Kto zapytał?

Rozstania, zrywanie znajomości, obrażanie się na przyjaciół to zjawiska codzienne, a nawet nieuchronne w życiu każdego z nas. Tak zwane miłości na zawsze i do końca życia przekształcają się, często po błahym incydencie, w swoje przeciwieństwa. Podobnie jest z przyjaźniami, znajomościami czy rodzinnymi związkami. Słowem, w relacjach dochodzi do zgrzytów, a po nich może nas dopaść otrzeźwienie. Mówimy sobie wtedy, że coś nie gra. Przyglądamy się i odkrywamy, że mamy przed sobą wroga, obcego człowieka, kogoś, kogo nie lubimy i nie chcemy mieć z nim do czynienia.

Dotychczasowy przyjaciel staje się obcym człowiekiem, do którego czujemy niechęć. Wygląda to tak, jakbyśmy stali się dla siebie niewygodni. Różnie wtedy się dzieje. Zrywamy znajomość albo udajemy, że nic się nie stało, a jedyną rzeczą, która niekiedy podtrzymuje relacje, jest obopólny interes rozumiany jako realizacja celów mających zapewnić każdej ze stron korzyści różne – towarzyskie, zawodowe, intymne, finansowe.

Zdarzyło mi się kilka razy, będąc w sytuacji konfliktu, zarzucić drugiej stronie, że tak naprawdę chodziło jej wyłącznie o interes. A to powodowało, że odruchowo się przed sobą usprawiedliwiłem, no bo przecież jak ktoś ubija interesy moim kosztem (nie muszą to być interesy finansowe) to ani chybi jest strasznym egoistą.

Tak wyglądają relacje często postrzegane jako „interes”. Wydaje się on być czymś w rodzaju musu narzucanego przez konieczność utrzymania się na wymarzonym poziomie życia. Więc tworzymy strategie działania, kierując się przede wszystkim własnym przetrwaniem. To niechybnie generuje określone zachowanie – można by je nazwać chronieniem własnych zasobów. A chronienie, w konsekwencji, wymusza na nas (albo dajemy temu przyzwolenie), zachowania egoistyczne. Bez nich nie da się przetrwać w świecie. One natomiast komplikują relacje między mną, a dotychczasowymi bliskimi „na śmierć i życie”. Więzy rozluźniają się, następuje „zmęczenie materiału”. Nie ma urządzenia zbudowanego na wieczność, tak jak nie ma przyjaźni na wieczność. Nadal jesteśmy tą samą osobą, a z drugiej nie tą samą, bo nasze nastawienie się zmieniło. Cóż w tym szczególnego?

Wydaje się, że tego typu zachowania są naszą strategią, której metody stosujemy być może po to, by nie zobaczyć samych siebie, w szerokim kontekście. z naszymi zaletami i wadami. Chodzi o to, by w chwili „zmęczenia materiału” dopuścić do siebie myśl, że niechęć do innych ma źródło w nas samych, a nie wyłącznie w tych, których obwiniamy, bo „to wszystko przez niego”, „on ma na uwadze wyłącznie własny interes”.

Temat stary jak świat. O tym się mówi wciąż z różnym skutkiem. Tak czy owak, chcąc naprawdę zgłębić temat, każdy z nas musi się udać osobiście do samego siebie. Oczywiście pod warunkiem, że w ogóle dostrzega się problem i chcemy dociec jakie są przyczyny rodzącej się niechęci do drugiego człowieka.

Skoro mamy cokolwiek dostrzec warto się zastanowić, kim jest ten, kto ma dostrzegać. Bo gdy zaczniemy dociekać przyczyny naszych niechęci, to oprócz samego dociekania, może warto zastanowić się, kto docieka i jakimi metodami się posługuje, usiłując wyjaśnić, dlaczego tego chama Waldka przestałem lubić! Czy warto się upierać przy tym, że jedynym sprawcą naszej niechęci jest ten drugi, ten Waldek?

Pozornie rzecz jest oczywista. Każdy kto się wysili i spróbuje odkryć, co popsuło się w relacjach, sięgnie po swoją wiedzę i będzie chciał wyjaśnić, co się stało. Jak wiadomo, możliwości analizowania są różne, co oznacza, że nasze wyjaśnienia tego samego zjawiska mogą się nie tylko wykluczać, ale nawet uzupełniać.

Wrócę do zachęty przyglądania się samemu sobie. Niech przykładem będzie ktoś z Socjusa. Trzeźwiejący alkoholik, który nie raz, nie dwa sięgał po kieliszek wódki i na setki sposobów tłumaczył sobie, dlaczego to robił, choć wiedział, że to zabija? Czy przyjrzał się samemu sobie? Czy działał wbrew temu, co jest jego istotą, wbrew temu kim naprawdę jest?

Inwencja twórcza każdego alkoholika, zwłaszcza w wiadomych sytuacjach, jest niewyczerpana. W tym przepadku różnice są niewielkie. Zdolny – mniej zdolny. Oczytany – mniej oczytany. Bystry – mniej bystry. W przypadku usprawiedliwiania swojego picia wszyscy, bez względu na różnice, jesteśmy lub byliśmy mistrzami kamuflażu, osiągającymi wirtuozerię w oszukiwaniu samych siebie. Jednak nie natknąłem się na nikogo, kto by mnie spytał, któż to jest ten, który kombinuje i staje się wirtuozem samo oszustwa.

Często wydaje mi się, że nie wiem, kim jestem. Oczywiście, zapytany o nazwisko podam je dokładnie. Nie mam też problemu z określeniem wysokości zarobków. Nawet listonosz wie, dzięki adresowi na kopercie, do kogo dostarczyć przesyłkę. Ba, w gąszczu miliarda adresów elektronicznych jestem bezbłędnie rozpoznawany przez ID. Bywam też czasem określany, jako dobry człowiek, ale też jako prześmiewca. Tylko to nadal są wewnętrzne i zewnętrzne atrybuty mnie określające i mówiące o mnie, że to właśnie ja jestem, atrybuty niezbędne chociażby po to, by obciążyć mnie za zużycie prądu i żebym mógł uświadomić sobie, że istnieję dzięki cechom, które mnie wyodrębniają. Ale czy tak naprawdę to cały ja?

W Socjusie często rozmawiamy. Nie przypominam sobie, by ktoś z nas zagadnął o to, kto rozmawia. Wiem, że ta propozycja wydaje się być trochę głupia. Dlaczego? Weźmy przykład pierwszy z brzegu, z salonu socjusowego, gdzie stoi stół bilardowy. Nagle pojawiam się i pytam obecnych (choć znam wszystkich), tych, którzy przyglądają się grającym – kto stoi przy stole? Reakcja moich kolegów i koleżanek jest do przewidzenia. Pomarszczyliby czoła zdziwieni. Może Szpenio, z którym znam się od lat, zapytałby mnie: Zwariowałeś, czy co? Ludzi nie poznajesz? Miałby zapewne absolutną rację, ale jego słowa nie zniechęcają mnie do zadawania pytań o to, kim jestem, kto zapytał?

Autorka akwareli: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz