Połówka

Zgadzał się z powiedzeniem, że dopiero gdy człowiek osiągnie swoje dno, stoczy się na najgłębszą głębokość, przyznaje sam przed sobą i światem, że jest alkoholikiem. Wcześniej jest jedynie gra pozorów, wszechobecne kłamstwo i nieustanne życie w dwóch światach.

Podczas podróży odkrył, że kontrolowanie spożywanego alkoholu jest zależne od głosu konduktora, od jego ostrzeżeń i komunikatów przekazywanych pasażerom.

Pierwszy raz usłyszał konduktora w pociągu, którym dojeżdżał do pracy.

– Wysiadać! Pociąg dalej nie jedzie! Szybciej, szybciej!

Na ten głos zerwał się z miejsca i odruchowo sięgnął po saszetkę. Miał w niej ukrytą butelkę Białej Damy. Bał się opuścić przedział. Czuł się w nim bezpiecznie. Wyjrzał przez okno. Pociąg stał w pustym polu. W oddali majaczył brzozowy zagajnik. Kiedy zamknął okno zorientował się, że przedział jest pusty, ale nagle w drzwiach pojawił się konduktor.

– Co pan tu jeszcze robi!? – krzyknął. – Tutaj za moment może być naprawdę niebezpiecznie!

Roman się przestraszył. Szybko jednak się zreflektował. Uznał, że konduktor nie ma prawa zwracać się do niego tym tonem. Był lekarzem przyzwyczajonym do wydawania poleceń. Wiedział o niebezpieczeństwach o wiele więcej niż przeciętny człowiek. Konduktor stanowił dla niego drobny, ledwie tolerowany element rzeczywistości. Wcześniej czy później przyjdzie do niego się leczyć.

– Niebezpiecznie zrobi się wtedy, gdy kolana odmówią panu posłuszeństwa – powiedział konduktorowi i sięgnął po saszetkę. Wyjął Białą Damę. Odkręcił korek i wypił łyk wódki. – Dobra – powiedział Roman z satysfakcją i wyciągnął przed siebie rękę z butelką.

– Nie piję – odburknął konduktor i z naciskiem ostrzegł Romana. – Panu też radzę nie pić.

Miał ochotę powiedzieć konduktorowi coś przykrego, ale przypomniał sobie, że w przychodni czekają na niego pacjenci. Wiedział, że może wypić jeszcze łyk, może dwa, nie więcej. Spojrzał na zegarek. Pierwszy pacjent zapisany był na dziewiątą. Miał dwadzieścia minut, by przyjąć mężczyznę, który od lat cierpiał na bóle kolan.

„Nie zdążę” – pomyślał i przyłożył butelkę do ust.

– Niechże się pan opanuje. W pociągu jest zakaz picia alkoholu! – krzyczał prawie konduktor. – I proszę wreszcie wysiąść. Dalej nie jedziemy.

Przesiadł się do autobusu. Na polecenie dyrekcji Kolei Państwowych w pobliże zepsutego pociągu podstawiono autobusy jako komunikację zastępczą. Do pracy spóźnił się ponad godzinę. Kiedy wszedł do przychodni, niewielki korytarzyk obok gabinetu, w którym przyjmował, zapełniony był pacjentami. Ledwie trzymał się na nogach.

Tydzień przeleżał w łóżku. Przysięgał sobie, że gdy wstanie, więcej się nie napije. Przez siedem dni słuchał wyrzutów żony i czuł jak narasta w nim żal do niej. Nie zgadzał się z jej słowami, kiedy mówiła, że z powodu jego pijaństwa rodzice przewracają się w grobie, że zawodzi swoich pacjentów, źle wykonuje swoje obowiązki, że sąsiedzi wytykają ją palcami i naraża całą rodzinę na wstyd. Zgodził się jednak pójść na obserwację do szpitala. Miał nieustanne zawroty głowy. Tłumaczył sobie, że powodem niedyspozycji jest błędnik. Kolejny tydzień spędził na oddziale neurologicznym w Tworkach. Miał pewność, że te siedem dni wystarczy, by wrócić do formy. Był zdumiony, gdy lekarz zaproponował mu zmianę oddziału i terapię dla alkoholików. To był dla niego dramat. Gdy rozmawiał o tym z żoną, sprzeciwił się kategorycznie propozycji lekarza.

– Przez osiem tygodni z degeneratami? Niemożliwie! – tłumaczył. – Tak, chcę zmienić swoje życie, ale czy ja jestem jakimś alkoholikiem?

Zapewniał ją, że alkoholicy są brudni, tarzają się we własnych odchodach, są wulgarni i prymitywni. Ubierają się w obskurne ciuchy, korzystają z zapuszczonych toalet i mieszkają w niewietrzonych mieszkaniach.

Roman czuł, że wyrasta ponad przeciętny tłum. Odrzucał myśl, że mógłby z ludźmi tego pokroju spotkać się na terapii, siedzieć z nimi przy jednym stoliku i jeść zupę, korzystać z tej samej łazienki i spać w łóżku, które przed nim zajmował jakiś bezdomny.

Wrócił do swoich pacjentów. Znów z ukrytą w saszetce butelką Białej Damy jeździł pociągiem do pracy. Kiedy konduktor otwierał przedział i wypowiadał wciąż to samo zdanie, by przygotować bilety do kontroli, wsłuchiwał się w jego głos i miał wrażenie, że między nim a mężczyzną jest jakiś związek. Stało się to dla Romana rytuałem, czymś w rodzaju normy określającej, ile Białej Damy może wypić tego dnia.

Przez trzydzieści dni od wyjścia ze szpitala wypijał dziennie pół litra alkoholu w ustalonych godzinach. Zapewniał sam siebie, że taka ilość rozłożona na szesnaście godzin jest aptekarską dawką, która niczego w jego życiu nie zburzy. Był zadowolony z tej kalkulacji. Przekonany, że problem ma już za sobą, uwierzył, że limit złych zdarzeń, które mogły go dotknąć, jest wyczerpany. Niespodziewanie jednak misternie ułożona konstrukcja została naruszona. Gdy jechał do pracy, pod pociąg rzuciła się jakaś zdesperowana kobieta. Znów usłyszał niespokojny głos konduktora na korytarzu:

– Wysiadać! Pociąg dalej nie jedzie! Szybciej, szybciej!

Roman zwlekał. Ustalone reguły rozpadły się w jego głowie. Uśpione emocje przerodziły się w gniew. Zirytowany patrzył, jak pasażerowie pośpiesznie wychodzą z przedziału. Układał słowa, których chciał użyć w chwili, kiedy konduktor zacznie go ponaglać, pouczać i zabraniać. Wyjął z saszetki Białą Damę, upił łyk i postawił butelkę na podstawce przy oknie. Patrzył skupiony na drzwi przedziału. Po piętnastu minutach nikt się nie pojawił. Zaskoczony wypił kolejną porcję wódki. Był wściekły na konduktora, na samego siebie, na pociąg i kobietę, która rzuciła się pod pociąg. Stwierdził, że nigdzie nie wyjdzie, dopóki nie pojawi się konduktor. Jednak po opróżnieniu butelki podniósł się z fotela i wyjrzał na korytarz. W wagonie nikogo nie zauważył. Spojrzał przez okno. Dziwne mu się wydało, że na zewnątrz zrobiło się szaro. Znów miał ochotę się napić. Wysiadł z wagonu wprost na torowisko. Spodziewał się, że gdzieś w pobliżu stoi autobus, ale wszędzie było pusto. W oddali zobaczył budynek stacji. Poczuł się nieswojo. Miał wrażenie jakby znalazł się na pustkowiu, a nie w pobliżu gwarnego miasta ze sklepami, komunikacją miejską, słupami elektrycznymi i wieżowcami.

Droga opadała w dół. Biegła wzdłuż torowiska. Roman ruszył w kierunku budynku stacji. Sprawdził, czy w saszetce ma portfel z dokumentami i kartą płatniczą. Kiedy upewnił się, że wszytko jest na swoim miejscu, pomyślał, że za chwilę wejdzie do sklepu i kupi Białą Damę. W chwili gdy dochodził do dworcowego peronu, usłyszał dźwięk ruszającego pociągu. Odwrócił się. Patrzył ze złością, jak pociąg, z którego przed chwilą wysiadł, nabiera prędkości i jedzie do tyłu. Zdenerwowany wszedł do budynku. W okienku z napisem „Kasa” zobaczył znajomego konduktora.

– Przecież ten pociąg miał dalej nie jechać! – krzyknął w jego stronę.

Konduktor siedział na krześle, trzymał w dłoni zielone kółko na patyku i kiwał w stronę Romana.

– Jest tu jakiś sklep? – zapytał zirytowany.

– Proszę odejść! Tu się pracuje. Czekamy na następny pociąg – odezwał się nieprzyjemnie konduktor i zaciągnął zasłonkę w okienku.

– Zaraz, zaraz – zawołał wystraszony Roman. – Tak nie można!

Poczuł dziwny zapach w powietrzu. Była to, jak mu się zdawało, mieszanina spalenizny z naftaliną. Przypomniał sobie pacjenta, którego przywieziono z wypadku samochodowego do szpitala. Pełnił wtedy dyżur. Poszkodowany miał mocno okaleczone nogi. Kiedy rozcinał mu nogawki, poczuł swąd spalenizny wymieszany z naftaliną.

„Może panuje tu zaraza?” – przemknęło mu przez głowę.

Otrząsnął się i pomyślał, że ma halucynacje. Zapukał w okienko. Firanka wisiała nieruchomo. Wybiegł na zewnątrz. Peronem szła jakaś staruszka. Ucieszył się na jej widok. Chciał jak najprędzej wydostać się z pustej stacji, dojechać do pracy, do swoich pacjentów.

– Proszę pani, czy jest tu gdzieś przystanek autobusowy?

– Jest. Po drugiej stronie dworca. Tam, gdzie się świeci neon „Klasztor”.

– Czy nie myli się pani? – zapytał Roman.

– Nie jestem panią, jestem panem. – Uśmiechnęła się staruszka.

– Ale tam jest zaraza – odpowiedział zaskoczony Roman.

– To prawda. W „Klasztorze” znajduje się jej centrum – wyjaśniła staruszka. – Zaraza, proszę pana, polega na tym, że kobiety zmieniają się w mężczyzn, a mężczyźni w kobiety.

– Proszę nie żartować. Chcę się dostać do autobusu. To wszystko – prosił trochę bełkotliwie Roman.

– Autobus… Pociąg… – mówiła od niechcenia kobieta. – I tak droga wyjścia prowadzi przez „Klasztor”.

Roman przeszedł na tył budynku dworca. Nad schodami zauważył rozświetlony neonowy napis „Klasztor”. Wszedł do środka. Znalazł się w miejscu, z którego przed chwilą wyszedł! W rogu stał piec kaflowy. Z sufitu zwisała ledwie paląca się żarówka. Pod ścianą, na wprost okienka, w którym siedział znajomy konduktor, stała duża, drewniana ławka pomalowana brązową olejną farbą, złuszczona i wyblakła. Obok stała metalowa popielniczka. Podłoga wyłożona była kremowymi i granatowymi płytkami ułożonymi w szachownicę. Nad okienkiem wisiał zepsuty zegar. Spojrzał na wskazówki. Zauważył ruch zasłonki. Za szybą zabezpieczoną od strony poczekalni kratą siedział konduktor. Miał długie czarne włosy i umalowane usta. Kiwał ręką w stronę Romana, który podszedł do niego zdumiony. Mężczyzna próbował sobie jakoś wytłumaczyć to, co widział, i to, co go spotkało w ciągu ostatniej godziny, ale w głowie miał pustkę. Czuł jedynie pragnienie. Nieodpartą chęć napicia się wódki. Podszedł do okienka z nadzieją, że dowie się wreszcie, gdzie w pobliżu znajduje się sklep z alkoholem.

– Pan na terapię dzienną czy stacjonarną? – zapytał konduktor.

– Czy to ma jakieś znaczenie? – odezwał się zrezygnowany Roman.

– Absolutnie fundamentalne znaczenie – odparł z dumą w głosie konduktor. – Fakty są takie: pił pan alkohol bez przerwy siedemnaście lat. W tym czasie potrafił pan odmówić sobie przyjemności picia nie dłużej niż dwa tygodnie. Terapia w „Klasztorze” trwa osiem tygodni. Jak pan sobie wyobraża dochodzenie na terapię z domu czy pracy, trzeźwy przez tak długi czas?

– A co to, kurwa, kogo obchodzi!? – krzyknął Roman i nagle poczuł ulgę. Miał wrażenie, że rozmowa, którą prowadził z konduktorem, gdzieś już się odbyła. Śmiał się sam do siebie. Przypomniał sobie, że w dokumentacji medycznej, kiedy leżał w Tworkach, lekarz odnotował, że pacjent doktor Roman powinien poddać się kuracji odwykowej w oddziale zamkniętym. Protestował przeciw takiej kwalifikacji. Tłumaczył ordynatorowi oddziału, że rozumie sytuację w której się znalazł, a dzięki temu motywacja, którą się posłuży zrywając z nałogiem, będzie na tyle skuteczna, że poradzi sobie z pokusami. Nie miał ochoty po raz kolejny tłumaczyć jakiemuś konduktorowi tego, co dla niego było znane i oczywiste. W związku z tym co widział, nabrał podejrzeń. Stwierdził, że konduktor, wyglądający raz jak mężczyzna, raz jak kobieta, jest maskaradą przygotowaną przez żonę.

„Jeszcze ta staruszka czy staruszek” – przemknęło mu przez myśl.

Odwrócił się ostentacyjnie od konduktora i wolno wyszedł na zewnątrz.

Zatrzymał się na schodach. Patrzył w dal jakby szukał czegoś, o czym na chwilę zapomniał. Starał się coś sobie przypomnieć, ale jedyne co poczuł, to strach przed ciemnością rozciągającą się wkoło.

Wrócił do poczekalni. Usiadł na drewnianej ławce. Drżały mu ręce i kolana. Odłożył na bok saszetkę. Spojrzał w stronę okienka. Konduktor przywoływał go do siebie ruchem dłoni. Czuł w ciele ociężałość. Brakowało mu oddechu. Podniósł się z wysiłkiem i podszedł do okienka. Zimny pot oblał mu ciało.

– Proszę – odezwał się konduktor. Przesunął na zewnątrz kilka kartek i długopis. – Opisze pan swoją historię picia i przeczyta na głos pasażerom czekającym na pociąg.

– O której przyjedzie? – zapytał z zainteresowaniem Roman.

– Najpierw historia. Później czytanie. Tylko wtedy będzie pan mógł pojechać dalej.

Nie miał siły na protesty, na kolejne pytania. Było mu wszystko jedno. Walka z czymś, czego nie rozumiał, okazała się ponad jego siły. Własne chęci, plany i oczekiwania zmieniły się w jakiś rodzaj bierności, zgody na to, co ma się wydarzyć. Wziął papier, długopis i wrócił do ławki. Usiadł. Chwilę się zastanawiał nad historią swego picia.

Do poczekalni weszła staruszka. Człapiąc, podeszła do ławki i usiadła obok Romana. Chwilę chrząkała, kręciła się jakby szukała najwygodniejszej pozycji.

– Głupot ci nagadał i pewnie obiecał, że jak zapiszesz kartki, wręczy ci bilet na pociąg? – odezwała się kobieta.

– Coś w tym rodzaju – odpowiedział Roman.

– Możesz darować sobie tę pisaninę. Idź do toalety. Czasem jakiś podróżny gubi tam bilet.

Roman zerwał się z miejsca. Podbiegł do drzwi z kółkiem i trójkątem. Wszedł do środka. Pomieszczenie wyłożone było białymi kafelkami, a na środku stał długi, masywny aluminiowy stół. Po jednej stronie stołu na pisuarach siedzieli mężczyźni. Po drugiej – na kompaktach WC kobiety.

– Przepraszam – odezwał się nieśmiało Roman. – Czy znajdę tu bilet na pociąg?

– Tutaj nie zadaje się takich pytań – odpowiedziała jedna z kobiet.

– Właśnie – zawtórował jej mężczyzna znajdujący się najbliżej Romana.

– Chcę wrócić do domu – jęknął błagalnie Roman.

– Wszyscy chcemy wrócić – powiedziała z oburzeniem ta sama kobieta. Bilet jednak dostają wyłącznie ci, którzy nie są rozpołowieni.

Roman przypomniał sobie nagle, że zostawił w poczekalni saszetkę. Zaczął wyjaśniać zebranym, że ma pieniądze, że przez pośpiech zapomniał ze sobą zabrać karty płatniczej. Prosił ich, by poczekali. Obiecał, że gdy się dowie, gdzie znajduje się sklep, kupi kilka butelek Białej Damy i przyniesie do toalety. Wstydził się tego, w jaki sposób mówił do nieznajomych. Czuł narastającą panikę. Wmawiał sobie, że jest głupcem i tłumaczył, że jako lekarz, wielokrotnie stawał przed wyborami – jak postępować, działać, by ratować życie czy uchronić przed kalectwem, a w zwyczajnej sytuacji tracił pewność siebie.

– Człowieku – dodała po chwili zgorszona kobieta, która dwukrotnie zabierała już głos. – Ty o chlaniu, a przecież w twoim życiu chodzi o pełnię! O dopełnienie duszy. Panowie – krzyknęła niespodziewanie w stronę mężczyzn siedzących na pisuarach – trzeba przynieść Białą Damę, którą przejechał pociąg. Pan doktor nie raczył nawet zainteresować się wypadkiem. Tak był skupiony na sobie, że myślał jedynie o dawaniu sobie w gaz i nie udzielił pomocy! Tak, tak – mówiła z politowaniem kobieta w stronę Romana – teraz łeb zwieszasz zawstydzony, a na torach została twoja połówka.

Czuł jakby ktoś uderzył go w twarz. Chciał wykrzyczeć, że nikt go nie rozumie. Próbował zepchnąć fakty w niebyt, zastąpić je jakąś namiastką wymyślonej rzeczywistości. Na chwilę nawet udało mu się przeinaczyć znaczenie słów, które wypowiedziała kobieta, ale wewnątrz zagnieżdżona przyzwoitość wyrzucała na wierzch niewygodne fakty. Zauważył że szamoce się sam ze sobą jakby to nie on, ale dwie istoty tkwiły w nim i żyły w nieustannym konflikcie.

Wybiegł z toalety. Ruszył w stronę torowiska. Chciał naprawić to, co zepsuł. Miał nadzieję, że na pomoc nie jest za późno. Kalkulował, że skoro pociąg pojechał w przeciwnym kierunku, wypadek nie był śmiertelny. Potykał się. Na czworakach wdrapał się na nasyp i po omacku szedł, jak sądził, w stronę gdzie zdarzył się wypadek. Kiedy usłyszał dźwięk jadącego pociągu, kiedy zacisnął powieki oślepiony reflektorami, zdumiony, a jednocześnie przejęty zapytał sam siebie:

– Więc to nie Biała Dama jest moją drugą połówką? Więc dwie istoty żyją we mnie w ciągłym konflikcie i sam muszę je pogodzić?

Wstęp | Data umierania | Połówka | Tajemnica | Astrolabium | Szeptunka | Trzej królowie | Kukułeczka | Kot | Monit | Cmentarz

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz