Jak zmienić świat?

Z trójką nastolatków wybrałem się na kręgle. To znaczy wybrałem się, jako opiekun, kierowca i osobista obstawa na wszelki wypadek.

Spieszyć się nie musieliśmy. Rodzice dwóch chłopaków i dziewczyny zadbali o rezerwację, więc z kartą wstępu, z kodami w telefonie, bezstresowo dojechaliśmy do kręgielni.

Na miejscu przywitał nas pan szatniarz. Odebrał od nas ubrania. Wręczył numerek. Obok była recepcja, miejsce gdzie należało przedstawić do wglądu kartę rezerwacji i kody. Przedstawiłem. Uśmiechnięta pani z obsługi zarejestrowała nasze przybycie w komputerze, wskazała nam stanowisko nr 14 i poprosiła młodzież o padanie numerów butów. Podali. Za chwilę dostaliśmy podgumowane obuwie, niezbędne i praktyczne przy rzucaniu kul w kręgle.

Poszliśmy w stronę naszego stanowiska. Wielkość hali zrobiła na mnie wrażenie. Była ogromna. Wokół krzątało się wiele osób, Większość z nich to dzieci, młodzież, młode mamy. Gdzieniegdzie mignął mężczyzna. Tudzież stał jakiś automat do gry.

Przechodząc obok wydzielonego miejsca na karaoke zatrzymałem się. Na parkiecie stała kobieta przed wielkim telebimem. Tańczyła i śpiewała. Moją uwagę przykuły elektroniczne urządzenia, które kobieta miała na rękach i nogach. Były to świecące opaski. Zorientowałem się, o co chodzi. Opaski były nadajnikami i były sprzężone z urządzeniem wyświetlającym obraz na telebimie. Słowem, ruchy kobiety na parkiecie były widoczny również na ekranie. Takie wzmocnienie efektu wizualnego i być może informacja zwrotna dla tancerki, by mogła korygować ruchy ciała i osiągać mistrzostwo w tańcu. Choć niekoniecznie. Kobieta mogła przyjść po prostu, żeby w ten sposób poćwiczyć i rozprostować miejskie kości.

Doszliśmy do naszego stanowiska. Chłopcy zajęli się wpisywaniem imion do elektronicznego systemu. Robili to za pomocą konsolety umieszczonej przy stanowisku. Moja podopieczna w tym czasie zwróciła się do mnie i poprosiła, bym kupił coś do picia. Byłem trochę zdezorientowany. Przestrzeń była tak duża, ludzi mrowie. Nie wiedziałem gdzie mam pójść. Dziewczyna chyba zauważyła moją nieporadność i wskazała miejsce, gdzie znajduje się bufet.

Idąc z recepcji do stanowiska nr 14 widziałem to miejsce, ale byłem pewien, że widzę rząd jakichś automatów do gry. Nigdy bym nie przypuszczał, że w miejscu zabaw dla dzieci i młodzieży, dla dorosłych też, natknę się na kilkunastometrową ścianę zastawioną półkami z alkoholem. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego natłoku butelek z przeróżnymi trunkami w jednym miejscu. Oczywiście nie wliczam w to mojego widzenia wnętrz sklepów monopolowych.

Znajdowałem się przecież w miejscu użyteczności publicznej. Zapewne prywatnej, płatnej, dobrze zorganizowanej, ale publicznej. Co więcej. Mógłbym powiedzieć, że znalazłem się w obiekcie sportowym, bo przecież rzucanie kulami to też sport. Była tam również sala ze stołami do gry w bilard, co ani chybi również podpada pod którąś z dyscyplin sportowych.

Zamawiając napoje dla moich podopiecznych zauważyłem, że pani mnie obsługująca sięga po butelki z sokiem do szafki stojącej na podłodze. Po raz kolejny się zdziwiłem. Chciałem ją zapytać, dlaczego alkohol jest wyeksponowany, wpadający w oko natychmiast, zaraz po wejściu do hali, a soki i napoje, jak sierotki Marysie, stoją po kątach.

Logiczne dla mnie było, że skoro klientela tego przybytku rozrywki i sportu, to przeważnie dzieci i młodzież, to soki i napoje powinno się eksponować – z wielu powodów. Choćby takich jak: zachęcanie do zdrowego życia, wychowania w trzeźwości, pokazywanie dzieciom i młodzieży pozytywnych wzorców, no i tak zwany ruch w interesie generujący zyski.

Powstrzymałem się od pytań. Pomyślałem, że ta kobieta pracuje tutaj i nie ona ustala zasady gry. Zresztą takie kręgle, bilardy i automaty do gry to przedsięwzięcie biznesowe, które ma przynosić dochód właścicielowi i budżetowi miasta. Zauważyłem też, że ów bufet jest niejako wydzielony jakimś niskim przepierzeniem od reszty hali, więc w jakiś sposób, młodsza część klienteli obiektu, nie jest narażona bezpośrednio na widok butelek z trunkami i pijących alkohol.

Z sokiem wróciłem do moich podopiecznych. A tam kolejna niespodzianka. Przy stanowisku kręglowym obok, na kanapie, rozsiadła się jakaś rodzina. Troje dorosłych – dwóch panów i jedna kobieta. Wokół nich trójka dzieci. Na stole, przed ich kanapą, stały dwie szklanki z piwem.

Ręce mi opadły, ale nie dlatego, że ci ludzie pili piwo. Nie dlatego, że eksponuje się alkohol w takich miejscach. Nie dlatego, że ileś procent z tych dzieci i młodzieży wkrótce będzie miało problem z alkoholem. Tylko dlatego, że ci ludzie nie widzieli niczego niestosownego w tym, że alkohol w parze z beztroską dziecięcą, ich uśmiechem szybko stanie się nieodłącznym elementem zabaw ich pociech.

Może uprawiam czarnowidztwo i nie dostrzegam faktu, że przecież alkohol jest dla ludzi, że pity z umiarem i kulturalnie ma pozytywne działanie. My, tutaj, w Socjusie, znamy takie gadki-szmatki. Otóż nie ma! Każda ilość alkoholu jest trująca. Ale to jedna strona medalu. Na rewersie jest wybity napis, że wzorce, podobne do tych, które przekazywali dorośli dzieciom podczas zabawy, równie skutecznie pustoszą człowieka, co każda ilość wypitego alkoholu.

Siedząc na kanapie i patrząc na moich podopiecznych grających w kręgle, zastanawiałem się, co ja, przeciętny obywatel mogę zrobić… Walczyć z tym? Przeciwdziałać? Protestować? W jakimś sensie już to robię, ale jest to proces powolny. Chciałoby się, by skuteczność tego zmagania się była większa. I nagle mnie oświeciło. Przecież wystarczy nie przyjeżdżać do takich miejsc. Nie kupować alkoholu.

Mówi się, że jedna jaskółka nie czyni wiosny. To przysłowie przestrzega przed wyciąganiem pochopnych wniosków. Może jestem pochopny, a nawet naiwny sądząc, że jak nigdy więcej nie pojadę w miejsce, gdzie eksponuje się alkohol, to coś zmienię? Otóż zmienię! Cały swój świat zmienię. Bo zmiana świata zaczyna się od nas samych. Nie przez nakazy, zakazy czy przepisy. Ileż ich mamy! Toniemy w nich! Czy przez to staliśmy się lepsi? Mądrzejsi?

Zaczynając od siebie, to znaczy opowiadając o tym rodzicom moich podopiecznych, opowiadając swoim znajomym z Socjusa, rozpoczynam również zmianę ich punktu widzenia. Idę o zakład, że część z nich, wysyłając następnym razem swoje pociechy na kręgielnie, nie poślą dzieci do miejsc, gdzie serwuje się alkohol obok kul i kręgli. Sami tam również nie pojadą.

Marzy mi się, by ta część ludzi, którzy nie pojadą do kręgielni z alkoholem, była jak największa. Gdyby tak sto tysięcy. Natychmiast zniknęłoby z przestrzeni miasta kilkanaście przybytków alkoholowych. Metoda jest prosta. Natychmiastowa w działaniu. Bez żadnych nakładów. Bez mnożenia przepisów i wywierania nacisków na ustawodawcę, by uchwalał przepisy mające zapobiegać, uniemożliwiać i zakazywać.

Oczywiście ścieżka prawna jest niezbędna. Cudów nie ma. Nikt, ot tak, pod wpływem apeli, choćby były szczytne, bezinteresowne i powołujące się na macierzyńskie uczucia, alkoholu nie porzuci z minuty na minutę. Zacząć jednak od siebie można natychmiast. Choćby po to, by zmienić swój świat.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz