Pomaganie

Po śniadaniu, jak każdego dnia, opiekunka grupy, nasz dobry duch, zachęcała nas do mówienia. Zrobiliśmy rundkę. Słuchałem. Przyglądałem się. Po którejś z kolei wypowiedzi miałem wrażenie, że jest wśród nas sporo osób, które mówią o pomaganiu. Starałem się zrozumieć, o co w tym chodzi, ale zauważyłem, że znów tłumaczę sobie, na własną modłę, co moi przedmówcy chcieli powiedzieć. Zapytałem siebie, czy chodzi o pomoc samemu sobie, czy też zajmowanie się innymi, i dlaczego w ogóle w człowieku rodzą się takie chęci?

Siedząc na materacu i słuchając kolejnej osoby, przypomniałem sobie pewien epizod ze swojego życia. Początek lat 90-tych. Polska wyrwała się spod kurateli radzieckiej. Pojawiły się firmy zajmujące się doradztwem. Brzmiało to poważnie i profesjonalnie, ale w istocie chodziło o wróżenie i firmy o tym profilu wyszły naprzeciw społecznym oczekiwaniom. Ludzie chcieli się dowiedzieć, jaka czeka ich przyszłość. Może wyobrażali sobie, że niebo się otworzy, a ich marzenia o finansach, zdrowiu i miłości ziszczą się nagle i będą żyli długo i szczęśliwie. Pewnie chcieli dowiedzieć się przed czasem, czy jest im pisane dobre życie.

Miałem znajomą, która pracowała w firmie wróżbiarskiej. Siedząc przy telefonie, doradzała ludziom posługując się różnymi technikami dywinacyjnymi. Namówiła mnie na szkołę psychotroniczną. Stwierdziła, że mam dobrą intuicję. Byłem sceptyczny, ale gdy powiedziała mi ile można zarobić na wróżeniu przez telefon, zapisałem się do wspomnianej szkoły. Teraz widzę niezwykłe podobieństwo chęci pomagania ludzi uczęszczających do tej szkoły do tego, o czym mówiono podczas sesji na naszej sali.

Wtedy, w tej szkole, rozmawiałem z innymi o tym, co będziemy chcieli robić w przyszłości. O otwieraniu gabinetów wróżbiarskich i pomaganiu innym. To był chyba taki naturalny odruch, wewnętrzna potrzeba niesienia pomocy innym. Na pewno dochodziły też względy finansowe.

Jednak w przypadku osób z grupy, z którymi rozmawiałem, słuchałem ich i jadałem posiłki, nie mogło być mowy o kokosach. Terapeuci nie są milionerami.

Upewniłem się, że tak właśnie jest, gdy zaczął mówić Marek. To było dla mnie zaskakujące. Wysportowany chłopak, przystojny, pogodny, inteligentny, pracujący w poważnej firmie, zajmujący wysokie stanowisko, lider, nagradzany, zarabiający niezłe pieniądze, nagle stwierdza, że to co robi nie ma sensu. Odkrywa w sobie potrzebę, może powołanie. Chce pomagać innym.

Od razy wydał mi się wiarygodny. Polubiłem go, bo jego potrzeba wspierania innych wydała mi się szczera, bezinteresowna. On po prostu współczuł. Może nie zgadzał się z cierpieniem, które wciąż go dotykało i które widział wokół siebie. Pomyślałem, że powziął tę zaskakującą dla mnie decyzję, żeby pomóc również sobie.

Mój brat, kiedy zaczął trzeźwieć, kiedy zaangażował się w działania na rzecz ruchu abstynenckiego w Polsce, powiedział, że gdyby nie zaczął pomagać innym, z pewnością wróciłby do kieliszka.

Może Marek wyczuwał, że oprócz robienia czegoś, co przyniesie mu radość i spełnienie, w jakimś stopniu będzie chronił samego siebie.

Nagle moje dywagacje i koncepcje zachwiały się. Otóż nasza opiekunka nagle powiedziała, że jest tutaj z nami, ponieważ przyszła do pracy, a nie dlatego żeby nam pomagać.

Coś mną wstrząsnęło. Rozsypało się wszystko, co do tej pory ułożyłem sobie w głowie. Nie zgadzałem się z wypowiedzią kobiety. Przecież widziałem, jak się angażuje, jak na przykładach z własnego życia omawia poszczególne przypadki, jak celnie potrafi pokazać problem, z jaką łatwością i dowcipem mówi o tym, co najważniejsze. Oprócz tego, że robiła to profesjonalnie, była dla nas życzliwa i czułem, że nam naprawdę pomaga. Nie z powodu pracy, tylko dlatego, że sama czuła i wiedziała czym jest cierpienie i chciała nam o tym powiedzieć, wesprzeć nas, pokazać cóż takiego się w nas dzieje, że nas boli. Ona nam współczuła. Jeśli to nie była pomoc, to co nią mogło być?

A Marek? Przecież on od wielu miesięcy nie zarabiał dobrych pieniędzy, sprzedał kilka swoich cennych rzeczy, żeby nauczyć się, jak pomagać innym. Może już to robił. Powiedział też, że przyjechał do ośrodka, że jest z nami, z grupą, bo jeszcze wątpi czy dobrze postępuje.

Pogubiłem się. Nie wiedziałem, co sądzić o wypowiedzi naszej opiekunki. To było oczywiste, że jest w pracy. Podjęła się zadania, z pewnością podpisała umowę i miała dostać za swoją pracę wynagrodzenie.

Przekonywałem się, że jej wypowiedź miała jakąś ukrytą intencje, jakiś nieznany mi sens. Przez myśl mi nie przeszło, że ona zrobiła to złośliwie, żeby dokuczyć komuś, choć w pierwszej chwili, gdy usłyszałem jej słowa o pracy, jakoś mnie to ubodło.

A może chciała swoją wypowiedzią ostudzić nasze zapędy? Może współczucie, które zdaje się mocno wpływać na nasze wybory, jest jakimś naszym wyobrażonym współczuciem? Może też jest tak, że mamy poczucie winy, że coś moglibyśmy naprawić, kogoś wesprzeć, a nie zrobiliśmy tego, bo wrażliwość gdzieś się zapodziała?

Czasem zauważam w sobie lgnięcie do czegoś, co mógłbym nazwać zbawstwem. Szczególnie się to uaktywnia, gdy oglądam filmy, w których bohater ratuje miasto, planetę, a nawet kosmos przed zagładą. Pewnie nie jestem odosobniony w takim odczuwaniu.

Im bardziej wnikałem w to, co działo się we mnie po wypowiedzi kobiety, tym większej nabierałem pewności, że za moim współczuciem kryją się jakieś ukryte motywy.

Przypomniałem sobie o swoim smutku, gdy usłyszałem fragment historii życia jednej z koleżanek z grupy. Współczułem jej. Zastanawiałem się nawet, czy mógłbym jakoś jej pomóc. Niczego nie kalkulowałem. To był odruch serca. Z pewnością Marek, jak i pozostałe osoby z grupy odczuwali podobnie.

Ale czy na pewno współczułem, czy tylko wyobrażałem sobie, że współczuję? Czy za tym współczuciem nie stałem ja sam, ze swoimi nie do końca uświadomionymi motywami?

Może swoją wypowiedzią o pracy opiekunka chciała nas zachęcić do uważnego przyjrzenia się sobie, żeby zbadać własne motywy działania, bo może chcemy stroić się w piórka pomocowe, a tak naprawdę ugrać coś dla siebie. Tylko co? – dociekałem.

Podobnie jest chyba ze współczuciem. Kiedy się pojawia, a z nim chęć pomagania, to niepotrzebne są pozory. A ja zacząłem je dostrzegać w sobie i ich udział przy podejmowaniu decyzji. To był dla mnie problem, bo zobaczyłem, że moje myśli, a w ślad za nimi pojawiające się uczucia, tak naprawdę w pierwszej kolejności zasilają moje ego, które tak chętnie lubi się obwiniać, a jednocześnie to ukrywać.

Czy chodzi właśnie o jakieś subtelne obwinianie siebie? Za to, że jest tyle zła na świecie? Za to, że za mało robię, by było mniej cierpiących? Że nieodpowiednio reaguję na cudzy ból? Za mało współczuję? A może głównym motywem mojego działania jest mój własny ból, z którym nie umiem sobie poradzić i sądzę, że pomagając innym odczuję ulgę.

Wychodząc z sali po sesji, zrozumiałem, że nasza opiekunka chciała nam przekazać, że przed podejmowaniem decyzji warto głęboko zajrzeć w siebie i spróbować zobaczyć, czy nie ulegamy po raz kolejny pozorom.

Gdy znalazłem się w swoim pokoju, uśmiechnąłem się do siebie. Przecież to, że kobieta przyszła do pracy, było oczywiste. Mnie jednak, w pierwszym odruchu, wydało się to nieoczywiste. To była moja uwarunkowana reakcja. A współczucie? Czy ono potrzebuje pozorów i spełnienia warunków? Może wystarczy przeczytać „Pieśń nad pieśniami”.

Ilustracja: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz