Kontrola

Mam dość. Dłużej tego nie zniosę. Wszystko na mojej głowie. Syn wkrótce idzie do szkoły. Będę musiała poświęcić mu więcej czasu niż dotychczas. A córka, przecież ona sobie bez mojej pomocy nie poradzi. Mam ochotę machnąć na to wszystko ręką, zostawić, wyjść przed dom i ruszyć hen, nie wiadomo dokąd, byleby dalej od codziennego kieratu.

Jednak, gdy myślę, co mogłoby stać się z dziećmi… Może ten mozół, to ciągłe zmaganie się, a to z wysyłką zamówionych rzeczy, a to z zakupami, z dziurawą rynną, wymianą klocków hamulcowych, opłatami, załatwieniem pism w urzędzie…

Wiem, to jest życie i nikt mi nie gwarantował, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie, ale ja przecież mam jego, jestem z nim od piętnastu lat i co? Owszem, kiedy go poproszę zrobi to i owo. Ociąga się, ale robi. Nie jest to jednak partnerstwo. A ja tak bardzo chciałabym, żeby on z własnej inicjatywy, bez tego ciągłego go przymuszania, wskazywania, wspierania go, zachęcania, zrobił coś, co powinien zrobić, bo przecież jest dorosły, ma te same nasze dzieci, krzątamy się po wspólnym domu, mamy wspólne podwórko i wspólne sprawy do załatwienia.

Czuję się coraz gorzej. Jestem zmęczona, przytłoczona. Wciąż muszę się spieszyć i nie nadążam. Mam wrażenie, że stoję na krawędzi przepaści. Nie wiem, co robić. Jak wybrnąć z tego nieustannego zabiegania, doglądania i upominania?

Odpowiedzialność to wspólna sprawa, bo przecież kiedy dwoje ludzi się kocha, to powinni się szanować, wspierać, wspólnie podejmować decyzje. A może taki już mój los? Powinnam zacisnąć zęby, zaakceptować, potraktować to ciągłe zabieganie jako życiowe zadanie i powiedzieć, że rolą kobiety jest ciągłe motywowanie męża i dbanie o jego wygodę. Może takie pokorne przyjmowanie na siebie losu sprawiłoby, że przestałabym się szarpać?

Próbowałam. Ale robienie czegoś wbrew sobie, przymuszanie się, jest jak samookaleczanie – powoduje rozdźwięk między myślami i uczuciami. Ten wewnętrzny rozłam rodzi złość. Najpierw ledwie odczuwaną, ale ją rozpoznawalną. Wiem, dokąd ona mnie prowadzi. Bronię się przed nią, ale ona jest zbyt silna. Czuję to tak, jakby mnie i mojego męża zaczynało coś rozdzielać, jakbyśmy zaczynali żyć osobno. Im bardziej we mnie złość narasta, tym coraz mniej się rozumiemy. Słowa tracą swoje znaczenia. Czuję się wtedy odrzucona. Ale nim wpadnę w rozpacz, pojawia się jeszcze coś, czego się wstydzę i co mnie przeraża. Przyłapuję się na tym, że ja tę złość pielęgnuję. Jest mi ona potrzebna, by spotęgować w sobie rozczarowanie moim mężem, by znaleźć argumenty, którymi będą mogła go oskarżyć o domowe kłótnie, o lenistwo, brak empatii i wmówić mu, że jedyną rzeczą, która go interesuje jest seks i telewizja.

Wbrew rozsądkowi i wbrew własnemu tłumaczeniu zauważam, że ta złość jest w pewien sposób interesowna. Pozwala na słuszny atak, usprawiedliwiony, a przekonanie o własnej racji daje poczucie wyższości, poczucie, że jestem od niego lepsza. Boję się tego. W jakimś sensie piętnuję się za to. Wydaje mi się, że w ten sposób go poniżam.

Pół biedy, gdyby to był taki jednorazowy wybuch gniewu, próba zrzucenia z siebie napięcia przez awanturę. Tak było na początku naszego małżeństwa. Po gwałtownej kłótni szybko dochodziło do zgody. Jechaliśmy na wycieczkę, albo robiliśmy wieczór przy świecach. A teraz szukamy sposobności, żeby sobie dokuczyć. Ranimy siebie. Przecież nie jestem wyrachowaną, zimną suką! Kocham go.

Też bym chciała poczuć się wygodnie i beztrosko. Raz na jakiś czas. Żeby złapać oddech, żeby mieć poczucie, że jest na świecie ktoś, kto myśli o mnie, chce mi ulżyć. Bo przecież to nic wielkiego, taki drobny odruch serca. Chcę być zauważona, ale nie wtedy, gdy ktoś potrzebuje czegoś ode mnie, ale wtedy, gdy ja potrzebuję wsparcia.

Prawie codziennie się kłócimy. To jest miłość? Nie tak wyobrażałam sobie nasze małżeństwo. Kiedy się poznaliśmy, był uczynny, szarmancki. Nadskakiwał mi na każdym kroku. W lot rozpoznawał, czego pragnę. Chciał mi uchylić nieba. Przynosił kwiaty. Mieszkałam wtedy z rodzicami. Gdy mnie odwiedzał, pytał mojego ojca, czy mógłby się na coś przydać. Szybko zyskał przychylność moich rodziców. A to pomógł mojemu tacie przy ciągniku. Innym razem naprawił bramę. Nawet coś tam ulepszył w maszynie do szycia mojej mamy.

Byłam mu za to wdzięczna. Byłam szczęśliwa jak nigdy dotąd i obiecałam sobie, że będę dbać o niego, starać się, żeby czuł się kochany i żeby nigdy w życiu niczego mu nie zbrakło.

I co? Cóż takiego się stało, że tak się zmienił? Gdzie zapodziała się jego inicjatywa, samodzielność? Tak, spodziewałam się, że mój przyszły mąż będzie taki przez całe nasze wspólne życie. Przyszło rozczarowanie. Poznałam smak goryczy.

Wstydzę się samej siebie. Wstydzę się powiedzieć o tym komukolwiek. Wstydzę się, kiedy zaczynam na niego krzyczeć, bo moje staranie się, by spokojnie i rzeczowo z nim porozmawiać zawsze kończy się kłótnią. Dzieci się temu przyglądają. Nasiąkają złymi emocjami. Świadomość tego potęguje mój wstyd.

Uwierało mnie to strasznie. Ból okazał się jednak silniejszy od wstydu. Postarałam się, by przyjęto mnie do ośrodka na tygodniowy kurs rozwoju osobistego.

Obawiałam się bardzo tego wyjazdu. Nie mogłam sobie wyobrazić, jak mój mąż i dzieci sobie poradzą. Nad wszystkim zawsze czuwałam. Musiało być wszystko zgodnie z moimi ustaleniami, z moją koncepcją. Nawet jak jechaliśmy na wczasy, pakowałam wszystkim walizki, bo wiedziałam lepiej, co jest im potrzebne.

Po przyjeździe do ośrodka, po zakwaterowaniu i załatwieniu formalności, poszłam na zajęcia. Usiadłam na materacu i słuchałam osób, które były tam razem ze mną. O nic nie musiałam zabiegać, zamartwiać się domowymi sprawami, choć raz po raz niepokoiłam się o los moich bliskich.

Przysłuchując się wypowiedziom ludzi, których nie znałam, poczułam spokój. Nie był to stan czegoś cudownego, co pozwala zapomnieć o troskach, zmartwieniach i sprawia, że człowiek nagle czuje się bezpiecznie. Z jednej strony bałam się, co wyniknie z mojej obecności w ośrodku i jak zostanę odebrana i oceniona, ale zrozumiałam, że do niczego nie muszę się odnosić, nikogo oceniać, niczemu się sprzeciwiać i niczego narzucać. Owszem korciło mnie, ale będąc z obcymi ludźmi, wydało mi się śmieszne i niestosowne wywierać na kogokolwiek presję. Bo niby dlaczego? Jakim prawem?

Przyglądałam się temu dziwnemu spokojowi w środku mnie, choć jednak nadal czułam napięcie, ból i złość. Zdawało mi się, że za chwilę moje małżeństwo może się rozpaść. Ten stan intrygował mnie. Z jednej strony wyciszenie, a z drugiej napięcie. Ale właśnie to dało mi pewność, że nie chcę tak dalej żyć. A z tej pewności wyłoniła się myśl, choć trochę mglista, że bardzo jednostronnie postrzegam relacje z bliskimi.

Po pięciu dniach wielogodzinnych sesji, gdy wyjeżdżałam do domu i żegnałam się z nowymi przyjaciółmi, przyrzekłam sobie, że postaram się robić to, o czym oni mi powiedzieli i czego mnie nauczyli. A może nie robić, tylko być uważną i widzieć, że fakty to jedna rzecz, a widzenie ich i opisywanie to rzecz druga.

Może z powodu mojego charakteru, może przez różne zbiegi okoliczności, postawę męża, moje życie stało się pełne złości, bólu i walki. Ale przecież nie wzięło się to z powietrza. Potrzebowałam wielu godzin rozmów, słuchania, rozpoznawania uczuć swoich i innych, by zauważyć, że zamiast żyć naprawdę, tworzyłam sobie obraz swojego życia i próbowałam siebie i bliskich ułożyć na własną modłę. A jak czułam, że coś się nie zgadza, że fakty są różne od moich wyobrażeń, to natychmiast przypominałam sobie o stworzonym przez siebie obrazie, pokazywałam go innym, i wmawiałam, że jest to dzieło, które bezwzględnie należy zaakceptować. To było żonglowanie emocjami, by mieć poczucie, że się nad czymś panuje, że coś kontroluje.

Miałam wątpliwości, czy na pewno moje odkrycie jest prawdziwe, czy po raz kolejny nie tworzę iluzji. Na szczęście, dzięki naszej terapeutce, moje przeczucia się potwierdziły.

Nasza opiekunka opowiedziała historię ze swojego życia, kiedy zdecydowała się na robienie kanapek mężowi, czego nigdy wcześniej nie robiła. Spotkała się z niewdzięcznością, tak przynajmniej jej się wydało w chwili, gdy mąż jej powiedział, że mogłaby robić kanapki lepsze. Była pewna, że ma do niej pretensje. Krew zalała jej oczy, ale szybko przywołała się do porządku. Przyjrzała się faktom. Rzeczywiście – mąż nie prosił o robienie kanapek do pracy. To była jej dobra wola i odruch serca.

Korciło ją, żeby wytknąć mężowi niestosowne zachowanie, ale odpuściła. Zrozumiała, że jej gniew nie ma sensu. Bo sugestia męża, by poprawiła coś tam w kanapkach, w żaden sposób nie naruszała jej godności. Przecież sama wyszła przed szereg, by przejąć kontrolę. W porę rozpoznała, co w trawie piszczy, a piszczała przyczajona domowa awantura.

Akwarela: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz