Rozlane wino

Minęło pięć lat abstynencji Antoniego. Był dumny z siebie. W Socjusie odbyła się uroczystość z okazji jego piątki na trzeźwo. Kiedy wrócił z żoną do domu ze spotkania, powiedziała mu, że nigdy dotąd nie była tak szczęśliwa. Chwaliła męża za to, że dał radę. Wspomniała, że wierząc w siebie można dokonywać rzeczy niemożliwych. On puszczał to mimo uszu.

Nagle zwątpił w swoje osiągnięcie. Ostatnie pięć lat wydały mu się stracone. To ulotne wrażenie zasiało w nim wątpliwości. Podważyło sens trzeźwej drogi.

Kolejne dni pogarszały jego samopoczucie. Chodził milczący. Zagadnięty przez żonę, odburkiwał jej. W pracy chodził jak struty. Wolny czas poświęcał na wyszukiwanie w Internecie informacji o tak zwanym high life. Starał się w wyobraźni zobaczyć siebie pośród wytwornego towarzystwa, a następnie bywającego w wielkim świecie. Doszedł do wniosku, że jest jak nędzny robak, którego życie sprowadza się do pracy, powrotów z niej, siedzenia przed telewizorem, odwiedzania czasem stowarzyszenia i do jakichś tam, nic nie znaczących, wyjazdów trzeźwościowych, raz albo dwa razy w roku.

Im jego nastrój się pogarszał, tym częściej przychodziły mu do głowy różne pomysły. Zamierzał pojechać do markowego sklepu i kupić dobre wino. Nosił się z zamiarem, by zamówić stolik w najlepszej restauracji w mieście, zjeść obiad i pobyć trochę z ludźmi, którzy potrafią czerpać radość z życia.

Mimo walk wewnętrznych, rozterek i złego samopoczucia, udawało mu się przywoływać do porządku. Tłumaczył sobie, że jak pójdzie się pocieszać, poprawiać nastrój high lifem, ranek zaskoczy go boleśnie, a wielki świat zapadnie się w niebyt. Sięgnął nawet do swojego dzienniczka sprzed pięciu lat, który prowadził podczas dwumiesięcznej terapii. Przeczytał w nim:

„Też kiedyś wyznaczałem cele. Wyobrażałem sobie siebie wspaniałego, żeby pokazać światu, jaki gość świetny jestem i na jak wiele mnie stać. Po rozmowach w grupie widzę, że nigdy wyobrażonego celu się nie osiąga i nigdy nie skroję siebie do własnych wyobrażeń, bo w tym parciu wciąż się modyfikuję i wciąż chcę mieć więcej i lepiej. Więc jak nie wychodzi (bo wyjść nie może i nigdy nie wychodzi) to mówię sobie: świat mi się wali; nic mi się nie układa; wszystko jest do dupy. Zaraz po tym robiłem krok w bok, żeby mimo wszystko znaleźć pocieszenie. Dwukrotnie rozstawałem się z żoną. Odsuwałem ją na bok. Myślałem, że to coś zmieni. A to było kolejne pocieszenie. Przybywało na chwilę optymizmu, bo wyobrażałem sobie, że w tym nowym wariancie życia będzie cudowniej. Co to za czyny? – pytam siebie. Umiem kopnąć w dupę najbliższych. Podobnie było ze znajomymi. Ich też wymieniałem. Opowiadałem im kolejną wersję o swojej krzywdzie, o swoim zawaleniu się świata. A później lądowałem w knajpie. Kelnerka przynosiła alkohol. Po pierwszym łyku świat się pomału odbudowywał. Nabierałem równowagi. Po kolejnych wódkach zjawiali się nowi przyjaciele. Słuchali mnie. Rozumieli. Przytakiwali, a nawet użalali nad moim losem i śmiali się w twarz pesymistom, którzy kopali depresyjne doły. A rano? Alkohol we krwi przekształcał się w truciznę. Optyka i samopoczucie się zmieniały”.

Mimo doświadczeń, pewności tego, co się stanie, gdy pójdzie kupić wino i wypije je, nawet najdroższe i najlepsze na świecie, wiedział, że kolejny dzień będzie zawsze gorszy od poprzedniego. High life niczego w tej kwestii nie zmieniał i Antoni dobrze o tym wiedział. Mimo to kupił wino w markowym sklepie. Poszedł do parku. Usiadł na ławce i zamyślił się. Postanowił jednak usprawiedliwić swój wybór. Nie chciał mieć siebie na sumieniu. Zdał się na opatrzność, na zrządzenie losu.

Wymyślił, że jeśli zostawi wino na ławce, zrobi rundkę biegiem alejkami i po powrocie butelka będzie stała na miejscu, będzie to dla niego znak, że wino jest mu pisane.

Jak wymyślił, tak zrobił. Ruszył ostro, żeby jak najszybciej wrócić. Park był ogromny, ze starodrzewem, pamiętający pierwszą wojnę światową. Po pięciu minutach Antoni zasapał się. Złapała go kolka. Zatrzymał się, żeby odpocząć. I nagle zobaczył małą kapliczkę, przyczepioną do grubego dębu. Spojrzał na nią i się skrzywił.

Wzdragał się na myśl, że jakiś tam Bóg jest w niebie, kieruje jego losem, wyznacza kary za grzechy, a pobożnych umieszcza w komfortowych warunkach. Religię uważał za ideologię. Bliższa my była nauka, która mówiła o polu kwantowym, obecnym wszędzie i działającym wszędzie.

Gdy odpoczął, gdy minął ból w boku ciała, spojrzał ponownie na kapliczkę. Odezwała się w nim tęsknota, za czymś, co, jak mu się zdawało, zna, ale nigdy nie potrafił tego wyrazić. Było to uczucie, pojawiające się w nim niekiedy, dające znać o sobie w niespodziewanych sytuacjach.

Patrząc na kapliczkę odniósł wrażenie, że stan, w którym się znalazł, jest tęsknotą za brakiem cierpienia. Rozejrzał się wkoło. Zdawało mu się, że jest na grupie terapeutycznej, że drzewa są jego koleżankami i kolegami z zajęć. Przypomniał też sobie książkę, w której przeczytał, że słowo „religia” oznacza ponowną więź. Tylko z kim? – zapytał. Z samym sobą?

Nagle poczuł, że musi natychmiast wrócić do swojej ławki z winem. Puścił się biegiem. Dotarł na miejsce przekonany, że butelki tam nie będzie, że opatrzność, ręką bezdomnego, albo spacerowicza, podejmie za niego decyzję.

Ani bezdomny, ani nikt inny wina nie zabrał. Ku swemu zdumieniu Antoni nie czuł się rozczarowany i wcale nie szukał odpowiedzi na dręczące pytania. Otworzył butelkę. Ruszył wzdłuż krawężnika alejki i wylewał powoli wino. Gdy butelka była pusta włożył ją ostrożnie do kosza na śmieci.

Ciekawy jestem, co powiedzieliby na grupie? – pomyślał.

Uśmiechnął się idąc w stronę domu. Czuł, że wszyscy jego znajomi z terapii byliby zdania, że ponowna więź czyli religia, na pewno nie ma nic wspólnego z piciem.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz