyło we mnie dawno zapomnianą nutę.

Skupiłem się. Usłyszałem, że od lat walczy z chorobą. Nie rozczulał się nad sobą. Nie litował nad złym losem. Jakże był podobny do moich małych podopiecznych ze szpitali onkologicznych.

Odwiedzając przez kilka lat oddziały dziecięce widziałem śmierć, radość, walkę, nadzieję, rozpacz, ale też relację, jaką chory nawiązuje ze swoją chorobą.

Nowotwór jest przerażającym doświadczeniem. Niemal wszyscy pacjenci zdają sobie z sprawę, że śmierć może być tuż, tuż. Mimo to mierzą się z tragicznym losem, bo nie mają wyboru. Oswajają go. Akceptują i walczą.

W tej sprawie rozumiałem Antoniego. Wiedziałem, dzięki doświadczeniom ze szpitali, że przestał zadawać sobie pytanie, dlaczego spotkał go ten los. Walczył z chorobą i nie zawracał sobie głowy nic nie wnoszącymi i nic nie znaczącymi pytaniami. Robił, co do niego należało świadomy, że pewnych rzeczy nie przeskoczy, nawet gdyby bardzo tego pragnął.

Zrozumienie w tak skrajnej sytuacji własnych ograniczeń, akceptacja ich i skupienie się na wyzdrowieniu, już jest sukcesem.

Czułem, że taką właśnie postawę przyjął Antoni. Ale on jakby zapominał o swoim bohaterstwie. W tonie głosu słyszałem tęsknotę. Za czym? – pytałem siebie. Wydawało mi się, że swoją opowieścią próbował nam powiedzieć, że ma jeszcze kawałek drogi do pokonania. Dwa, może trzy kroki.

To była ta nuta, która we mnie zabrzmiała. To były kroki, którymi Antoni przeszedł przez moje wnętrze i wydobył nimi zapomniane tony. Żeby pokazać mi, z czym się zmaga? Zachęcić do zajrzenia w jego serce?

Spróbowałem i zobaczyłem tam jakąś cześć siebie. Antoni i ja byliśmy rówieśnikami. Dźwigaliśmy sporo krzyżyków. Z pewnością on i ja czuliśmy na karku oddech przeżytych lat. Zmagaliśmy się ze swoimi słabościami, ze zmęczeniem. Zapewne coraz częściej odkładaliśmy różne rzeczy do zrobienia mówiąc – „zabiorę się za to, jak poczuję się lepiej”. Albo – „na pewno przyjdzie lepszy dzień, wtedy…”.

Mógłbym powiedzieć, że odkładanie czegoś na później nie zależy od wieku. W młodości też tak robiłem. Gdy dostrzegłem, że dobrym sposobem na życie jest stawianie sobie drobnych celów i osiąganie ich przestałem odkładać czegoś na później i zacząłem planować. Wymyślałem strategie. Mówiłem sobie, że czeka mnie jeszcze sporo pracy, że mam jeszcze wiele w sobie do przerobienia, ale warto zacząć od czegoś drobnego. Ale od czego?

Planowanie w życiu codziennym jest niezbędne, bo chcemy gdzieś mieszkać, coś jeść, założyć rodzinę, pracować, jeździć na wakacje, czytać książki. Ale czy układanie planów może się do czegoś przydać, gdy chodzi o nasze serca i dusze? Im chyba trzeba pozwolić, by same tworzyły „strategie”, a my możemy tylko stworzyć im odpowiednie warunki.

A może jest tak, że pierwszy krok jest ostatnim krokiem? Gdzieś przeczytałem to zdanie i przypomniałem go sobie słuchając Antoniego. Chcąc jakoś to sobie unaocznić, pomyślałem, że przecież przychodzimy nie wiadomo skąd i podążamy nie wiadomo dokąd. Jeden krok tam i jeden z powrotem.

Mówi się, że życie to niekończąca się opowieść i niekończące się zmaganie. Oczywiście, życie jako całość na ziemi. Jako jednostka umieramy. To dotyczy mnie i Antoniego. Poczucie przemijania, tak mi się zdaje, jego dotyka mocniej, bo on z przemijaniem mierzy się prawie codziennie przez chorobę. Mnie dotykało ono bardzo mocno, gdy widziałem w szpitalu umierającą 9-letnią dziewczynkę i 5-letniego chłopczyka. Ale to było doświadczenie pośrednie.

Mnie i Antoniego grawitacja przygniata coraz bardziej, ale nie poddajemy się. Upewniłem się, że właśnie tak jest, słysząc jego entuzjazm w głosie.

Czułem z nim jakiś rodzaj powinowactwa. Rówieśnicy. Podobne temperamenty. Zbliżony sposób myślenia i odczuwania. Lubimy planować, wyznaczać cele. Gdzieś jednak czaiła się w nas wątpliwość, że te osiągane cele nie są na miarę naszych marzeń.

Wiem, że lepiej jest mówić za siebie, a nie wchodzić w cudze buty i stwierdzać, że w środku drugiego człowieka jest na pewno tak, a nie inaczej. Dałem sobie jednak do tego prawo. W kupie zawsze raźniej i odważniej. Więc w imieniu tego naprędce skleconego przez mnie tandemu zapytałem, dlaczego nasz wysiłek wydał, owszem, plony, ale nie takie, jakich oczekiwaliśmy?

Tu włączył się jednak mój sceptycyzm. Doświadczenie podpowiadało mi, że tam gdzie jest jednomyślność, tam nie ma myślenia. Więc zaszedłem nasz tandem z flanki i stwierdziłem, że jest wręcz odwrotnie, że ten nasz wysiłek wcale nie poszedł na marne, tylko wydał plon najlepszy z możliwych i za chwilę, zrobimy krok w kierunku samych siebie, własnych wnętrz, krok autentyczny, pozbawiony planów i strategii, bez konkretnego celu. Wtedy, kto wie, może ten drugi krok, zrobiony z wyprzedzeniem, nie do zaświatów, tylko ku samym sobie, pozwoli zobaczyć, że energia, którą wkładamy w osiąganie celów zasila i dokarmia jedynie nasze wyobrażenia.

Akwarela: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz