Sercogłowy

Wizytę miał w piątek, trzynastego. „Pewnie coś złego się stanie” – powtarzał idąc na spotkanie z terapeutą. Machnął ręką zrezygnowany.

Ostatni rok był dla niego pechowy. Wciąż źle się działo. Oswoił się ze złośliwościami rzeczy żywych i martwych, więc kolejna, ewentualna przeciwność losu wisiała mu kalafiorem. A jednak… Tliła się w nim iskierka nadziei, że zły los się odwróci, a córki nie zapytają go, dlaczego przestał je kochać. Pozostały mu tylko one, jego najdroższe istoty.

Zdawało mu się, że za sprawą myśli o córkach, mrok, który z roku na rok w nim gęstniał, na chwilę się rozjaśni i pozwoli mu złapać oddech.

Wszedł do gabinetu. Terapeuta wyciągnął do niego rękę i przedstawił się. Przywitali się. Nie słuchał jak terapeuta ma na imię. Było mu obojętne, czy będzie rozmawiał z Romanem czy Andrzejem. Był to dla niego kolejny lekarz, podobny do wcześniejszych, którym się wydawało, że mu pomogą.

Terapeucie umiał powiedzieć tylko o tęsknocie za utraconą miłością córek. One były najważniejsze i chyba czuł podskórnie, że walcząc o ich miłość, uda mu się wyjść na prostą. Inne próby wyjścia z nałogu zawiodły.

Od dawna przymierzał się do leczenia zamkniętego, ale był pewien, że miłość do córek przeważy, że będzie silniejsza od picia. Wódka zwyciężała. Mimo to łudził się, karmił się wyobrażeniami, że miłość to największe i najwspanialsze uczucie pod słońcem, więc bez problemu sobie poradzi z własną niemocą powołując się na miłość.

Na pytania niezwiązane z córkami odpowiadał zdawkowo. Lekarz wyczuł jego niezdecydowanie i powiedział wprost:

– Jestem tu po to, aby panu pomóc i to od pana zależy, czy chce pan skorzystać z tej pomocy, czy nie. Jeśli nie ma pan zamiaru poważnie zająć się swoim problemem, nie ma sensu się męczyć, lepiej dać szansę innej osobie, która chce się leczyć.

Pokazał lekarzowi środkowy palec. I nagle stało się coś dziwnego. Poczuł się tak, jakby obudził się ze snu. W jednej chwili gabinet terapeuty zmienił się w pomieszczenie w piwnicy jego domu, w którym chętnie pił samotnie wódkę. Przed nim siedział ktoś, a raczej coś, co od stóp do szyi było człowiekiem, a zamiast głowy miało czerwone serce podobne do poduszek, które podarował swoim córkom dawno temu.

– Kim ty jesteś do kurwy nędzy? – zapytał zdumiony.
– Twoim stawaniem się – usłyszał.
– Niby kim? Przecież ja jestem. Co ty mi tu pier….

Nie dokończył przekleństwa. Zobaczył przed sobą butelkę wódki, stojącą na stole. Poczuł ogromne pragnienie. Sięgnął po alkohol. Cofnął rękę, słysząc nieznajomego.

– Pragnieniem tej prawdziwej miłości.
– Zaraz, zaraz, pajacu! Chcesz mi powiedzieć, że nie kocham swoich córek? Wszytko im oddam. W ogień za nimi skoczę!
– Pod wpływem, czy trzeźwy?
– Spadaj! Jeśli przyszedłeś po to, by jakieś gierki słowne prowadzić, to powiem ci jedno: starego wróbla na końskie gówno nie złapiesz.
– Na gówno może nie, ale na wódkę z pewnością.

Miał ochotę złapać butelkę i trzasnąć nią w sercową głowę, ale ochłonął. Pomyślał, że może mieć przywidzenia, które jego koledzy nazywali delirką. Przestraszył się. Przyznał w duchu, że jest z nim źle. Posmutniał i poczuł, jak wszystko w nim wiotczeje. Nie były to jednak uczucia przygnębiające, o których się mówi „wpadłem w doła”. Gdzieś pod smutkiem wyczuł radość, może była to miłość, która odezwała się w jego ciele, która przypomniała mu dzień, gdy dowiedział się o narodzinach pierwszej córki. Czuł wtedy radość, która wypełniała go i o której nie musiał mówić i tłumaczyć, dlaczego tak się dzieje.

– Zobacz, kim się stałeś od tamtego dnia – usłyszał sercogłowego.

Głos nieznajomego nie wywołał tym razem w nim gniewu. Skupił się na swoim wnętrzu. Zaczął szukać w ciele miejsca tej odzywającej się w nim radości, domagającej się głosu.

– To już wiesz, jak stawałeś się tą na niby miłością do córek?
– Wydaje mi się, w tej chwili, że wiem, ale nie rozumiem – powiedział do sercogłowego i popatrzył na niego z prośbą w oczach.
– Miłość nie siedzi w głowie i wcale nie zabiega o to, by wyrażać ją słowami – mówił nieznajomy.
– A ja wciąż tylko o niej gadam i pocieszam się. Ja jej po prostu zabieram miejsce pieprzeniem…
– Wypychasz ją z siebie i robi się tam pustka – dodał dziwny rozmówca.
– Ta pustka strasznie boli. Może dlatego chlam? – zapytał i spojrzał na swoje dłonie. Jedną z nich uniósł i przyłożył do serca.

– Czy dobrze się pan czuje? – usłyszał głos terapeuty.
– Tak, dobrze – odpowiedział i popatrzył na lekarza.

Ocknął się. Wróciła mu świadomość, że jest w gabinecie. Siedział przed lekarzem. Miał podjąć decyzję. I podjął ją.

– Chcę skorzystać z pomocy. Proszę dać mi szansę.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz