Jerzy

Mawia się o takich ludziach „stara przedwojenna szkoła”. Radzą sobie w różnych sytuacjach. Poprosisz taką osobę o naprawę magnetofonu starego typu, poradzi sobie. Gdy trzeba skonstruować drewniane pudło do głośnika, ze stolarską wprawą zabierze się do pracy i cierpliwie, krok po kroku, zrobi to, co sobie zaplanował. Zdarzyło się, że podjął się naprawy zgrzewarki transformatorowej – wywiązał się z zadania znakomicie. Lista umiejętności Jerzego jest długa. Można powiedzieć człowiek orkiestra.

Znam go bardzo długo, choć nie wiem w jakich okolicznościach podaliśmy sobie po raz pierwszy ręce. Może na jakimś koncercie w Młodzieżowym Domu Kultury, a może kiedy poprosiłem go o skonfigurowanie Windowsa 7, bo Jerzy, oprócz parania się grubą materią, z wprawą porusza się w softwerze, czyli nie są mu obce systemy operacyjne, dogrywanie sterowników, czy czyszczenie rejestrów na twardych dyskach.

Trudno jest taką osobę przypisać do czegoś, powiedzieć o niej: o, to ten, który gra na bębnach. Na pewno największą pasją Jerzego jest właśnie perkusja. Wystarczy przyjrzeć się, gdy rozsiada się na swoim stołku z pałeczkami w dłoniach. Zmienia się. Staje się kimś innym. Zostawia za sobą wszystkie softwery i hardwery świata, zapomina o rozciągniętych swoją ręką kablach, ustawionych mikrofonach, zestrojeniach, wzmocnieniach i oświetleniach. Za swoimi ukochanymi bębnami rzemieślnik przekształca się w artystę i oddaje się bez reszty swojej pasji. A wszystko zaczęło się od akordeonu.

Wiem, że bywa różnie. Nie od pierwszego wejrzenia człowiek mówi: to jest ta jedyna, na zawsze. Twój pierwszy instrument nie był tym jedynym i wymarzonym.

Do muzyki ciągnęło mnie od dziecka. Pamiętam szóstą klasę szkoły podstawowej. Mieszkałem wtedy w Piastowie. Mama zaprowadziła mnie do Ogniska Muzycznego. Marzyło jej się, żebym nauczył się grać na akordeonie. Wtedy to był bardzo popularny instrument. Jeden z nauczycieli, który mnie przesłuchiwał, poznał się na mnie i powiedział, że z akordeonem szybko się rozstanę. Zasugerował mojej mamie, żebym do razu zaczął się uczyć gry na instrumencie, którego łatwo nie porzucę. Miał rację i na pewno wielkie doświadczenie. Musiał rozpoznać, że jest coś we mnie rytmicznego. Tak się zaczęła moje przygoda z bębnami. Później miałem to szczęście, że uczyłem się u Andrzeja Dąbrowskiego.

Z jednej strony muzyka, wybitny nauczyciel, a z drugiej twoje umiejętności niemuzyczne. Czy to znaczy, że kroczyłeś wieloma drogami realizując swoją pasję?

Po skończeniu podstawówki trafiłem do szkoły elektronicznej w Warszawie, popularnie nazywanej „Zajączkiem”. Kolejny etap to trzy lata Politechniki, wydział realizacji dźwięku. Dwa lata spędziłem w Akademii Muzycznej i tak zbierałem doświadczenia, wiedzę i umiejętności. A później zaczęło się życie. Musiałem coś robić. Zacząłem pracować w firmie zajmującej się realizacją dźwięku. Jeździłem po całej Polsce, nagłaśniałem, oświetlałem, rozstawiałem sprzęt słowem nabierałem wprawy jako reżyser dźwięku. W międzyczasie grałem na perkusji, no i oczywiście dużo słuchałem muzyki. Chyba bez budowania w sobie muzycznego świata, właśnie przez słuchanie, samo granie nie wystarcza, by rozkochać się w muzyce i grać z pasją.

W twoim zawodzie, w środowisku, w którym przebywasz, nie tylko socjusowym, ludzie nie stronią raczej od kieliszka. Co więcej, można powiedzieć, że świat muzyczny to świat, gdzie alkohol bywa częstym gościem. Ty natomiast, odkąd pamiętam, a czasu minęło sporo, coś ponad trzydzieści lat, nigdy nie piłeś, nawet symbolicznego kieliszka. Co więcej, nie palisz. Czy to jakieś twoje kredo życiowe, sposób na długowieczność, zaplanowana strategia?

Sam nie wiem. Po prostu tak wyszło. Nigdy mnie nie ciągnęło do alkoholu, a właściwie do tego, co alkohol robi z człowiekiem. Zawsze cieszyłem się z tego, co mam. Bardziej zwracałem uwagę na to, żeby zrobić jak najlepiej to, co miałem zrobić. Chyba miałem szczęście, że bardzo wcześnie odkryłem, że człowiek po alkoholu przestaje być solidny, traci cierpliwość. Może bałem się tego. Do aniołków nie należę i zdarza mi się denerwować dość intensywnie. Więc gdyby podlać taką intensywność kilkoma piwami, to kto wie, czy w tej chwili nie byłbym poudarowcem, albo pozawałowcem. Zresztą żeby wiedzieć, co alkohol robi z człowiekiem, niekoniecznie trzeba się napić. Zachowania i skutki osób nadużywających są bardzo wymowne i być może pamięć o tym jest sprawcą mojej abstynencji.

No i żeby jeszcze bardziej tę abstynencję wzmocnić i pokazywać światu, że bez alkoholu żyć można, przyszedłeś do Socjusa?

Trochę to żartobliwie zabrzmiało, ale rozumiem ten tok rozumowania. Żeby złapać dystans, dobrze jest się powygłupiać czasem.
Moja droga do Socjusa nie była świadomym wyborem. Przynajmniej do dziś nic o tym nie wiem. Jakoś tak splatałem się wolno z tym środowiskiem. Miałem tu swoich znajomych od lat. Zawiązały się przyjaźnie. Przychodziłem do Socjusa, żeby spotkać się ze znajomymi, pogadać, wypić herbatę. Były też jakieś wspólne przedsięwzięcia miejskie. Aż wreszcie nastąpiło to, co gdzieś tam w głowie pana Boga siedziało w zamyśle. Będąc członkiem zespołu Trapiści szukałem miejsca, w którym moglibyśmy robić próby. No i Szef wskazał Socjus. A jak Szef wskaże, to amen w pacierzu. Pogadałem z Bogdanem, prezesem Socjusa (on chyba też dostał cynk od Szefa) i się dogadałem. Taki był początek naszej współpracy. Socjus dał nam, Trapistom, przystań, no i jesteśmy tu i wspólnie działamy.

Dziękuję za rozmowę.

Subscribe to our newsletter!

Administrator Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz