Jan

W Socjusie postrzegany jest jako osoba wymagająca, a nawet przywołująca do porządku. Uważa, że jak ktoś zapisuje się do stowarzyszenia abstynenckiego, powinien oddać na rzecz organizacji kawałek swego życia, a także kawałek serca. To wewnętrzna potrzeba Jana. Jest regulaminowym wice-prezesem Socjusa.

Jedni pojawiają się na zebraniach naszego Stowarzyszenia raz w roku, przed wyjazdem na zlot abstynencki. Inni, tak jak Jan, przychodzą codziennie i oddają się do dyspozycji przy organizowaniu wszelkich działań statutowych i nie tylko. Jan na pewno ma rację, mówiąc: „Podpisując deklarację przystąpienia, oświadcza się tym samym, że jakąś cząstkę swoich zasobów odda się na rzecz wspólnego działania”. On oddaje dość sporo.

Dlaczego jest tak zaangażowany? Powody są różne. Z jednej strony, jako ojciec założyciel kilku Klubów Abstynenckich w Warszawie, jest świadomy, co znaczy trzeźwość i że warto pomagać innym. Wie, że chcąc utrzymać trzeźwość, trzeba mieć do tego odpowiednie warunki. Dla niego jest to przede wszystkim Stowarzyszenie oraz ludzie, którzy w nim przebywają. Przyznaje, że gdyby siedział w domu (obecnie jest pracującym emerytem), mogłoby się to dla niego źle skończyć. Więc angażuje się ponad zadeklarowane minimum. To zapewne pozwoliło mu osiągnąć „pełnoletniość”.

Jak dochodzi do tego, że alkoholik może świętować swoją osiemnastkę? Posłuchajmy Jana.

Ile czasu jesteś trzeźwy, to znaczy jak długo nie spożywasz napojów wyskokowych?

W tym roku mam osiemnastkę. Okrągła data. Mogę powiedzieć, że od tej chwili zaczynam być pełnoletni, choć tak naprawdę, od bardzo dawna jestem traktowany jak dorosły niepijący.

Chcesz powiedzieć, że od dawna jesteś świadomy swojej abstynencji?

Jakoś tak się stało, chyba dlatego, że jestem niespokojnym duchem, od początku działałem na rzecz ruchu abstynenckiego. Co więcej, współorganizowałem go, oczywiście nie wszędzie, nie w całej Polsce, ale w Warszawie. Więc pytając mnie o świadomość mojej abstynencji, uważam, że jest nią właśnie moje zaangażowanie, by pokazywać, że lepiej nie pić, jak pić.

Korci mnie, by ciągnąć temat i zapytać Cię o historię współorganizowania, o Twoją trzeźwościową świadomość, ale wydaje mi się, ba, jest chyba niezbędne, by najpierw przyjrzeć się temu, co nazywa się „jak to się zaczęło”. Zresztą o organizowaniu, dokonaniach, działaniach mówiłeś w książce „Stowarzyszenia Abstynenckie na Mazowszu”. Jest tam artykuł pt. Historia jednej rodziny, którego jesteś autorem. Więc aby nie powielać znanych faktów z Twego życia, powiedz proszę o swoim początku, nie tym zewnętrznym, ale wewnętrznym.

Zaczęło się od mojego sąsiada. Namawiał mnie na leczenie, do odwiedzenia klubu abstynenckiego. Tak jak ja był alkoholikiem, tylko on trzeźwiejącym, a ja smakującym. On już wiedział, czym jest choroba, a ja jeszcze nie. Więcej. Naśmiewałem się z jego namów, kpiłem, uważałem, że gadki o trzeźwym życiu, o nałogu, o staczaniu się są dla grzecznych chłopców, którzy wierzą w dyrdymały. Uważałem, wtedy, że kontroluję picie, że jestem panem sytuacji, że w każdej chwili mogę przestać. Oczywiście wybierałem opcję, która doprowadziła mnie do delirki.

Sięgnąłeś głęboko. Pamiętasz to zdarzenie?

Pamiętam. Siedziałem w pokoju. Na jednej ze ścian stała serwantka z naczyniami. I nagle wydało mi się, że za meblem siedzą moi kumple i imprezują. Zdenerwowałem się. Targnęło mną. Poderwałem się i chciałem dołączyć do popijawy, powiedzieć im, że są sukinsynami zostawiając mnie na aucie. Jakoś nie mogłem się tam wepchnąć. Wróciłem na miejsce. Żona patrzyła na mnie dziwnie. Zapytała, czego szukam. Wtedy to mnie się wydawało, że z nią coś jest nie tak, a nie ze mną. Machnąłem ręką. Czułem się rozdrażniony, bo zaczynało mnie suszyć. Wyszedłem z domu i poszedłem w miejsce gdzie spotykaliśmy się z kumplami przy wódce. Chciałem się po prostu zaprawić. Szybko zorganizowaliśmy butelkę wódki. Rozmawiamy. Zagrzewamy do boju. I kiedy przyszła kolej na moje picie, stało się coś dziwnego. Zobaczyłem kogoś, kogo nie było i powiedziałem z niechęcią, że niby po co ten ktoś przyszedł, że przychodzi po raz kolejny, żeby się załapać na darmowe picie. Znów zobaczyłem w kumplach to samo zdziwienie i zaskoczenie, które widziałem w oczach żony. Zorientowałem się, że zaczynam wariować. Wtedy poczułem, że coś się we mnie przestawia. Nie wiem, może ten ktoś, kogo widziałem w delirycznym zwidzie, był kimś w rodzaju zwrotnicowego, może nawet moim opiekunem, takim może od sił wyższych. Przyszedł i przestawił mnie na inny tor. Czułem się tak, jakbym obudził się ze snu. Nawet zapytałem, co ja tu robię. Odmówiłem picia. Opuściłem kumpli i wróciłem do domu z postanowieniem, że chcę się leczyć. Gładko nie było. Potykałem się jeszcze, ale jakoś mi się udało.

Jesteś trzeźwościowo pełnoletni. Tylko wiesz, z dowodem osobistym możesz teraz bez problemu kupować trunki…

Mogę, ale nie kupuję, co najwyżej te wyciskane z marchwi. Wiem, co masz na myśli. Alkoholikiem jest się już zawsze. Kontrolowane czy umiarkowane picie dla alkoholika nie istnieje. Każdy kto myśli, że jest inaczej, wcześniej czy później zacznie się wciskać za serwantkę. Tylko nie zawsze ma się szczęście. Bo jak się utknie, to klops. Może się okazać, że zwrotnicowy, przez ciasnotę, nie będzie mógł przestawić wajchy.

Subscribe to our newsletter!

Administrator Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz