Czy można być szczęśliwym bez wolności?

Podwoziłem kogoś samochodem z punktu A do punkt B. Mniejsza kogo podwoziłem. Wystarczy powiedzieć, że droga wiodła przez miasto i trwała 5 minut. Nie było korków. Dla kierowcy, takie pustki, to marzenie. Ale…

Na zewnątrz tłoku nie było, natomiast wewnątrz auta zrobiło się gęsto od narzekania i krytyki.

– Dość mam już ojca, cięgle tylko wrzeszczy. Znów ten pies. Trzeba z nim zaraz iść. Po co oni budują tę halę? Taki fajny plac zabaw tutaj był. Co za głupek ten Mirek. Myśli, że jest najważniejszy. Ewka znów dzwoniła. Przecież w szkole nie odbiorę. Czy jest normalna? No, niby pani od chemii była uprzejma, ale po co robiła tę kartkówkę. Wciąż tylko nauka i nauka. Mam już dość. Więcej tego nie wytrzymam. Czuję się tak jakbym siedział w jakiejś klatce.

Nietrudno się domyślić, że moim pasażerem była osoba młoda. Może gdybym jechał ze swoją babką, taki potok negatywizmu spłynąłby po mnie niezauważony. Jeżdżąc pociągiem często słyszę tego typu monologi. Dorośli lubią ponarzekać. Ale czy na pewno lubią? Czy nie jest to pewien nawyk z dzieciństwa, który w toku naszego życia medialnego, rozwija się w nas, bo nieustannie słuchamy i widzimy właśnie tę negatywną stronę rzeczywistości? No choćby wiadomości wszelkie w TV: wypadki, napady, wichury, zabójstwa, pijani kierowcy. Podobnie jest na portalach informacyjnych. A w kulturze. Przecież ludzie sięgają nie tylko po piloty i smartfony. Lubią czytać. Mamy swoich literackich noblistów. Sroce spod ogona nie wypadliśmy. Ale i w tej dziedzinie prym wiodą książki, które opisują przemoc i zabójstwa – właśnie taka literatura najlepiej się sprzedaje.

Wysiadając z samochodu pomyślałem, że mój pasażer może mieć rację i klatka, o której wspomniał jest prawdziwa. Był przy tym wyraźnie rozczarowany. To było słychać w tonie jego głosu. Może tęsknił za wolnością.

Przyłapałem się na tym, że mam podobne odczucia. Tylko, że z wolnością bywa różnie. Bo przecież często jest tak, że wolność w takiej subiektywnej ocenie czy odczuciu to sytuacja, kiedy można realizować swoje przyjemne zachcianki. Jeśli ten warunek jest spełniony, wtedy nie mamy poczucia, że coś nas krępuje i nie domagamy się wolności.

Po wejściu do domu mój pasażer zdjął plecak z książkami i zostawił go tam gdzie stał. Ściągnął buty i chyba nie wiedział, że je ściągnął. Wszedł do swojego zabałaganionego pokoju, wyciągnął telefon i zdejmując z siebie kurtkę wpatrywał się w ekran.

Jestem pewien, że nie przyszło mu do głowy, że dążąc za wszelką cenę do tej swojej wolności, sam sobie tę wolność odbierał. Co więcej, on największe zagrożenie swojej wolności widział na zewnątrz. To świat był dla niego zagrożeniem i głównym źródłem lęków. Tak przynajmniej wynika z tego, co powiedział mi w samochodzie. Odrabianie lekcji odsuwał na później. Sprzątanie pokoju widział w jakiejś tam przyszłości. Pies mógł poczekać, a wszyscy skrytykowani stawali się poręcznym usprawiedliwieniem własnych niedociągnięć.

Wcale się nie uwziąłem na młodego człowieka i nie zamierzałem moralizować i wyjaśniać, że jest pyłkiem we wszechświecie i jeśli nie zabierze się za siebie to skończy marnie. Może i mógłbym mu powiedzieć o konsekwencjach tego co robi, ale jaka była moja wiarygodność jeśli tak naprawdę sam nie byłem wolny ode własnych lęków i własnych uwikłań. Zadałem sobie pytanie, co sprawia, że boję się tego świata? To nie był problem mojego pasażera. To był również mój problem.

Dobrze pamiętam swoje dzieciństwo. Pragnąłem zdobyć wykształcenie, robić karierę, odnieść sukces, zakochać się. Robiłem plany. Przysięgałem sobie, że zrobię to i to, ale w momencie, gdy dochodziło do realizacji własnych marzeń pojawiały się wątpliwości, a po nich przestawałem wierzyć, że mi się uda. Raz po raz wycofywałem się ze swoich obietnic. Modyfikowałem je. Ba, okłamywałem się i zwodziłem, że mam dużo czasu i zdążę zrobić to, co sobie wymarzyłem.

Usprawiedliwiałem się oskarżając innych o własne niepowodzenia. A to, że rodzice przestali zwracać na mnie uwagę uganiając się za czymś tam. A to, że nie mam szczęścia i wiatr mi w oczy wieje. A to, że jestem niedoceniany i zamiast uznania spotykam się jedynie z krytyką.

Może to wyrabiane przez lata poczucie zagrożenia i niedocenienia jest czynnikiem obezwładniającym, które w chwili wyzwania, podjęcia ryzyka, nadarzającej się okazji, sprawia, że zamiast odważyć się spróbować być szczęśliwymi, zabezpieczamy się przed rozczarowaniem.

Rozczarowani chętnie sięgamy po pilot, laptopa, telefon i odbieramy sobie wolność. A bez niej. Czy można poczuć się szczęśliwym?

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz