Dzień kobiety

Bardzo chciała mówić o sobie, o tym co ją boli, co się z nią dzieje, kiedy przepełnia ją radość albo dopada smutek, gdy tęskni za czymś, co nazywała dobrem, miłością, matczynymi uczuciami. Ilekroć jednak otwierała usta by coś powiedzieć, głos wiązł jej w gardle i tyle z tego było.

Bardzo nie lubiła siebie za to. Gdyby naprawdę była gamoniem albo miała stwierdzoną ułomność intelektualną, może nie bolałaby nad swoją nieśmiałością, ale według własnej oceny miała potencjał i nic nie stało na przeszkodzie, by mówić głośno o tym, co w jej duszy gra.

Lubiła napić się wieczorem. Robiła sobie drinki. Może czasem było ich za dużo, ale tylko wtedy potrafiła mówić o swoich uczuciach. Wiedziała jednak, że alkohol, owszem, ośmiela ją, rozwija jej skrzydła, ale jednocześnie niszczy, pozostawiając po sobie pustynię. Przekonywała się o tym codziennie po przebudzeniu z pustką w głowie, ze strachem i poczuciem, że świat jest do niczego.

Wiele razy próbowała przechytrzyć swoją nieśmiałość. Rano piła kawę z koniakiem. Tak wzmocniona przekonywała się, że istnieje sposób, jak uniknąć skutków zatrucia alkoholowego. Przyjaciółka zdradziła jej sekret. Powiedziała, że równowagę psychiczną i fizyczną można zachować tylko wtedy, gdy intensywnie uzupełnia się elektrolity w organizmie.

Zaczęła kupować suplementy diety i wspomagała nimi swój organizm. Może przez pierwsze kilka tygodni czuła się lepiej. Może? Tak jej się zdawało, ale było to jedynie działanie chwilowe, coś w rodzaju placebo, by podtrzymać dobry nastrój. Po jakimś czasie wszystko wracało do normy, to znaczy braku normy, bo było coraz gorzej, coraz ciemniej. Zamiast przybywać dobrego samopoczucia, przybywało depresji.

Postanowiła coś z tym zrobić. Poszła na wizytę do psychiatry. Dowiedziała się wtedy, że może mieć problemy z alkoholem. Nie wykluczyła takiej możliwości. Nie zaczęła od wypierania faktów. Myśl, że jest chora, że jest alkoholiczką, przyniosła jej nawet ulgę. Podczas wizyty próbowała powiedzieć o tym, ale po raz kolejny coś się w niej zablokowało i nie pozwalało wyrazić, jak bardzo boli ją w środku.

Na pytania psychiatry odpowiadała rzeczowo, logicznie i rozumnie. Mówiła, ile pije. Jak pije. Umiała rozpoznać i nazwać te chwile, które specjaliści od uzależnień nazywali krytycznymi momentami, które powodują, że zamiast pójść na spacer, odetchnąć pełną piersią, wybiera się drinka. Zwierzyła się też ze swojej niedyspozycji psychicznej, jak nazwała nieumiejętność mówienia o uczuciach.

Lekarka zaproponowała jej, by napisała o tym. Ucieszyła się. Przez dwa tygodnie przygotowywała się do kolejnego spotkania z psychiatrą. Wreszcie, gdy uznała, że jest gotowa, że praca przygotowana jest na odpowiednim poziomie, zadzwoniła i poprosiła o spotkanie.

Psychiatra nie robiła żadnych problemów, ale dała jej do zrozumienia, że tym razem pacjentka nie może być pod wpływem.

Zrozumiała aluzję. Podczas pierwszej wizyty była po kawie z koniakiem. Bez odrobiny alkoholu nigdy by się nie odważyła na ten krok. Zgodziła się. Przystała na warunek. W sytuacji, gdy była przygotowana, miała wszystko zapisane, mogła się mierzyć nawet z samym diabłem.

Umówiła się na wizytę. Wszystko działo się zgodnie z planem. Był ósmy marca. Stwierdziła, że ma pecha. Uznała, że o tej porze słońce powinno grzać mocniej. Więc dlaczego padał śnieg? Do swojego wyobrażenia o tym, co powinno być, a czego nie powinno, dorzuciła ogólne refleksje na temat globalnego ocieplenia i o niszczącym wpływie działania człowieka na pogodę. Tyle ostatnio słyszała w telewizji o tym. Frustrowała się z tego powodu.

Zastanawiała się, jak dotarła do przychodni. Weszła do gabinetu. Powiedziała dzień dobry. Usiadła naprzeciw lekarki. Chciała coś powiedzieć, żeby się uspokoić i oswoić z sytuacją, ale stwierdziła, że szkoda czasu. Położyła swoją pracę na biurku.

Zdawało jej się, że lekarka jest w tym samym nastroju co ona. O nic nie pytała, jakby na coś czekała. Sięgnęła po spięte kartki. Przeczytała pracę i… Przestała robić cokolwiek.

Pacjentka była przekonana, że zacznie się omawianie tego co napisała, że zostanie pociągnięta za język, bo nigdy sama z siebie nie potrafiła mówić o sobie bez wspomagania. Owszem, jak z nut szło jej mówienie o sprawach codziennych, błahych, o drożyźnie, złej pogodzie, braku pieniędzy, dolegliwościach, chorobach ciała i receptach, jak im zapobiegać. Uwielbiała krytykować ludzi, którzy mieli od niej inne zdanie, których nie lubiła.

Siedząc naprzeciw milczącej psychiatry czuła się skrępowana i speszona. Zastanawiała się, o co jej chodzi i dlaczego prosiła ją o napisanie, a raczej wyrażenie swoich uczuć na papierze, skoro teraz nie zamierzała się do nich odnieść. Wpadła w popłoch. Myślała bez ładu i składu. Zaczęła przekonywać siebie, że ma przed sobą zmęczoną kobietę, która pracuje na kilku etatach i nie ma siły na rozmowy z kimś kolejnym, który nie rokuje, który, który, który…

Zagubiła się w domysłach. Poczuła złość. Przyszła po to, by się dowiedzieć, co jej pomoże, ulży, da odpowiedź, której szukała od wielu lat bez skutku.

– I co pani o tym sądzi? – zapytała lekarkę czując, że kolejna chwila ciszy doprowadzi ją do rozstroju nerwowego.

– W sytuacji, w której znalazłyśmy się obie, większe znaczenie ma to, co pani o tym sądzi. Tak przy okazji, czy wie pani, co powinno się za chwilę wydarzyć?

Oczywiście wiedziała, to znaczy spodziewała się tego. Czekała na uwagi lekarki na temat swojej pracy. Starała się. Męczyła. Włożyła wszystkie umiejętności w przygotowanie tekstu o własnych uczuciach. Uważała, że usłyszy coś, co pozwoli jej dokonać wyboru. Chciała znaleźć sposób, by poprawić swój nastrój, swoje bycie w świecie i bycie z sobą.

– Czekam na pani ocenę – zaczęła mówić do lekarki. – Sądzę, że to powinno się wydarzyć.

Lekarka niespodziewanie powiedziała, że na dworze jest już ciepło, że śnieg stopniał, że jest południe i niezależnie od tego, czy jest taka, czy inna pora roku, czyjekolwiek żądanie zaburzy jedynie tego, który żąda, a nie pogodę. Po czym wstała i wyszła z gabinetu.

Kobieta została sama. Wpadła w furię. Zerwała się z krzesła. Zdawało jej się, że w coś uderza. Poczuła na brzuchu intensywne ciepło. Na kołdrze, którą była przykryta, zobaczyła przewrócony śniadaniowy stolik. Rozlana kawa zaczęła parzyć ją w skórę. Zapach arabiki mieszał się z aromatem koniaku.

Przyglądając się przewróconemu wazonikowi z żółtym tulipanem przypomniała sobie, że dziś jest ósmy marca. Powoli dotarło do niej, że mąż, chcąc zapewne zrobić jej niespodziankę, przygotował śniadanie do łóżka. Usłyszała jego głos.

– Coś złego chyba ci się śniło? Nie martw się, posprzątam. Czy wszystko dobrze? Włączyłem telewizję. Zobacz, leci twój ulubiony film „Śniadanie u Tiffaniego”.

Chciała powiedzieć mężowi, że słowo „dobrze” jest jedynie namiastką tego, co czuła, ale nie znajdując odpowiedniego słowa, stwierdziła, że jest tak, jak powinno być. Wstając z łóżka rzuciła ni to do siebie, ni do męża, że kawę wypije dzisiaj bez koniaku, ponieważ jest umówiona na spotkanie z lekarką.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz