Mała dziewczynka

Kilka razy uczestniczyłem w tej zabawie. Zasady są proste. Bierze się tyle kartek ilu jest uczestników sesji. Każda z osób podpisuje imieniem kartkę i kładzie ją wśród pozostałych. Później zaczyna się wpisywanie.

Bez problemu umieszczałem swoje refleksje na kartkach sygnowanych „Jan”, „Anna”, „Marek”, „Agnieszka” itd. Zaciąłem się przy Alfredzie. Nie umiałem uchwycić sensu tego, o czym mówiła wiele razy podczas spotkań. Było tego sporo.

Czasu na wyrażenie tego co sądzę, co czuję o innych, było niewiele. Opisać osiemnaście osób, poświęcając każdemu kilka słów w ciągu dziesięciu minut, to spory wysiłek.

Spojrzałem na nią. Pochylona, z kolanami na materacu, coś pisała. Może akurat o mnie. Miała na sobie zielone spodnie, jasny sweter. Zawsze, przychodząc na kolejną sesję, była starannie uczesana. Jej włosy były idealnie ułożone. Oszczędna w ruchach. Wypowiadała się spokojnie, rzeczowo. Jednak w tonie jej głosu słyszałem drżenie, jakąś niecierpliwość, jakby spieszyła się dokądś, chciała dotrzeć szybko do jakiegoś bolącego miejsca, w którym tkwił kolec i ją uwierał. Zdawało mi się, że ilekroć opowiadała o jakimś zdarzeniu ze swojego życia, słyszę ukryty żal i pretensję, jakby nimi próbowała strząsnąć z siebie poczucie, że jest nic nie warta.

Była zapewne dziewczynką ufną, przepełnioną miłością, z malutkim sercem, w którym rozkwita dobroć i chce się tę dobroć podarować najbliższej i najukochańszej osobie. To jest taki stan, kiedy nie kalkuluje się, czy coś robi się właściwie czy nie – rzeczywistości się wtedy nie ocenia i do niczego nie porównuje. Można powiedzieć przyjmuje się to, czego się doświadcza, to co jest wewnątrz i na zewnątrz, jako pełnię.

Fredzia na co dzień widziała zwierzęta, zmieniające się pory roku, rozkwitanie i zamieranie roślin, cieszyła się grą świateł w gałęziach, lepiła bałwany i zmagała z życiem wiejskim. Była częścią tego wszystkiego. Swoją radością chciała się dzielić ze swoim ojcem.

Spróbowałem ją sobie wyobrazić na podstawie jej opowieści. Zobaczyłem małą dziewczynkę, która mieszka na wsi i pomaga swojemu ojcu w gospodarce, jak stara się sprostać wymaganiom rodzica, jak zabiega o to, by zobaczyć w jego oczach aprobatę, miłość, uznanie.

Ja również w dzieciństwie zabiegałem o uznanie swojego ojca. Chyba człowiek rodzi się z taką potrzebą, może dlatego, że potrzebuje akceptacji bliskiej osoby, by między innymi czuć się bezpiecznie.

Z opowieści Alfredy wynikało, że gdy stawała się starsza, stopniowo zatracała owo poczucie jedności. Przyczynił się do tego jej ojciec. Pamiętała swoją radość i wyczuwała, że życie ma jedynie wtedy sens, kiedy nie ma w nim lęku. Więc tracąc ten sens robiła wszystko, by przywrócić sobie wewnętrzną równowagę.

Każdy ma jakieś predyspozycje przychodząc na świat. Mamy wyróżniającą nas od innych wrażliwość, inteligencję, pamięć. I krok po kroku, idąc przez życie, dorastając, wbudowujemy w tę jedyną i wyjątkową przestrzeń różne doświadczenia.

Czy to, że w pewnym momencie życia ojciec straszył swoją córkę samobójstwem, czy to, że był nieustannie z niej niezadowolony, że jej nie akceptował, bo była dziewczyną, a on chciał męskiego dziedzica na ojcowiźnie, stało się materiałem, którym wypełniła swoją pamięć? Co stało się z jej wrażliwością w starciu z osądem rodzica, który twierdził, że dziewczynka jest do niczego i strasząc ją samobójstwem, wypaczał jej wrażliwość? Być może właśnie dlatego przestała jasno widzieć własną sytuację. Pokiereszowana starała się zapewne jakoś poukładać, naprawić relacje, więc szukała odpowiedzi, dlaczego tak bardzo czuje się źle ze sobą.

Poraniona, z poczuciem, że jest nic nie znaczącym okruchem tego świata, dorosła. Poszła do pracy, zorganizowała sobie życie, szukała zapewne związku z osobą, którą mogłaby pokochać. Kto wie, może przekonywała się, że gdy opuści rodzinny dom, stanie się samodzielna pójdzie na własne, uwolni się od poczucia własnej małości i od cierpienia. Nie uwolniła się.

W pracy miała poczucie, że jest niedoceniana. Wydawało jej się nawet, że współpracownicy ją lekceważą. Bardzo ją to bolało. Myślała, że historia zatoczyła koło, znalazła się w rodzinnym domu i słyszy niezadowolony głos ojca. Miała jednak nadzieję, że zły los się odwróci. Poznała mężczyznę, któremu zaufała, związała się z nim, ale ukochany okazał się draniem. Szydził z niej, wytykał pochodzenie, udowadniał, że jest ulepiona z wsiowej gliny.

Alfreda nie poddawała się. Wierzyła, że nadejdzie dzień, gdy z Kopciuszka zmieni się w królewnę. Rzuciła się w wir pracy. Zarabiała, oszczędzała, budowała swoją niezależność materialną. Kupiła mieszkanie. Odkładała na konto pieniądze, poczuła się pewnie. Ale upragnione poczucie własnej wartości nie przychodziło.

Mówi się, że chcąc odkryć prawdę o sobie, trzeba sięgnąć swojego dna. Może Alfreda właśnie tam się znalazła i dzięki temu mogła dostrzec swoją wyjątkową i jedyną przestrzeń, wypełnioną wartościami, które zbudowała sama.

Wydawało mi się, gdy patrzyłem jak dopisuje coś na kolejnej kartce, że dzieli się z nami swoimi uczuciami i myślami o nas. Ale być może tak naprawdę próbowała przywrócić sobie jedność, którą niegdyś czuła patrząc na przyrodę, na rodzinny dom, na ojca na i na samą siebie.

Był to moment dla mnie szczególny, bo po raz kolejny poczułem jak ważna jest obecność innych, mówienie i słuchanie.

Przypomniałem sobie słowa naszej opiekunki. Zaproponowała Alfredzie, aby po powrocie do domu zajęła się małą Fredzią.

Niektórzy terapeuci twierdzą, że nasze wewnętrzne problemy, te związane z poczuciem własnej wartości, mają zawiązek z okresem dzieciństwa. Być może dlatego nasza opiekunka zaproponowała Alfredzie pracę z tak zwanym wewnętrznym dzieckiem. Nie wiem jak pracuje się z tym maluszkiem ukrytym w sercu i na czym to polega. Zapewne jest to dość skomplikowane.

Jestem sceptycznie nastawiony do wszelkich metod i cudownych terapii. Wiele razy okazywało się, że coś okrzyknięte „eureką” nagle, lub po latach okazywało się chybionym pomysłem.

Gdy trzymałem kartkę z imieniem „Alfreda”, stało się dla mnie jasne, co chcę napisać: „Kopciuszek stał się królewną”. Może się pośpieszyłem. Postąpiłem pochopnie. Może za wszelką cenę chciałem ją pocieszyć, wzmocnić, poprawić jej samopoczucie. Na pewno tak było. Ale pojawiło się coś jeszcze.

Wyobraziłem sobie, że ja też mógłbym powrócić do swojego dzieciństwa i spróbować się przyjrzeć sobie, temu malutkiemu. Nawet pomyślałem, że po powrocie do domu kupię sobie lalkę chłopczyka, że będę go ubierał w krótkie spodenki, białą koszulę i będę mu się przyglądał. Może nawet spróbuję przypomnieć sobie stan, którego doświadczyła mała Fredzia, stan niewinnego dziecka.

Właśnie. To było to. Nagle Kopciuszek, królewna, Alfreda i Fredzia złączyły się w kobietę, która pochylona nad kartką coś pisała. Przecież ona w tym momencie nie szukała rozwiązania własnych problemów. Nie miała czasu, by szukać słów, które pozwoliłyby jej wyrazić, co myśli o innych. Zapewne każdy z nas z osobna, stał się dla niej jakąś całością, której się przyglądała bez żadnych osądów. Może pisząc o nas, taka pochylona, jakby kłaniała się i dziękowała nam, przeczuwała, że po powrocie do domu, przyjrzy się małej Fredzi bez żadnych intencji. W wyobraźni (a może naprawdę?) ubierze ją (lalkę?) w kolorową sukieneczkę, uczesze jej włosy, założy małe buciki i zatopi się w niej bez reszty.

Może znów zobaczy zwierzęta, zmieniające się pory roku, rozkwitanie i zamieranie roślin. Będzie cieszyła się grą świateł w gałęziach, lepiła bałwany i zmagała z wiejskim życiem. Uzna, że jest częścią tego wszystkiego i jednocześnie całością, zobaczy, że jej uczucia są reakcją na to, co prawdziwe.

Ilustracja: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz