Katarzyna

Poznałem ją na spotkaniu grupy Anonimowych Alkoholików w Socjusie. Był rok 2013. Oboje kończyliśmy terapię tego samego dnia.. Zapamiętałem ten dzień. Siedziała obok mnie i zabrała głos. Wysłuchałem jej krótkiej wypowiedzi, ale niewiele z niej zapamiętałem. Dopiero gdy jedna z obecnych osób, chyba koleżanka Katarzyny, powiedziała, że cieszy się z tej wypowiedzi ponieważ…

Wtedy zwróciłem uwagę na Katarzynę. Chyba dlatego, że w jakiś sposób utożsamiłem się z nią. Również, tak jak ona, uważałem się za nieśmiałego człowieka i bardzo chciałem coś powiedzieć, ale wtedy byłem przekonany, że cokolwiek powiem, będzie niemądre. Właśnie o tę nieśmiałość zapytałem Katarzynę. Jak ona sobie z nią radziła przez ostatnie dziesięć lat.

Wydaje mi się, tak jak wtedy, że nieśmiałość jest Twoim atutem, choć mam wrażenie, że jesteś innego zdania. Czy mam rację?

Spotkanie, o którym wspomniałeś…? Niewiele z niego pamiętam. Na pewno mogę powiedzieć, że wtedy byłam nieśmiała. Po 11 latach niepicia i trzeźwienia, to nadal jest we mnie. Może nie tak na wierzchu, nie jest tak dokuczliwe, ale jest. Ciszę się, że zapamiętałeś tak to dokładnie i zauważyłeś coś, co uważam za swoją słabość. Atut? Być może jest to jakiś atut, ale w pewnych okolicznościach on mi przeszkadza.

To znaczy?

Może wrócę do początku. Do tego dnia, który tak dobrze zapamiętałeś. Może mówiąc, oczywiście w olbrzymim skrócie, co wydarzyło się przez te dziesięć lat, wyłoni się odpowiedź na twoje pytanie.

Swoją terapię podstawową rozpoczęłam w 2012 roku tutaj, to znaczy w przychodni zwanej „Pod bocianem”. Później była pogłębiona. I ją również tutaj kończyłam. Co ciekawe, w tej grupie był Ryszard. Pamiętam go. Po jednym ze spotkań, na którym odważyłam się coś powiedzieć, Ryszard zagadnął mnie i zapytał, dlaczego prawie w ogóle nie zabieram głosu. Stwierdził, że częściej powinnam to robić, ponieważ… Właśnie to ponieważ zapamiętałam, bo dowiedziałam się od niego, że moje wypowiedzi mają sens, są zwarte i wydobywają kwintesencję problemu, który przerabialiśmy. Zaskoczyło mnie to bardzo. Ale teraz widzę, że być może, moja nieśmiałość w jakiś sposób zniekształca mi obraz samej siebie.

A to mogłoby oznaczać, że nie pozwala Ci rozwinąć skrzydeł, otworzyć się w pełni na siebie i innych?

To, o czym mówisz, jest w pewnym sensie takim wytrychem. Otwieranie się na siebie i innych ma wiele znaczeń i często nie wiadomo, co oznacza. Ale jeśli założyć, że otwieranie, o którym wspomniałeś, jest życzliwością dla innych, szczerą rozmową z innymi, może brakiem skrępowania podczas rozmowy…

Czy chcesz powiedzieć, że rozmawiając z kimś, zamiast go słuchać, bardziej się wczuć, odwołujemy się do swoich wyobrażeń, które nas krępują, niejako blokują?

Tak. Właśnie odwoływanie się do czegoś, co jest we mnie pewnym wyobrażeniem, jest bardzo związane z nieśmiałością i widzę to. Praktycznie wygląda to tak: spotykam się z kimś, zakładam z góry, że ten ktoś jest taki czy inny, umieszczam go w pewnej hierarchii. I jeśli uznam, że ten ktoś jest autorytetem, że ten autorytet może obnażyć moje słabości, czuję się skrępowana. Moja nieśmiałość dochodzi do głosu, staje się widoczna.

I może być wykorzystywana przez rozmówcę, żeby sprawić Ci przykrość?

To prawda. Spotykam się czasem z takim działaniem. Choćby podczas terapii, które prowadzę.

Jakie terapie prowadzisz?

Otóż przez kilkanaście lat pracowałam w firmie, która zajmowała się organizowaniem targów sprzętu oświetleniowego. Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że ta praca przestała mnie cieszyć. Wypaliłam się, a może chciałam robić coś, co będzie miało jakiś sens i dawało poczucie spełnienia. Zdecydowałam, że będę pomagać osobom, takim jak ja, które w pewnym okresie życia sięgnęły po alkohol szukając w nim lekarstwa na własne bolączki. Mówiąc, że zdecydowałam, nie była to decyzja zupełnie moja. Przyczynił się do tego też Bogdan, prezes Socjusa. To on podpowiedział mi, że ów sens i poczucie spełnienia, mogłabym odnaleźć pomagając innym, jako terapeuta. Tak się zaczęło. Najpierw ukończyłam STU, Studium Terapii Uzależnień. Zostałam instruktorem terapii uzależnień, ale za namową doświadczonych osób postanowiłam zostać specjalistą terapii uzależnień. Powody tej decyzji były różne – o nich powiem może przy innej okazji.

Aby zostać specjalistą, musiałam spełnić wymogi formalne. Chodzi o wykształcenie. Mam licencjat z Turystyki i Rekreacji. Musiałam ukończyć jakieś studia na kierunku humanistycznym. Wybrałam pedagogikę. Za kilka miesięcy będę bronić swojego magisterium i mam nadzieję, że ją obronię.

Czego ja i zapewne nasi czytelnicy życzą Ci szczerze.

Dziękuję.

Obecnie jestem w procesie certyfikacji i muszę jeszcze zdać egzamin, by ten certyfikat otrzymać. Tak wyglądała moja droga do prowadzenia terapii, o którą pytałeś. Pracuję w przychodni i pomagam ludziom. Prowadzę grupę. Czasem natykam się na próby wykorzystywania mojej nieśmiałości. Bywa różnie, ale generalnie, wiedząc, co mi „dolega”, radzę sobie w takich sytuacjach. Czasem jest ciężko. W okresie, gdy ja przechodziłam terapię, większość pacjentów miało problem z alkoholem. Teraz, pacjent z rozpoznaniem alkoholowym jest rzadkością. Większość to uzależnienia mieszane – alkohol, narkotyki, zburzenia różnego rodzaju.

Z jednej strony brakuje mi czasem umiejętności w dotarciu do pacjenta, do nawiązania z nim relacji, ale z drugiej strony, kiedy zastawiam się teraz, nad swoją nieśmiałością ona rzeczywiście w niektórych przypadkach pomaga. Bo jak człowiek jest nieśmiały to może się zdarzyć, że jest pokorny. Wtedy pacjenci to czują, łatwiej się otwierają, bo bardziej ufają swemu terapeucie. Choć to żaden pewnik, żaden wytrych, dzięki któremu mogę pomóc pacjentowi. Zdarzają się takie osoby, wobec których należy stosować metodę nazywaną uderzeniem w stół, należy wobec nich być zdecydowanym. Wtedy nieśmiałość staje się przeszkodą.

Oprócz problemów, z którymi się borykasz, można powiedzieć, że brakuje Ci pewnych narzędzi merytorycznych związanych ze specjalistyczną wiedzą. Mimo to masz atut, którego większość Twoich kolegów po fachu nie ma.

Wiem, co masz na myśli. Po raz pierwszy usłyszałam o tym podczas zajęć STU. „Kasiu, przechodziłaś przez to sama, więc znasz ten świat od wewnątrz”. To prawda. Znam. Na własnej skórze przerobiłam alkoholizm. Potrafię wczuć się w pacjenta niejako od wewnątrz, zobaczyć, co w nim gra. Ale umiejętność wczuwania się to jedno, a skuteczne działanie to drugie. Każdy jest inny. Dynamika przypadków chorobowych jest różna. Samo doświadczenie bycia trzeźwym alkoholikiem nie wystarcza. To jest tylko jeden z kluczy. Powiem trochę żartobliwie – w tym fachu dobrze jest być kasiarzem. A żeby zdobyć umiejętność otwierania zamków, potrzeba wielu kluczy, choć mówiąc o kluczach nie mam na myśli narzędzi raz na zawsze zdobytych i wypiłowanych w sposób ostateczny.

Chcesz powiedzieć, że dynamika zdarzeń wymaga pewnej płynności, indywidualnego podejścia, widzenia pacjenta w różnych uwarunkowaniach i okolicznościach?

Oczywiście. Staram się przyglądać sobie i rozpoznawać, co jest moją dobrą stroną, a co złą. Wtedy w relacji z pacjentem, oprócz tego, że jestem terapeutką dostrzegam, że też jestem taką „kasą” którą pacjent stara się otworzyć. To jest wspólne uczenie się i wzajemne pomaganie.

Dziękuję za rozmowę

Subscribe to our newsletter!

Administrator Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz