Ujarzmianie samego siebie

Myślałem, że zbłądziłem. Droga była zaniedbana, kończyła się torami kolejowymi, przy których stały koparki, ciężarówki. Przy ciężkim sprzęcie wznosiły się hałdy żwiru i piachu, słowem roboty kolejowo-drogowe. W ostatniej chwili wyłonił się znak drogowy i skręciłem w lewo. Tam miało być moje miejsce przeznaczenia na kolejne pięć dni.

Trafiłem do ośrodka, w którym chciałem się rozwijać osobiście. Czułem się wyróżniony, bo zostałem wybrany jako kandydat ze stu, a kto wie czy nie z dwustu chętnych. Znalazłem się w grupie około trzydziestu osób, które szukały odpowiedzi, dlaczego myśli kłębią się w głowie i uczucia w sercu, dlaczego życie jest takie problematyczne, dlaczego ludzie zamiast rozumieć, że jak mówię dwa dodać dwa to cztery, upierają się i twierdzą, że wynik niekoniecznie jest taki jednoznaczny.

Przygotowany teoretycznie, pewny swojego, poukładany wewnętrznie i zewnętrznie, czułem w sobie taki rodzaj pewności, który rodzi się z poczucia, że posiadam, że kontroluję, że mogę wszystko i cały świat stoi przede mną otworem. I właśnie w tym poczuciu czaiło się zwątpienie. Z jednej strony byłem pewien, że niczego mi nie brakuje, z drugiej – przyjechałem rozwiązywać swoje problemy. Zapytałem siebie: jeśli jesteś taki och i ach, to dlaczego po raz kolejny przyjeżdżasz do ośrodka, szukasz kolejnych sposobów i działań z przekonaniem, że tym razem odpowiesz sobie ostatecznie na dręczące pytania? A jak już odpowiesz, to życie stanie się bezproblemowe i nastanie wieczna szczęśliwość.

Wielokrotnie jeździłem tu i tam, by zrobić ze sobą porządek. Nauczyłem się już powstrzymywać od oceniania innych. Przyjąłem do wiadomości, że należy być tolerancyjnym (ale ze wskazaniem, do której grupy politycznej się przypisuję…) Wiedziałem, że należy w odpowiednich sytuacjach wznieść się na wyżyny i usprawiedliwić nawet czyn naganny w imię jakiegoś przyszłego dobra. Tworzyłem sobie pewniki, które dawały mi poczucie bezpieczeństwa, do których mogłem się odwołać w dowolnej chwili i zastosować do konkretnych okoliczności.

Jednak te pewniki niewiele zmieniały w moim życiu. Nadal, gdy rozstrzygałem, jaki jest wynik „dodawania”, słyszałem różne odpowiedzi, co mnie irytowało.

Siedząc w samochodzie i zastanawiając się, czy aby na pewno znalazłem się w miejscu, do którego udało mi się przyjechać, poczułem się tak, jakbym chciał sam siebie ujarzmić, jakbym chciał się wpasować w rolę do sztuki teatralnej, a tego prawdziwego siebie porzucił. Co miałoby być dla mnie lepsze, co mogłoby się bardziej opłacać? Miałem zarazem wrażenie, że ślizgam się po powierzchni, bo jest mi tak wygodnie, że na chwilę wpadam w euforię z powodu otrzymania nowej zabawki, nowej umiejętności, która rozwiąże ostatecznie moje problemy.

Parkując, zobaczyłem dobrej klasy samochód. Obok auta krzątała się kobieta. Była krótko obcięta i gustownie ubrana w markowe ciuchy. Popatrzyliśmy na siebie. Uśmiechnęliśmy się. Poczułem do niej sympatię.

Trochę jej zazdrościłem. Pewnie stać ją było na wiele wyszukanych i zbytkownych rzeczy. Pomyślałem, że radzi sobie doskonale w biznesie, jest obrotna i pracowita, słowem ma głowę na karku. Stąd doszedłem do wniosku, że życie ma poukładane i szczęśliwe. Ale w tym moim wyobrażeniu pojawiła się wątpliwość.

Chciałem podejść do niej. Być może po to, by zapytać ją, czy jest właśnie tak, jak sobie wyobraziłem. Ale też może dlatego, żeby dodać sobie odwagi, która, jak sądziłem, pozwoli mi zagadnąć kobietę i zapytać, czy ona też przyjechała w tym samym celu, co ja.

Zauważyłem w tej chęci nawiązania kontaktu, że tak naprawdę szukam wsparcia, żeby się nie obnażyć, nie pokazać, że te moje domniemane pewności, nie są wcale domniemane, tylko moją ostateczną prawdą, pewnikiem, która daje mi siłę. W dodatku porównując się z nią wypadłem jakoś tak blado.

Zapomniałem na chwilę, po co przyjechałem. Zapadłem się w siebie. Intuicja podpowiadała mi, że moje zmagania, wysiłek wkładany w rozwiązywanie poszczególnych problemów, jest nieudolną próbą szukania w zewnętrznej rzeczywistości zaradczego środka na to wewnętrzne szarpanie. I nagle zdało mi się, że to ja sam robię sobie kuku, że to we mnie samym tak naprawdę jest źródło konfliktu.

Zrozumiałem, że moje wyobrażenie o kobiecie ma się nijak do rzeczywistości, bo gdyby było prawdą, że jest szczęśliwa i poukładana, to przecież nie miałaby po co przyjeżdżać do ośrodka i szukać odpowiedzi na własne bolączki. A wtedy nie zaparkowałaby samochodu na tym samym parkingu, co ja.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz