Garnek wina

Miał wtedy 13 lat. Ledwie dojechali na wigilię do babki.

Na przystanku czekali 30 minut na autobus. Później brnęli nieodśnieżoną ulicą Kamelskiego. W latach 70-tych XX wieku nikt nie przejmował się odśnieżaniem. Nie było przepisów. Nie było Straży Miejskiej. Jak napadało, śnieg sięgał do kolan i trzeba było się przez niego przedzierać.

On, jego matka i ojciec weszli do domu dziadków zmarznięci. W korytarzu pachniało choinką, kapustą i świecami. W pokoju, przy stole, siedzieli już jego wujek, ciotka i ich syn. W rogu stał świerk przystrojony bombkami, łańcuszkami i anielskim włosiem.

Nie lubił rodzinnych uroczystości. Z Mikołaja wyrósł. Nie wierzył w brednie dorosłych. Usiadł przy stole i milczał. Tak upłynęły mu dwie godziny kolacji wigilijnej.

Po jedzeniu i piciu, jak to bywa, trzeba w którymś momencie iść do łazienki. Poszedł. W korytarzu natknął się na podchmielonego dziadka. Chciał go ominąć, ale ten zagrodził mu drogę i powiedział. – Jesteś mój wnuk. I w dodatku dorosły. Trzeba to jakoś uczcić.

Spodobały mu się słowa dziadka. Był dorosły. Wiedział o tym. Nie wiedział jednak, co mogłoby oznaczać uczczenie tego faktu. W łazience długo nie zabawił.

Dziadek na niego czekał. Obaj poszli do korytarzyka łączącego sypialnię z kuchnią. Znajdowała się tam drabina prowadząca na strych. Dziadek wręczył mu litrowy emaliowany garnek i poprosił go, by utoczył wina ze szklanego balonu. Bez problemu wywiązał się z zadania. Wrócił z naczyniem wypełnionym do połowy.

Nie pamiętał powrotu z rodzicami do domu. Stracił świadomość. Myślał, że urwany film, wycięty epizod z jego życiorysu był jednorazowym incydentem. Dwa dni chodził otępiały. Ojciec śmiał się z niego, że ma słabą głowę. Od nikogo nie usłyszał przygany, nikt mu nie powiedział, że picie jest złe i prowadzi do destrukcji.

Zapamiętał tamtą wigilię na długie lata. Wspierał się myślą, że został wtedy zaakceptowany, uznany za dorosłego. Ilekroć dopadały go problemy, sięgał po alkohol, który kojarzył mu się z tamtym garnkiem wina. Wszystko stawało się pozornie proste.

Kilka lat borykał się z chorobą. Po roku trzeźwości ożenił się. Na świat przyszedł syn, i tak jak on, jego dziecko w którymś momencie obchodziło 13 urodziny. Czy to zrządzenie losu, złośliwość rzeczy martwych, a może jakieś nierozwiązane zaszłości rodzinne sprawiły, że syn wrócił ze szkoły nietrzeźwy.

Następnego dnia tłumaczył dziecku, czym jest alkohol w życiu człowieka i jakie są skutki jego nadużywania. Kategorycznie stwierdził, że w ich domu się nie pije i nikt picia nie toleruje.

Na niewiele się to zdało. Syn miał kolejne wpadki. Próbował to sobie jakoś wytłumaczyć. Rozumiał, że jego syn jako nastolatek pragnie akceptacji rówieśniczej, że naśladuje wzorce przenoszone z pokolenia na pokolenie. On też był szczęśliwy, kiedy dziadek powiedział mu, że jest dorosły.

Teoria teorią, ale widział jak destrukcyjny wpływ mają takie złe wzorce i zamierzał pomóc synowi. Pokazać mu, że tylko trzeźwe życie daje radość i sprawia, że człowiek czuje się szczęśliwy.

Zwrócił się do terapeuty od uzależnień młodzieży. Wiedział, że jedna rozmowa syna ze specjalistą nie wystarczy. Aż nadto dobrze znał zakamarki ludzkiej duszy. Liczył się z tym, że syn będzie musiał iść na terapię, tak jak on.

Zaczął działać. To sprawiło, że na nowo zobaczył samego siebie jako nastolatka. Swoje wchodzenie w dorosłość, fascynacje erotyczne, parcie do tego, by za wszelka cenę być takim jak kolega ze starszej klasy, który w szkole uchodził za najważniejszego i najsilniejszego.

Przy tym odkrył rzecz, jak mu się zdawało, fundamentalną, najważniejszą dla niego. Mimo, że od dawna nie pił, tak naprawdę czuł, że coś zostało w nim z przeszłości, co niepokoi jego duszę. Terapie indywidualne, grupowe, wyjazdy trzeźwościowe postawiły go na nogi, pozwoliły uwolnić się od nałogu, były niejako pierwszym krokiem, budowaniem fundamentu, nabywaniem zdolności do radzenia sobie w trudnych sytuacjach.

Chodząc na mityngi Anonimowych Alkoholików, rozmawiając tam o modlitwie, medytacji, Bogu czuł, że przepełnia go radość. Ale po czasie pojawiały się wątpliwości. Drobne niepowodzenie w pracy potrafiło go wytrącić z równowagi. Złościł się, gdy uznał, że uwaga kolegi jest nieodpowiednia.

Bardzo chciał, aby przez modlitwę i medytację, tak jak o tym mówi 11 Krok AA, poprawić swój świadomy kontakt z Bogiem tak jak Go rozumiał. Wyobrażał sobie, że Bóg jest siłą, która przekracza wszelkie granice i bariery.

Myślał, że jest przebudzony duchowo, ale codzienna praktyka pokazywała, że jest inaczej. Przyłapywał się na tym, że ilekroć myślał o Bogu, jedyne co potrafił, to opisać go słowami, a ta praktyka niewiele miała wspólnego z przekraczaniem granic. Co więcej, była bardzo podobna do tego, co przeżywał w szkole podstawowej, gdy chciał za wszelką cenę być taki, jak jego starszy kolega.

Odkrycie tej prawidłowości wstrząsnęło nim. Zobaczył, że wciąż wyznaczał cele, które chciał za wszelką cenę osiągnąć. Tylko czym są owe cele? – zapytał siebie. – Wyobrażeniami, za którymi się uganiam? Wciąż zmieniającymi się pragnieniami, które niezaspokojone domagają się garnka wina?

Autorka akwareli: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz