Sesja w garderobie

Wieczorami zaczął dopadać ją smutek. Chciało jej się płakać. Wstydziła się łez. Ona, ta, która ukończyła dwumiesięczną terapię, która czuła się taka silna i radziła sobie na oddziale doskonale, nikomu nie dając się skrzywdzić, nagle, po roku bez alkoholu, stwierdziła, że to wszystko nie miało sensu.

Po pracy odbierała dziecko z przedszkola. Wracała do domu zadowolona. Trzeźwa przestała gardzić sobą, uznawać siebie za złą matkę, za złego człowieka.

Niczego jej nie brakowało. Była wykształconą kobietą, miała pracę, dobrze zarabiała, a jednak, po roku szczęśliwego życia, kiedy odbudowała relację z mężem, kiedy awansowała w pracy, znów zaczęto się z nią liczyć, nagle dopadł ją niewysłowiony smutek.

Próbowała zapobiegać przygnębiającym nastrojom. Nie chciała, aby domownicy widzieli ją zgaszoną. Była ambitna. Pokazywanie swojej słabości uważała za niegodne siebie.

Wróciła do praktyk, których nauczyła się podczas terapii. Dni na oddziale, kiedy przygotowała się z innymi pacjentami do zajęć słuchając dźwięków płynącego strumienia, kiedy była skupiona, wspominała z radością. Były to cudowne chwile. Muzyka tonowała ją, przywracała równowagę.

Zaczęła medytować w skupieniu przy muzyce. Była pewna, ze znajdzie sposób, który pozwoli pozbyć się przeszłości, zapomnieć ją, wymazać z pamięci. Niczego to jednak w niej nie zmieniało. Smutek z dnia na dzień się pogłębiał. Zaczęła być zła na siebie. Przekonywała się, że jest istotą duchową, że drzemie w niej moc. Terapeutka powiedziała jej, że jeśli duchową moc nauczy się kontrolować, wtedy będzie szczęśliwa.

Ale szczęście nagle gdzieś się zapodziało. Coś bardzo głęboko, w niej, uwierało ją, nie dawało spokoju. Znów zaczęła sobie zarzucać, że jest złą matką, że jest niegodną żoną, w ogóle złym człowiekiem. Była pewna, że porzucając dawne życie, rozstając się ze swoją przeszłością stała się od niej wolna.

Wstawała w nocy i zamykała się w garderobie. Nie chciała, by domownicy usłyszeli jak płacze. Łzy przynosiły jej ulgę, ale nadal czuła do siebie wstręt za swoje przeszłe, pijane życie. Na myśl jak była podła, jak raniła bliskich i jakich dopuszczała się niegodziwości coś się w niej kurczyło, zamykało i chciało za wszelką cenę zepchnąć w niebyt.

Bywały dni, że ledwie mogła powstrzymać się od sięgnięcia po alkohol. Ale poczucie, że jest kimś wyjątkowym, że stać ją na więcej od innych, powstrzymywało nawałę alkoholowego pragnienia. Wiedziała jednak, jaki będzie wynik tej walki.

Ona pragnęła wolności, takiej, którą czuła podczas terapii, która sprawiała, że czuła się szczęśliwa. A kiedy okazało się, że tę jej wymarzoną wolność coś więzi, popadała w coraz większe przygnębienie.

Podczas kolejnej, nocnej sesji w garderobie, czując narastający smutek dostrzegła, że wcale nie chodzi o smutek. On był wynikiem jej frustracji. Z jednej strony pragnęła wolności, ale jak ona miała się pojawić, skoro raz po raz czuła niechęć do siebie? Skąd zatem ta niechęć bierze się we mnie? – zapytała.

A może jest tak – pomyślała. – Że wyobrażam sobie, że jestem Bóg wie kim i ten obraz mnie wspaniałej, kłóci się ze złym obrazem mnie z przeszłości. Może o to mam pretensje do siebie, że ani myślę przyznać się przed sobą, jaka jest prawda, bo za wszelką cenę chcę utrzymać obraz siebie tej najlepszej.

Wtedy zobaczyła jak bardzo się boi. I nie był to lęk o to, co robiła w nietrzeźwym życiu. Nie był to też lęk, o to, czy zdoła wymazać wspomnienia – mogła je jedynie zaakceptować. Bała się, że będzie musiała stanąć sama z sobą w twarz i stwierdzić, że piedestał, na którym się ustawiła, jest powodem jej upadków.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz