Wątrobiarz

Zapomniał, ile razy budził się ze skołatanymi nerwami i bólami w brzuchu. Wstawał, jakoś dochodził do siebie wspomagając się jakimkolwiek alkoholem. Zatrucie organizmu raz za razem przypominało mu o faktach, o realnym życiu i konsekwencjach. On się jednak uparł. Był po swojemu konsekwentny i działał wbrew faktom. Stało się, co stać się musiało. Sięgając konsekwentnie po alkohol, doprowadził do wiadomych skutków.

Zapalenie wątroby zapaliło w nim czerwoną lampkę. Organizm zmusił go do myślenia przyczynowo-skutkowego. Będąc pod wpływem, stawał się jowialny i szczery wyobrażając sobie, że gra w przyjemną grę, przerywaną porannymi niedyspozycjami ciała i duszy.

Leżąc na szpitalnym łóżku, zaprzeczał słowom żony, która twierdziła, że wątroba nie wytrzymała z wiadomych powodów. Udało mu się jednak zachować odrobinę trzeźwego i logicznego myślenia. Musiał uznać, przynajmniej przed sobą, że jego pobyt w szpitalu jest faktem i przynajmniej siebie nie musi oszukiwać. Przestraszył się. Myśl, że w wieku 40-tu lat może umrzeć, przerażała go. Rozpaczliwie szukał wyjścia z sytuacji. Za nic w świecie nie chciał rozstać się ze swoją konsekwencją. Wydawało mu się, że będzie to równoznaczne ze śmiercią. Wymyślił więc, że jedną konsekwencję zastąpi inną.

Przystał na propozycję żony. Powiedziała raz do niego: „ty mój kochany wątrobiarzu”. Przezwisko przypadło mu do gustu. Ucieszył się. Poczuł, jakby słowo „wątrobiarz” odmieniło go na lepsze. Poszedł do poradni zdrowia psychicznego. Zdiagnozowano jego stan. Stwierdzono, że jest alkoholikiem. W duchu wyśmiał słowa lekarza. Konsekwentnie trwał przy narracji, dzięki której utwierdzał się, że z nim jest wszystko ok. Jednak myśl o chorej wątrobie nie opuszczała go. Pamiętał ból i wszystkie konsekwencje wynikające ze złej pracy organu. Powiedział „tak” żonie, lekarzowi i szefowi, myśląc, że w ciągu kilku dni jego alkoholizm zniknie po przyjęciu leków, tak jak zniknął ból po szpitalnym leczeniu wątroby.

– Trochę leków, ścisła dieta, wysypianie i wrócę do życia jak nowo narodzony – roił zatrutym umysłem.

Pojawiły się jednak kłopoty. Owszem, zakwalifikowano go do leczenia, lecz aby zostać pacjentem oddziału odwykowego, musiał uczestniczyć w ośmiu mitingach i czterech zajęciach w grupie przedwstępnej.

Gdy usłyszał propozycję zbuntował się. Ani myślał uczestniczyć w czymkolwiek. Pragnął wrócić do życia, w którym konsekwentnie spożywał trunki. Pamiętał jednak swoje rozważania na szpitalnym łóżku, swój strach przed śmiercią. W dodatku naciskali na niego bliscy – żona, dziecko, szef. Dopełnił formalności.

Zaliczył mitingi i spotkania. Po nich, o dziwo, poczuł ulgę, a nawet zadowolenie. Stwierdził, że w jego przypadku, lekarz postawił błędną diagnozę. Co więcej, odfajkowane kwalifikujące zajęcia sprawiły, że proponowany pobyt na zamkniętym oddziale odwykowym uznał za niezbędny, ale nie po to, by przejść jakąś terapię, ale po to, by udowodnić światu, że to on ma rację.

Konsekwentne myślenie, którym się kierował, przyniosło jedną z odpowiedzi, na którą czekał z upragnieniem: „Jak strasznie ludzie błądzą w swoich ocenach i jak bardzo przez nie mogą krzywdzić”. Postanowił, że zrobi wszystko, by to udowodnić. Czuł się skrzywdzony i nierozumiany. Rozczulał się nad swoim losem.

Do szpitala na odwyk wkroczył odważnie, z podniesioną głową. Szybko się zaaklimatyzował. Podczas pierwszych zajęć usłyszał, że życie tutaj to wyłącznie zakazy i minusy za ich łamanie. Zbuntował się. Wdał się w dyskusję z terapeutą. Powołał się na prawa człowieka i przywileje, które powinny równoważyć zakazy i obowiązki. Rozkoszował się myślą o swojej racji. Był nawet z siebie dumny. Małe zwycięstwo przyniosło zapomnienie o wstydzie związanym z faktem, że znalazł się na odwyku.

Raz odkryty mechanizm, skuteczny, prowadzący do małych zwycięstw, stał się jak robak na haczyku. Połknął tego robaka i konsekwentnie, podczas całej terapii, inicjował rozmowy z tezami, które z góry planował podważyć, by udowodnić swoją rację.

Stał się wirtuozem wychwytywania z otoczenia wszystkiego, co rodziło jego sprzeciw, co pozwalało się buntować i przyznawać sobie słuszność. Ale były to ulotne, chwilowe i nietrwałe zwycięstwa. Niczego innego jednak nie znał i nawet się nie domyślał, że oprócz tej zatwardziałej pogoni za układaniem życia po swojemu, istnieje świat inny – konsekwentny inaczej. Czasem w sposób tak prosty, jak na to pozwala wątroba.

Być może ten świat przeczuwał, ale konsekwentnie go odrzucał. I już go nie zdążył doświadczyć. Natomiast jego bliscy doświadczyli bardzo mocno jego prostych konsekwencji. Stanęli przed koniecznością załatwiania formalności w zakładzie pogrzebowym.

Autorka akwareli: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz