Malowane źródło

Jan komponuje muzykę i maluje obrazy. Nie znam się na komponowaniu, ale dawno temu próbowałem malować akwarelą, później bawiłem się grafiką komputerową, więc wiem, że jak człowiek zabiera się za malowanie, to na pewno ma jakiś zamysł, koncepcję, wyobraża sobie jakich użyje kolorów, zastanowi się nad kompozycją. Na pewno potrzebuje płótna, papieru, farby, coś zakłada, choć tak naprawdę początek malowania jest niewiadomą.

Rozmawiałem o tworzeniu z Janem gdy siedzieliśmy na naszych łóżkach w pokoju. Czekaliśmy na kolejne spotkanie z grupą. Byliśmy w ośrodku, gdzie odbywały się zajęcia z rozwoju osobistego.

W trakcie rozmowy stało się tak, jakby między nami stanęła sztaluga, a my – jakbyśmy chwycili pędzle i zaczęli malować.

Powiedzieliśmy sobie, że jak bierze się pędzel, to oprócz tego, co sobie zakładamy, sięga się również do niewiadomych, do własnych potencjałów, przeczuć, nieokreślonych bodźców, niesprecyzowanych intencji. Obydwaj się zgodziliśmy, że w ten sposób mógłby wyglądać proces twórczy.

Chyba byliśmy zaskoczeni tą rozmową, bo przecież ani on, ani ja nie wiedzieliśmy, co z naszej rozmowy wyniknie i z pewnością żaden z nas nie zakładał, co chce powiedzieć.

Nie wiem, jak Jan się wtedy czuł i o czym myślał, ale widziałem w jego twarzy zrozumienie i akceptację. Czułem podobnie, i w tym podobieństwie zrobiliśmy kolejny krok. Doszliśmy do wniosku, że gdyby z góry, każdy z nas, wiedział, co namaluje, to wcale by się nie zabierał za malowanie.

Niby było to oczywiste, ale dla mnie odkrywcze. Podobnie stało się z rozmową z Janem i naszym byciem w ośrodku. Przyjechaliśmy z tysiącem niewiadomych i z nadzieją, że kilka naszych niewiadomych się rozjaśni.

Wróciliśmy do naszego wirtualnego malowania. Zaczęły wyłaniać się pierwsze kontury, sensy tego, co nam w duszy grało. Ponownie stwierdziliśmy, że jakby się wiedziało co i jak się namaluje, to nikt by się nie brał za malowanie, no bo po cóż? Chyba jedynie, by zarobić kasę.

„Tak. Właśnie. Co wtedy z radością, ze zmaganiem, niepokojem twórczym?” – powiedział Jan.

Przyznałem mu rację. Podobnie jest w życiu. Miałem na to dowód – tak działo się na naszej grupie.

Zapytałem więc Jana, cóż takiego się wyłania, jak to będzie wyglądało, jak ta masa niewiadomych w nas, te wszystkie nieokreśloności, tęsknoty, bóle, lęki i nadzieje zaczną się z nas wyłaniać podczas rozmów i podczas malowania? Co z nimi będzie się działo? Jan nie wiedział, tak jak i ja nie wiedziałem.

Rozmawiając z kolegą, mając w pamięci spotkania z moimi nowymi znajomymi z grupy, poczułem, że uchwyciłem koniec nitki, która zaprowadzi mnie… Nie wiedziałem dokąd. Ale dzięki wspólnemu „malowaniu” z Janem dotknąłem jakby swoich niewiadomych. Zdałem sobie sprawę, że za tą tęsknotą do malowania, do wyrażania siebie, kryje się tęsknota za prawdą o sobie, za zrozumieniem samego siebie.

Rozmówca patrzył na mnie. Zdawało mi się, że myśli podobnie i wie, że zmaganie się przy malowaniu jest również chęcią pokazania siebie innym.

Powody owej chęci mogą być różne. Na pewno jest w tym chęć pokazania, że ma się talent, coś do powiedzenia, może jest tam pragnienie sławy, docenienia. Na pewno to popycha do działania.

Czułem jednak, że jest coś jeszcze, coś ukrytego. Spróbowałem wczuć się w Jana, w jego spokojny głos. I nagle jakby mnie olśniło. Zobaczyłem, że pod powierzchnią naszego twórczego niepokoju kryje się coś w rodzaju czystej intencji, której nie mogłem uchwycić, nazwać jej albo do czegoś porównać. To było jak podstawa, źródło, z którego chce się czerpać.

Może była to siła wyższa, o której wspominał Jan, może Bóg albo wielkie Tao. Ale my, po naszych rozmowach, zrezygnowaliśmy z posługiwania się nazwami służącymi do tworzenia pojęć.

Ruszyliśmy za naszym „malowaniem”, za wyrażaniem siebie. Pewnie chcieliśmy się przyjrzeć temu źródłu.

Wiem, że trudno jest wyrazić, czym jest to źródło. Filozoficznie i teologicznie nie takie głowy się za to zabierały jak Jana i moja, choć Jan jest filozofem. Setki, a może tysiące lat zajmowano się tą sprawą i nadal pozostaje tajemnicą.

Idziemy dalej. Raz po raz wywijamy pędzlami i zapełniamy puste przestrzenie blejtramu. Przybywa kolorów, kształtów. Wyłania się coś, co obydwaj przeczuwaliśmy, co chciało się ukazać naszym oczom.

Jan powiedział, że przeczucie wewnętrzne to jedno, a fakt to drugie. Dodał, że wydaje mu się, iż w akcie twórczym to, co w duszy gra, przekształca się w obraz. Zgodziłem się z nim. Obraz to fakt. Można się mu przyjrzeć, dotknąć, opisać na różne sposoby.

Jan namalował ileś obrazów. Czy przyniosły mu poczucie spełnienia? Nie wiem. Czy pojawiła się w nim radość? Przez analogię do własnych odczuć mogę powiedzieć, że tak.

Coś jednak nie dawało mi spokoju w naszej wędrówce przez „malowanie”. Coś nie pozwalało mi odkryć, czym jest źródło. Miałem poczucie, że ilekroć coś robię, odnoszę wrażenie, że moje dzieło, jakiekolwiek by ono było, jest szczególne, wartościowe, godne pochwały, że należy je nagrodzić i docenić.

Powiedziałem o tym Janowi, który zamyślił się, a po chwili odezwał.

„Wiesz, obrazy mam pochowane w szafie, bo pokój, w którym mieszkam, jest mały i ścian nie starcza. Czasem wyciągam jakiś obraz, patrzę i zastanawiam się, co chciałem na nim wyrazić. Wymyślam etykietkę, żeby nazwać swoje dzieło. Wyjaśniam, co tam się znajduje”.

Ale czy opis coś wyjaśni Miałem wątpliwości. Przy tym dostrzegłem w Janie te same rozterki, z którymi wciąż się mierzyłem. Ciągła szarpanina i wciąż zmieniające się koncepcje, które miały mnie przekonać, że talent ułatwi mi twórczą drogę.

Jan potwierdził i dodał, że trzyma się czasem kurczowo swoich wyobrażeń. Przypina etykietki do swoich obrazów z napisami: ten kolor oznacza miłość, a tamta namalowana postać jest cudowna, natomiast bryła z ostrymi kątami to zło wcielone. I taki rozanielony swoimi dziełami, nadmuchany dumą i poczuciem wielkości karmi się nadzieją, że nadejdzie dzień, kiedy osiągnie sukces, a wtedy stanie się cud, kosmos otworzy swe wrota, a on wkroczy do cudownego świata swoich marzeń, niesamowitych inspiracji, a wówczas szary dzień zmieni się w jedną wielką nieustającą fetę.

Tego typu marzenia czasem się spełniają. Ale nawet gdyby odnieść sto sukcesów i konto spuchłoby do niebotycznych rozmiarów, to wrota otworzą się jedynie do wymyślonego przez siebie świata. Sukces i pieniądze traktowane jako klucz coś tam otwierający na pewno nie doprowadzą do źródła, które zmywa niepowodzenia, smutki, rozczarowania i zawody.

„To co robić?” – zapytał Jan.

Nie wiedziałem. Wydawało mi się jednak, że pytanie o to, co robić, jest czymś w rodzaju pułapki. Bo jak człowiek dochodzi do momentu, w którym wyjaśnienia się wyczerpują, to staje przed ścianą i wali w nią głową. Kiedy rozpacz sięga zenitu, kiedy nie można zrobić kroku ani w przód, ani w tył, kiedy się widzi własną bezsilność, to dzieje się często tak, że zamiast przyjąć tę rozpacz, pozwolić jej wybrzmieć, szuka się rozwiązań na przykład w środkach zmieniających świadomość.

„Malowanie” z Janem coś we mnie otworzyło. Zrozumiałem, że zadając sobie pytanie „co robić”, chcę natychmiast znaleźć klucz, którym coś otworzę. Sporo mam takich kluczy. Koncepcje filozoficzne, religijne, polityczne i wiele innych.

Uśmiechnąłem się do Jana po tych przemyśleniach. Pewne rzeczy się rozjaśniły. Wydałem się sobie niezłym ignorantem. Bo przecież moja kolejna próba otworzenia zamka generowała kolejną wątpliwość. Uparcie nie zauważałem, że posługuję się nieodpowiednimi narzędziami. Różnymi sposobami, dawniej alkoholem, próbowałem dotknąć źródła, a przecież mogłem je tylko opisać, by dać sobie świadectwo, że ono w ogóle istnieje. Nabrałem pewności, że źródła nie da się pochwycić i zaszufladkować. Łudziłem się, że jak zdefiniuję źródło za pomocą jakiejś koncepcji to… Ale jak to zdefiniować?

Przecież z Janem powiedzieliśmy sobie na początku naszej rozmowy o malowaniu, że to, co chcemy pokazać światu, jest niewiadome, nieokreślone. A skoro tak, to nie może być umiejscowione w czasie i przestrzeni. Jest niejako wszędzie i zawsze. A to, co usiłujemy wyrazić? To jedynie cząstki źródła, które czasem umieszczamy na płótnie posługując się pędzlem i farbami.

Źródło, jak mi się wydaje, to coś o wiele subtelniejszego od słów. Wypełnia wszystkich. Może nawet podtrzymuje życie, ba, może nawet je kreuje. Więc jeśli moje przeczucie było prawdziwe, to jak tę nieuchwytność zamknąć w pojęciach? Ona po prostu jest nie z tego świata, a jednocześnie jest tym światem.

Już, już myślałem, że schwytałem pana Boga za nogi, ale przyszły wątpliwości. Bo jak nie wiadomo co zrobić, to znaczy, że nie znajdę tego upragnionego sensu. A skoro tak, to pozostaję bez nadziei. Mogę jedynie się przyglądać wydarzeniom, które mną targają i które wydają mi się bezsensowne. Czarna rozpacz.

Zaraz, zaraz – dociekałem. A gdyby Jan wyjął obraz z szafy, powiesił na ścianie i przyjrzał mu się uważnie, ale bez tworzenia etykietek, to przecież musiałby zobaczyć w nim, kawał swojej prawdy i na pewno jakieś cząsteczki źródła, a wtedy, po nitce do kłębka… Może wtedy ta prawda i te cząsteczki źródła chciałyby się wyrazić bez jego pomocy?

Tylko, że robił to zapewne już tysiące razy i ja również.

Może za dużo gadał przy oglądaniu? Może się rozpraszał? Sięgał zbyt często po definicje? Podjadał chipsy? Popijał herbatę? Myślał o randce? Albo zamiast przy obrazie był myślami na stadionie?

Spojrzałem na Jana uważnie. Wyobraziłem sobie, że oglądam obraz, który namalował. I taki zapatrzony nie wiedziałem, czy patrzę na obraz, czy zawarte w nim własne odbicie. Nie umiałem określić, co i kogo widzę. Nawet zdawało mi się, że tym odbiciem patrzę na samego siebie.

Nie znalazłem słów, by to wyrazić. Przez chwilę czułem, że obraz chce mi powiedzieć, co znajduje się w moim wnętrzu. Może chciał mi pokazać źródło?

Ilustracja: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz