Którą częścią ciała się kocha?

Po otrzymaniu od prokuratora trzech miesięcy sankcji i wylądowaniu w areszcie śledczym nie przyszło mu do głowy, że powodem jego sytuacji, może być alkohol.

Jako tymczasowo aresztowany, szybko się nauczył, co należy zrobić, by choć na chwilę oderwać się od monotonii sankcyjnego życia. Postanowił chodzić w każdą niedzielę do więziennej kaplicy.

Zaczął obwieszczać wszem i wobec, że jest bardzo wierzącym człowiekiem, że bez Boga żyć nie może, i że zgrzeszy, nie uczestnicząc w nabożeństwie niedzielnym. Zgłosił zapotrzebowanie. Otrzymał zgodę i takim sposobem, oprócz codziennego, godzinnego spaceru, raz w tygodniu chodził się modlić.

Po trzech miesiącach sankcji i po wyroku skazującym wywieźli go do zakładu karnego. Po zakwaterowaniu w celi oddziałowy zaprowadził go do wychowawcy w stopniu porucznika Służby Więziennej. Taki był przepis. Każdy nowy skazany musiał się stawić przed obliczem wychowawcy.

Po zameldowaniu porucznik bez ceregieli i żadnych wstępów, zapytał go, czy chciałby się leczyć, nauczyć się trzeźwego życia. Odniósł się do propozycji niechętnie. Milczał jednak. Wiedział, że szczerość nie popłaca, bo zwykle źle się to dla niego kończyło. Przyczaił się więc w sobie. W locie skalkulował, że propozycja leczenia może być pewnym urozmaiceniem, a nawet przynieść wymierne korzyści. Boleściwym tonem głosu podzielił się z funkcjonariuszem refleksją. Powiedział mu, że od dawna zastanawiał się nad swoim życiem, że zauważa szkodliwe działanie alkoholu i chce coś z tym zrobić, ale nigdy nie wiedział jak się za to zabrać.

– To może zaczniecie chodzić na mityngi Anonimowych Alkoholików – zaproponował wychowawca. – Mamy tutaj grupę ludzi, którzy, tak jak wy, chcą wyjść na ludzi, więc jak zastanowicie się i zdecydujecie…

Nie dał mu dokończyć. Skojarzył, że swoją postawą, chęcią poprawy może wiele zyskać. Skruszonym głosem, powiedział, że nie zamierza dłużej czekać, bo każda zwłoka, to pogorszenie jego sytuacji. Śmiał się w duchu z naiwności porucznika, co, jak sądził, będzie jego kartą przetargową podczas starań o skrócenie wyroku.

Zaczął uczęszczać na mityngi AA. Poznał tam faceta, który był liderem grupy. Przypadł mu do serca. Obserwował go. Pierwszy raz w życiu zobaczył człowieka, który robił coś bezinteresownie. Tak mu się przynajmniej wydawało. Zaufał jego słowom, jego pewności i jego radom, że tylko trzeźwe życie może przynieść radość. Coś w nim się zmieniło. Dotychczasowy cynizm, który nieustannie mu towarzyszył, przekształcił się w rodzaj uczucia, które pozwalało ufać. Zaczął wierzyć, że mimo przeciwności losu, walki o to, by mieć na opłaty, na rozrywki, na dom, na zabezpieczenie materialne przyszłości rodziny, można robić też coś bez oglądania się na własne korzyści.

Po odsiedzeniu dziewięciu miesięcy kary stanął przed sądem penitencjarnym wraz z kolegą, liderem grupy AA. Obaj otrzymali upragnione, warunkowe zwolnienia.

Przedterminowo wypuszczeni na wolność, skazani znaleźli się za murem. Na dworcu PKP, w miejscowości, w której znajdował się Zakład Karny, jego przyjaciel, lider grupy AA, w jakimś sensie wzór do naśladowania, zapytał go nagle: „To co pijemy”?

W pierwszej chwili słowa kolegi-przyjaciela zwaliły go z nóg. Chciał mu zarzucić dwulicowość, zakłamanie, obłudę. Zamierzał mu powiedzieć, żeby spierdalał, zostawił go w spokoju, że nie chce mieć z kimś takim do czynienia. Lecz znów coś mu podpowiedziało, że szczerość nie popłaca, bo zwykle źle się to dla niego kończyło.

Pomyślał, że wypicie browaru na dworcowej ławce, nie będzie końcem świata. Do odjazdu pociągu miał sporo czasu.

Wrócił do domu pijany. Kolejne dni stały się pasmem awantur i interwencji policji. Straszyli go, że jak będzie zakłócał porządek, kurator zabierze mu warunkowe zwolnienie. Wreszcie postawili go przed wyborem: albo idzie na zamkniętą terapię, albo wraca do więzienia. Wybrał odwyk.

Przeżył szok po pierwszej rozmowie z przydzielonym mu terapeutą Andrzejem Wydrą. Tłumaczył konowałowi, że kocha swego synka, swoją żonę, a ten mu opowiedział, że gdyby tak było, to by nie chlał, więc takie gadki może zostawić sobie dla koleżków z więzienia.

Odpowiedział mu szyderczo, że taki terapeuta, to ni pies ni wydra, coś na kształt świdra. Chciał lekarzowi w ten sposób dokuczyć, ale ten nie zareagował. No to mu powiedział, że jak wspomina sobie rodzinę, to za nimi tęskni, ma wyrzuty sumienia i chce mu się płakać.

– I zaraz pan mi powie, że to jest miłość? – usłyszał rzeczowe pytanie.

– Tak, kocham swoją rodzinę – prawie krzyczał.

– Więc niech pan powie – tym samym spokojnym i rzeczowym głosem dopytywał pacjenta – którą częścią ciała pan kocha?

– Jak to częścią? – wrzasnął nie nie dowierzając temu, co usłyszał.

– Ma pan różne części. Głowę. Serce. Penisa. I jeszcze kilka. No, którą?

Odebrało mu głos. Po chwili namysłu znalazł odpowiedź, ale wyjaśnienie, że kocha się całym sobą, wydało mu się głupie. Wiedział, że ma przed sobą faceta inteligentnego, kutego na cztery kopyta, który miał do czynienia z niejednym pijakiem i pijaczką i słyszał ich różne głodne kawałki.

Znów poczuł, że dzieje się z nim coś dziwnego. Miał wrażenie, że siedzący przed nim terapeuta, nie jest cynikiem i nie znalazł się po to, by odfajkować kolejnego pacjenta i zainkasować za to premię. Przyznał mu rację. Pytanie wydało mu się zasadne, bo jak został warunkowo zwolniony i wypił ileś tam browarów i nagle zapragnął seksu… Wtedy poszedł do agencji towarzyskiej. Tylko jedno pytanie przyszło mu do głowy: jak i czym wtedy kochałem swoją rodzinę?

Skrzywił się z obrzydzeniem na myśl, że mógł uprawiać miłość za pomocą penisa. Szali goryczy dopełniła refleksja, że w ogóle miłość nazywa się jakimś uprawianiem.

Przez dziewięć miesięcy odbywania wyroku, chodząc na mityngi AA zaczął odkrywać świat swoich uczuć. Zrozumiał, że dotychczas traktował wszystkich i wszystko instrumentalnie, łącznie z żoną i ukochanym synkiem. Był przekonany, że życie jest nieustanną walką, a on sam jest zlepkiem emocji i reaguje pod dyktando swoich przyjemności.

I nagle, siedząc naprzeciw jakiegoś obcego faceta, jakiegoś terapeuty, który był mu obojętny, dowiaduje się, jak bardzo jest roztrzaskany i jak nisko upadł. Jedno pytanie, pozornie absurdalne, spowodowało, że coś się w nim załamało. Ale tym razem czuł, że nie jest to załamanie, które prowadzi do rozpadu. Chciał się upewnić, czy właśnie tak jest.

Zapytał terapeutę bez cienia cynizmu ani szyderstwa, o to, czy on sam wie, którą częścią ciała tak naprawdę się kocha.

Lekarz uśmiechnął się do niego życzliwie i odpowiedział:

– Nie wiem. Ale jak razem się nad tym zastanowimy, zapewne się dowiemy.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz