Tajemnica

Był spokojny, pogodzony ze sobą i światem. Zdawało mu się, że dotyka tajemnicy. Tej prawdziwej, która nie ma rozwiązania i nie rozwiązuje żadnych życiowych problemów. Nie wiedzieć, od jak dawna tajemnicę dostrzegał w obrazku otrzymanym na pamiątkę pierwszej komunii świętej z wizerunkami apostołów i Jezusa podczas ostatniej wieczerzy. Mógł nią być również widok siostry, którą podglądał, kiedy kąpała się naga. Tajemnica przenikała go też wtedy, gdy budził się rano z resztkami snu pełnego podziemnych kryjówek, stworów, z którymi walczył, i nadzwyczajnych mocy.

Doświadczył jej też w szczególny sposób pewnego dnia w dzieciństwie i ten dzień stał się dla niego bardzo ważny. Czasem rozmyślał nad nim, wspominał i wydawało mu się, że pewne życiowe decyzje mają związek właśnie z tamtym odległym dniem.

*

W wieku pięćdziesięciu paru lat Aleks stwierdził, że ma dość złodziejskiego fachu, dość pijaństwa, kochanek, hazardu, kłamstw i moralnego rozpasania. Odkrył, że za jedną z tajemnic, w której przez wiele lat upatrywał lekarstwo na swoją nieśmiałość, wziął to, co wcale tajemnicą nie było. Było to kuglarską sztuczką. Tak więc oszukał samego siebie. Pozostało tylko przekonanie, że pierwszy krok zapowiada krok ostatni.

W trakcie ośmiotygodniowej kuracji w ośrodku w Tworkach olśniło go, że różne intencje w jego życiu, metody rozwiązywania problemów, chęć zgłębienia takiej czy innej kwestii są jedynie pobożnymi życzeniami. Stało się to podczas przeglądania informatora-przewodnika po warszawskich kościołach. Broszura, opatrzona kolorowymi fotografiami i krótkimi notatkami, miała mu zabić czas przed kolacją. Jedno ze zdjęć zaprzątnęło jego uwagę tak bardzo, że pochłonięty lekturą nie zjadł wieczornego posiłku.

Wystrój świątyni kalwińskiej na fotografii wydał mu się zbyt surowy. Pomyślał, że autor zdjęcia tworzył swoje dzieło w chwili remontu kościoła. Brak jakiegokolwiek wystroju wnętrza bardzo go zaskoczył. Kilka razy przyglądał się starannie fotografiom i ujęciom wykonanym z różnej perspektywy. Szukał obrazów na ścianach, rzeźb i płaskorzeźb. Przecież w kościele powinien znajdować się krzyż, do którego przybity jest Chrystus. Pożyczył nawet lupę od jednego z pacjentów, żeby obejrzeć najdrobniejsze szczegóły. Dotąd myślał, że wnętrze każdego kościoła emanuje atmosferą tworzoną przez serca na łańcuszkach, chorągwie, obrazy przedstawiające świętych i Mękę Pańską, ma swoje święte miejsce z tabernakulum, ołtarzem, przestrzeń, gdzie ot tak nie sposób przejść bez zatrzymania się, przeżegnania czy uklęknięcia. Patrzył na fotografie i przecierał oczy ze zdumienia. Widział dębowe ławki, pusty krzyż i nagie ściany.

Kilka dni trwał w zadumie. W rezultacie zaniechał pytania „dlaczego” i odrzucił chęć zgłębiania kolejnej tajemnicy. Pragnął zastąpić gonitwę myśli i wszystkie swoje wyobrażenia taką pustką, jak puste były ściany kalwińskiego kościoła. W oddziałowej biblioteczce szpitalnej „dziesiątki” znalazł książkę o życiu Jana Kalwina. Zdumiał się, że według tego teologa wszelkie ludzkie starania, nawet te najszlachetniejsze i najdoskonalsze, nagradzane, opłacane i wychwalane na niewiele się zdadzą, gdy nadejdzie czas podsumowań i nadprzyrodzonej decyzji, kiedy człowiek będzie zbawiony czy potępiony.

To było ważne odkrycie, gdyż w tym czasie Aleks czuł, iż jego wyniszczony alkoholem organizm może w każdej chwili zgasnąć. Wierzył, że istnieje coś, co go przekracza, co w jakimś sensie jest podstawą jego życia. W ciszy i spokoju, na szpitalnym łóżku, studiował zdjęcia kościoła kalwińskiego. Zrozumiał wtedy, że droga, którą szedł przez pięćdziesiąt pięć lat swego życia, skurczyła się, a on spoglądał na jej początek i pytał siebie: „Dokąd biegłem?”.

Tajemniczy zamek, tajemnicze drzwi, tajemnicze zniknięcie… Bajek o tajemniczych sprawach mógł mały Aleks słuchać w nieskończoność. Jako niejadek otwierał bezwiednie usta i połykał owsiankę, porcja za porcją, w oczekiwaniu na koniec bajki, moment, kiedy tajemnica wychodziła na jaw. W wieku pięciu lat, podczas pewnej mszy, na której był z rodzicami w niedzielę, dostrzegał coś, czego nie umiał sobie wytłumaczyć. Dlaczego ksiądz odprawiający mszę, oprócz spożywanie opłatka, pił również wino? Nikt z obecnych w kościele wina nie dostawał. Tłumaczył to sobie na swój dziecięcy sposób. Uznał, że kryje się za tym wielka tajemnica, którą musi kiedyś zgłębić. Z czasem stał się bystrym chłopcem. W lot kojarzył fakty, analizował je i trafnie oceniał, czy w tym, co zobaczył i doświadczył, nie ma fałszu. W szkole podstawowej napisał wypracowanie o tajemniczym uśmiechu kota z „Alicji w krainie czarów”. Było czytane przy całej klasie jako wzór i zachęta dla wielu uczniów.

Po mszy świętej, kiedy fotograf zrobił pamiątkowe komunijne zdjęcia wszystkim dzieciom, tata Aleksa poprosił syna, by stanął przy historycznym głazie granitowym i drewnianym krzyżu, przy którym on sam, czterdzieści lat wcześniej, pozował do takiej samej fotografii. Aleks ustawił się w wyznaczonym przez ojca miejscu. Miał na sobie białą koszulę z krótkimi rękawami, granatowe spodnie i błyszczące lakierki. W dłoniach trzymał obrazek podpisany przez księdza proboszcza, jego nauczyciela katechezy. Patrzył na swojego ojca z wycelowanym w niego obiektywem aparatu i miał wrażenie, że jest jednym z apostołów na obrazku. Zapragnął, tuż po krótkim trzasku migawki, pójść z rodzicami, siostrą i zaproszonymi gośćmi w świat, pomagać ludziom, opowiadać im o życiu wiecznym i tajemnicy zbawienia.

Przyjęcie komunijne, które kilka dni przygotowywała jego matka, uznał za niepotrzebne. Zamiast podziękować rodzicom za ich wysiłek, który włożyli, by wprowadzić go w pełnoprawne życie kościoła, Aleks po prostu odwrócił się plecami do wszystkich i uciekł. Okrążył kościół. Dotarł do kamiennych schodów prowadzących do wnętrza świątyni. Wbiegł na nie. Słyszał gniewny krzyk swojego ojca. Bał się ostrego tembru w głosie rodzica. Jednak nie zawrócił. Wbiegł do pustego przedsionka. Minął kamienne naczynie ze święconą wodą. Przed sobą widział olbrzymi ołtarz z figurami świętych. Szybko znalazł się na wprost złocistych drzwiczek tabernakulum. Oddychał szybko. Czuł pot na plecach. Uklęknął. Bardzo pragnął, aby chwila, kiedy ksiądz podchodzi do niego i kładzie mu opłatek na język, powtórzyła się. Zapragnął również upić łyk wina z kielicha, tak jak robił to ksiądz proboszcz.

Podniósł się z kolan. Ostrożnie, prawie bezszelestnie, podszedł do tabernakulum. Otworzył drzwiczki. Wspiął się na palcach. Na środku stał liturgiczny kielich. Chwycił go i wyjął ostrożnie. Wypił wino. Przez chwilę czuł, jak w jego środku narasta ciepło. Zakręciło mu się w głowie. Zapadł w dziwny sen, pełen uśmiechu, bez lęku, bez przejmowania się krzykiem ojca i wyrzutów matki. Stał się śmiały i wyobraził sobie klasę pełną koleżanek, których się nie wstydzi. Bez oporów podchodzi do ich szczupłych postaci, obejmuje i całuje je w usta. Swoim dziewięcioletnim pojmowaniem zrozumiał, dlaczego ksiądz z tak wielkim namaszczeniem staje tyłem do wiernych w kościele przed złotymi drzwiczkami, wyjmuje kielich, nalewa do niego cudowny płyn z buteleczki, odwraca się i tylko on pije, by wkroczyć w przestrzeń nie z tego świata. W jednej chwili zakochał się w tej tajemnicy. Poczuł moc, której nie znał. Stał się dorosły.

*

Po latach umierający Aleks próbował wytłumaczyć sobie, jak to się stało, że tak niepostrzeżenie stał się pełnoletni. Jego dzieciństwo i dorastanie gdzieś się zapodziały, przemknęły w czasie jakby niezauważone. Zwierzał się terapeucie, że może stłumiła je, a nawet stłamsiła skrajna nieśmiałość? Odczuwał ją głównie wobec dziewcząt, a potem kobiet. W szkole średniej swoją uwagę poświęcał wyłącznie koleżankom. Był jednak tak nieśmiały, że bał się którąkolwiek zagadnąć. Zapominał języka w gębie, płoniąc się jak panna.

Kiedy widział przed sobą prowokacyjnie ubraną dziewczynę, przechodził na drugą stronę ulicy. Zmieniał się na twarzy i wyglądał, jak człowiek o mocno ograniczonej sprawności umysłowej. By rozładować napięcie, zaczął sięgać po alkohol. Głęboko zepchnięte zalety i atuty jego osobowości po kilku piwach, szklance wina czy paru kieliszkach wódki ukazywały się światu w pełnej krasie. To był prawdziwy on, którego akceptował, z którym się utożsamiał. Śmiały, z inicjatywą, czarował elokwencją i sypał komplementami. Szarmancki wobec kobiet, bawił się, tańczył, proponował randki, wspólne spędzenie nocy, obiecywał niezwykły, nieprzeciętny i wielokrotny seks.

Po jednej z takich nocy ocknął się na kamiennych schodach i ponownie zapadł w półsen. Język miał sztywny jak kołek. Mdliło go. Za wszelką cenę chciał się napić wódki. Rozejrzał się wkoło. Na wprost zobaczył wielkie dębowe wrota z żeliwnymi okuciami. Poderwał się z ziemi. Ruszył w ich kierunku. Widok wydawał mu się znajomy. Ucieszył się nawet. Pamiętał, jak dwadzieścia lat wcześniej, jako mały chłopiec, biegł po tych schodach, a potem wspinał się na palcach i wyjmował liturgiczny kielich z tabernakulum. Po kilku krokach się zatrzymał. Z wnętrza kościoła wysypał się tłum. W jednej chwili Aleks ocenił, że dzieje się coś dziwnego. Zwykle widywał ludzi wychodzących z kościoła w spokoju, z nabożnymi minami. Wtedy wybiegali pośpiesznie i rozglądali się nerwowo, jakby kogoś szukali.

Aleks użył wyrazu „wtedy”, kiedy prezentował te zdarzenia w swoim Opisie Pracy Terapeutycznej, tak zwanym OPS-ie. Przejmujący strach, który odczuwał, przemawiał za ich prawdziwością. Żaden ze słuchających pacjentów, ani terapeuta, nie podał tego w wątpliwość. On sam jednak do końca nie był pewien, co mu się „wtedy” przytrafiło. Czy wydarzenia przed dębowymi drzwiami kościoła mogły być autentyczne? Miał niekiedy spore co do tego wątpliwości i za wszelką cenę chciał się dowiedzieć, czy tamten fragment jego życia był rzeczywisty, czy też nie. Może był tylko omamem poalkoholowym? Postanowił napisać o tym jak najwierniej w kolejnej terapeutycznej spowiedzi w szóstym tygodniu swego leczenia.

„[…] Miałem nadzieję, że zaczną mnie omijać, rozbiegną się do swoich domów, ale oni zatrzymywali się kilka metrów przede mną i zastygali pełni napięcia. Utworzyli półkole. Otoczyli mnie prawie ze wszystkich stron. Domyśliłem się, że nie mają zamiaru nigdzie się rozchodzić. Zatrzymali się z mojego powodu. Drgnąłem. W ich dłoniach zobaczyłem kamienie. Wiedziałem dla kogo są przeznaczone. Mogłem uciec, odwrócić się, zbiec po schodach w dół. Na ich twarzach wymalowane były jednoznaczne intencje. Postanowili zagrodzić mi drogę do tabernakulum. Poczułem złość. Chciałem wykrzyczeć, że nie mają prawa”.

Aleks chciał tym wyznaniem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Dopisał do swojego OPS-a fikcyjne zakończenie – tłumaczył ludziom, którzy chcieli go ukamienować, że to nie jest czas samosądów, czas komunizmu, kiedy znikało się bez śladu. Rozczulił się nad sobą. Nie było to trudne, gdyż czas nieśmiałości miał dawno poza sobą. Był dumny, że zdobywa się na szczerość przed obcymi osobami, które, w jego mniemaniu, nie dorastały mu do pięt. To była jego pierwsza pieczeń. Druga – miała nadać głębi jego biografii, wzbogacić o rys odwagi, może bohaterstwa.

Zrezygnował jednak w ostatniej chwili z odczytania ostatniego zdania, choć kusiło go mocno. Nie znał pacjentów, przed którymi miał za zadanie się otworzyć. Nie wiedział, kim jest terapeuta prowadzący grupę. Tajemnice miały zostać tajemnicami do końca – do końca jego życia. Uznał, że zdarzenia sprzed 1989 roku, jego uwikłanie w ciemne interesy będą informacjami nie na temat i wzbudzą tanią sensację. Poza tym nie chciał ryzykować i narażać się na niewygodne pytania. Podsumował więc swoje zwierzenia, korzystając ze schematu powtarzanego przez prawie wszystkich alkoholików – że picie sporo kosztuje, kiedy życie spędza się w restauracjach, klubach nocnych, nieustannie jeździ taksówkami, śpi w luksusowych hotelach i korzysta z usług kobiet.

*

Aleks wiedział, że mógłby w nieskończoność opowiadać o okresie, kiedy Polska miała ograniczoną suwerenność, a służby bezpieczeństwa nieograniczoną władzę. To był czas wielkich tajemnic. W skromnym fragmencie tych tajemnic uczestniczył i on. Były to historie budzące dreszcz emocji, o których ludzie chcieli słuchać bez końca. Jednak, mimo pokusy, nigdy nie zdradził nikomu mrocznych stron swojego życia. Alkoholowe znajomości sprawiły, że został profesjonalnym złodziejem. Obracał olbrzymią gotówką. Kradł nie tylko na własną rękę, ale otrzymywał zlecenia od ludzi związanych z kontrwywiadem wojskowym i cywilnym.

Jeden jedyny raz zdarzyło mu się odrobinę rozwiązać język i napomknąć o swojej działalności. Trzy młode dziewczyny z agencji towarzyskiej, apartament dla VIP-ów, kilka butelek Calvadosa… To była dla niego nauczka. Kiedy odzyskał świadomość, luksusowy apartament okazał się dźwiękoszczelnym pokojem, doszczętnie ogołoconym ze wszystkiego.

„Jak się tu znalazłem?” – Aleks bił się z myślami.

W pomieszczeniu było bardziej surowo niż w kalwińskim kościele. Siedział na podłodze w kaftanie bezpieczeństwa, a nieopodal stał chudy mężczyzna z brodą w dziwacznym nakryciu głowy. Znowu jakaś tajemnica?

Aleks rozglądał się zdezorientowany, rysy twarzy stężały mu w oczekiwaniu na jakieś wyjaśnienie. Nie zawiódł się. Mężczyzna o surowej twarzy podszedł do niego, poklepał po ramieniu, uśmiechnął sceptycznie i powiedział:

– Już dobrze, nie musi się pan bać. Wiem, doświadczył pan wielu krzywd. Wszystko jednak już minęło i może tak pozostać. Tutaj nic panu nie grozi. Proszę spojrzeć, mam na sobie czarną togę.

Aleks skrzywił się na te słowa. Wiedział doskonale, że to prowokacja. Podczołgał się ze środka pomieszczenia pod ścianę i oparł o miękką wykładzinę. Chciał powiedzieć, że niczego się nie boi, że rozumie. Wpadł jednak w jakiś stan apatii i postanowił czekać na rozwój sytuacji. Domyślił się, że śledczy ze stołecznej komendy uzyskali informacje o jego włamaniach na własną rękę, a wiedząc, że Aleks jest doświadczonym złodziejem, z bagażem ośmiu lat więzienia, łatwo wymuszą przyznanie się do winy. Znał różne metody przymusu. Uzbrojony w wiedzę, że w życiu wszystko jest możliwe i nie należy niczego ani nikogo wykluczać, uznał, iż opracowano jakiś nowatorski sposób wydobywania z ludzi informacji. Teraz podczas przesłuchania będą testować go na nim.

Nie miał zamiaru ułatwiać pracy organom ścigania. Jednak nagle wpadł w popłoch.

– Kim pan jest? Gdzie pański identyfikator? – rzucił pytanie chudzielcowi w todze.

– Jestem reformatorem. Jako Jan Kalwin pana nie oskarżam. Na razie nikt pana nie oskarża. Jestem przekonany, że jest pan osobą zrównoważoną, rozsądną i za chwilę wyjaśnimy sobie wszystkie tajemnice. Dla pewności, że rozumie pan, z jaką materią mamy do czynienia, przypomnę jeden z ustępów kodeksu karnego. Myślę o paragrafie o trójcy jedynej: „Kto rozwiesza reklamy z informacjami bez logicznej struktury, naraża się na bezpowrotną utratę części swojej pamięci”. A bez pamięci – ironizował – nawet jej części, kim pan będzie? Jak pan się wtedy określi? Do czego się pan odwoła?

Popłoch Aleksa zmienił się nagle w paniczny strach. Był jednak z natury wojownikiem i łatwo się nie poddawał. Zerwał się na nogi z przywiązanymi rękami do tułowia. Zajął wyzywającą pozę i krzyknął gniewnie:

– W dupie mam waszą pamięć! Niektórzy od wieków chodzą do pańskiego ogołoconego kościoła i co? Stracili swą tożsamość? Stracili swoją wiarę? Nie potrzebują żadnych obrazków czy cudów na kiju! Wody z mózgu mi nie zrobicie!

Nagle zamilkł. Jakaś dręcząca myśl zaburzyła mu tok rozumowania. Poczuł narastający lęk. Jego analityczny i dociekliwy umysł dostrzegł skazę w tym, o czym mówił. Wychwycił sprzeczność i powiedział sam do siebie:

– Przecież nie mogę wyznać tego, co dopiero nastąpi?!

Próbował przypomnieć sobie, czy informacje o Janie Kalwinie zdobył teraz, w czasie kuracji odwykowej w szpitalu tworkowskim, czy wcześniej? Przed 1989 rokiem czy po nim.

– Przecież to niemożliwe – powiedział sam do siebie. – Wtedy nie miałem jeszcze pojęcia…?!

Słowo „wtedy” poraziło go jak prąd elektryczny. Na chwilę stracił równowagę. Czuł się jak patyk na wzburzonej wodzie.

– Proszę się nie upierać i spojrzeć na swoją oraz moją sytuację ze współczuciem – odezwał się Kalwin. – Pan dostanie wilczy bilet i zamiast zbawiony będzie pan potępiony.

W jednej chwili strach, napięcie, niedowierzanie, bicie się z myślami ustąpiły. Porównanie do patyka na wodzie było bardzo odpowiednie do stanu, jaki nim owładnął. Patyk powoli opadał na dno.

Pokorny, skruszony i bez energii w głosie Aleks odezwał się do mężczyzny:

– OK. Przyznam się do wszystkiego, ale muszę coś wychlać.

– Nie tak szybko. Na to trzeba zasłużyć. Najpierw musi pan dośnić do końca swój sen.

Przesłuchujący wyciągnął do Aleksa rękę i łagodnym ruchem zamknął mu oczy. Aleks drgnął. W ich dłoniach zobaczył kamienie. Wiedział dla kogo są przeznaczone. Mógł uciec, odwrócić się, zbiec po schodach w dół, ale tego nie zrobił. Na ich twarzach wymalowane były jednoznaczne intencje. Poczuł przeszywający ból od pierwszego uderzenia.

Wstęp | Data umierania | Połówka | Tajemnica | Astrolabium | Szeptunka | Trzej królowie | Kukułeczka | Kot | Monit | Cmentarz

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz