Litraż

Czuł się pewnie. Tłumaczył swojemu terapeucie, że edukacja podstawowa nie jest mu potrzebna. Prosił go, by etap wstępny pominąć z uwagi na jego mocne postanowienie. Oznajmił lekarzowi z dumą, że przygotował plan wychodzenia z nałogu, dopracował go perfekcyjnie, więc chciałby skrócić czas terapii co najmniej o połowę, z uwagi na ciążące na nim zobowiązania zawodowe. Tak argumentował oficjalnie. W myśli roił sobie, że jakieś podstawy są dobre dla ludzi o wąskich horyzontach myślowych, którym logika szwankuje i nie potrafią kierować swoim życiem samodzielnie.

Dał się jednak namówić, choć twierdził, że to strata czasu. Wziął kilka kartek papieru nazywanych Przewodnik samopoznania. Przeczytał podtytuł: „Alkohol w moim życiu”. Ilość wypitego alkoholu w określonym czasie popularnie była nazywana na odwyku litrażem. Lekarz wytłumaczył mu, że praca nad litrażem, choć trudna i bolesna, w jego przypadku nie powinna sprawić mu kłopotu.

On też tak uważał po pobieżnym zapoznaniu się z Przewodnikiem. Szybko zorientował się, czego lekarz wymaga od pacjenta. Miał przelać na papier wspomnienia związane z miejscami, w których pił, z ilością wypitego alkoholu i okolicznościami, które temu towarzyszyły.

Zabrał się do pracy nonszalancko, pewny, że upora się z zadaniem w kilka minut. Pamięć miał doskonałą. Był zdyscyplinowany i logiczny. Rubryka po rubryce wpisywał cyfry, opisywał fakty. Przy niektórych z nich zatrzymywał się na dłużej. Wspominał miejsca spożywania, daty raczenia się, rodzaje trunków i okoliczności biesiad. Czuł nawet przyjemność, że jako umysł ścisły potrafi też przyprawić swoje wspomnienia wyrażeniami z języka literackiego. Używał synonimów, by suche fakty, mówiące o upijaniu, stały się mniej drastyczne i zdumiewające. A takie były. Nie mógł im zaprzeczyć.

Obliczył, że w ciągu ostatnich trzech lat wypił ok. 200-tu litrów alkoholu, co dawało 400 półlitrówek. Przestraszył się piętrzących się w wyobraźni i na papierze butelek, które opróżnił.

W trakcie liczenia zawiesił logikę na kołku. Zdał się na opis literacki. Musiał zmiękczyć swoje przerażenie, które obnażyło bolesną prawdę o nim samym. Nie chciał się przyznać, że alkohol ma za nic jego silną wolę. Przecież wiedział lepiej. Przecież był dla samego siebie perfekcyjny. Potrafił samodzielnie kierować swoim życiem.

Przy cyfrach określających ilość wypitego alkoholu dodawał komentarze. Był lekarzem, z niepamięci wypłynęli jego koledzy ze szpitala, pacjenci, których przyjmował, wykwintne restauracje, bankiety na sympozjach, wyróżnienia. Tym faktom nie mógł zaprzeczyć i nie chciał. Skupił się na nich. Przytulił je do siebie i poczuł, że jest to kawał jego życia, że te wszystkie cudowne chwile są osobistym dorobkiem i nieprzeciętnym osiągnięciem. „Litraż nie może przekreślić tego wszystkiego” – pomyślał.

Dokończył pisać wspomnienia, lecz wynik nie poruszył go. Pomyślał nawet, że gdyby jego wyliczenie przekroczyło wartość dwu-, a nawet trzykrotnie, niewiele by to znaczyło.

Oddał swój „litraż” terapeucie. Wyszedł z oddziału. Poszedł na parking. Wsiadł do samochodu i pojechał na stację benzynową. Odkręcił wlew paliwa, wcisnął saturator i uruchomił tankowanie. Poszedł do kasy. Przechodząc obok regału z napojami, odruchowo sięgnął po sześciopak piwa. Poczuł, że w porównaniu z pełnym bakiem samochodu, butelki, które trzymał w ręku, są nic nieznaczącym litrażem. Jako człowiek, który ma przecież wszystko pod kontrolą, zmodyfikował w locie perfekcyjny plan wychodzenia z nałogu. Patrząc na młodą ekspedientkę i regulując należność, powiedział do niej: „Trzeba umieć samodzielnie kierować własnym życiem”. Dziewczyna popatrzyła na niego zdziwiona.

Autorka akwareli: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz