Spacer ulicą 3 Maja

Żbików, najstarsza dzielnica Pruszkowa – jego miejsce, w którym się urodził. Czy to upragnione? Czy chciałby tam spędzić resztę życia? Kilkanaście lat wcześniej, kiedy szedł do lekarza na oddział odwykowy szpitala, pojęcie „moja miejscowość” nie istniało dla niego. Owszem, wiedział, że o Żbikowie, wsi kościelnej w gminie Ożarów, pisze się od 1236 roku. Szmat czasu. Historia. Tradycja. Cóż to jednak znaczyło, gdy kark przygniatało mu tysiąc problemów. Szedł przygnębiony ulicą 3 Maja i chciał jak najszybciej pozbyć się nałogu?

Idąc kładką nad torami, pod stopami miał kawałek historii miasta – dawna trasa kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, która w 1845 roku stała się czymś w rodzaju granicy rozdzielającej Pruszków na dwie części. Ale i ta wiedza, wtedy, do niczego nie była mu przydatna, choć w XIX wieku Pruszków zaczął się rozwijać dynamicznie, tak jak on, idąc do lekarza, chciał szybko pozałatwiać sprawy i wyjść na prostą.

Z historycznym bagażem doszedł do szpitala. Znalazł właściwy oddział. Skierowano go do odpowiedniego gabinetu. A tam? Lekarz przesuwał palec przed jego oczami. On wodził wzrokiem to w prawo, to w lewo. Następnie wyciągnął ręce, zamknął oczy i wskazującym palcem spróbował dotknąć czubka swojego nosa. Udało mu się. To samo zrobił drugą ręką z podobnym skutkiem. Na zakończenie badania lekarz opukał młoteczkiem jego kolana i łokcie.

– To wszystko, dziękuję – powiedział lekarz.

Uścisnęli sobie dłonie. Nim wyszedł z jego gabinetu, lekarz zachęcił go do uczestnictwa w społeczności, które miało miejsce na najniższym poziomie budynku.

Zszedł na dół niechętnie. Był tu już wcześniej. Nim został przyjęty na terapię musiał uczestniczyć w dwóch mitingach i dwóch sesjach terapeutycznych. Na jednym z takich spotkań usłyszał o „społeczności” i uznał to za jakieś nic nie znaczące i niepotrzebne trucie. Jemu się spieszyło. Chciał mieć z głowy te sesje i mityngi, bo uważał, że jest za mądry na dyrdymały. Tracenie czasu było mu nie na rękę.

Sala była pełna pacjentów. Usiadł na wolnym krześle z nadzieją, że nikt go nie zauważy i pomyślał, słowami Alighieriego z Boskiej komedii, o porzucaniu wszelkiej nadziei, którzy wchodzą gdzieś tam. Cytaty z literatury były mu potrzebne po to, by udowodnić sobie, że owo porzucanie nadziei jest może przydatne dla innych, ale na pewno nie dla niego. On miał nadzieję na szybkie załatwienie sprawy. Wmówił sobie, że z tak zwaną „społecznością” nie ma nic wspólnego.

W momencie, kiedy posiłkował się Boską komedią usłyszał rozlegający się głos kobiecy.

– Ktoś nowy do nas przyszedł? Zapraszamy. Może kilka słów o sobie?

Podszedł do stolika nazywanego „spikerskim”. Wręczono mu mikrofon.

Powiedział jak ma na imię, że mieszka w Pruszkowie i że ma problem z alkoholem. Przyznał, że trudno mu się z tym żyje, ale idzie szybkim krokiem w kierunku trzeźwienia. Nie wspomniał, że tak naprawdę nie umie poradzić sobie z nałogiem samodzielnie, a jego obecność na „społeczności” to prośba o pomoc.

– Powitajmy naszego kolegę – usłyszał kobietę.

Zebrani przez chwilę klaskali. Nie wiedział dlaczego. Celebrytą nie był. Stażu abstynenckiego nie miał żadnego, za który można zgarnąć nagrodę. Znał powierzchownie historię swego miasta, ale to też nie był powód, by go fetować. Pomyślał, że może te brawa są za jego wyjątkowość, za jego nadzieję, że sprawy pójdą gładko i szybko. Nie poszły!

Przez kolejne lata zapijał. Wielokrotnie stukał do drzwi gabinetów lekarskich. Powoli trzeźwiał. Pojawiał się na sesjach i wciąż się spieszył, mając nadzieję, że załatwi swoje problemy szybko. Jednak sięgnął dna, a wraz z tym stracił nadzieję. Miał jednak szczęście. Znał Boską komedię i słowa o porzucaniu nadziei. Przyjrzał się im uważnie i zaczęło mu się wydawać, że porzucanie nadziei to nic innego, jak cierpliwość. Zauważył, że pośpiech i szukanie natychmiastowych rozwiązań prowadzi do jeszcze większych kłopotów.

Zapadł się w sobie. Stał się cichy. Wypalony do cna zajrzał pod dno, którego sięgnął, mając nadzieję, że znajdzie tam czas potrzebny do trzeźwienia. I o dziwo, nie znalazł tam upragnionego dla siebie czasu. Znalazł samego siebie. Jako autora. Oczywiście nie żadnego dzieła literackiego, lecz twórcę własnych problemów. Dostrzegł swój pośpiech zrodzony z oceniania, porównywania, gdybania, pychy i całego mnóstwa rzeczy, których się przestraszył. A strach sprawił, że zapadł się jeszcze głębiej w siebie i było to przeżycie niemal jak śmierć. Dotknął swojego nawyku obśmiewania innych, szufladkowania wszystkiego, co się dało, zaklejania swojego wnętrza szyldami: to jest dobre, to jest złe, to napiętnuję, a z tym się zgadzam, to jest wygodne, a tamto trzeba podeptać.

Zapragnął się uwolnić. Ożywił się. Postanowił działać. Zaczął układać listę czynności, którymi powinien się posłużyć, by wykasować zawartość „kosza”. Coś go jednak tknęło i zreflektował się. Zrozumiał, że układanie listy i działanie punkt po punkcie znów wpędzi go w rutynę, rozgorączkowanie, pośpiech i zaprowadzi donikąd.

Przestał myśleć o tym, że chce być mądrzejszy, lepszy, wyróżniający. Spoglądając przez okno, zrezygnował z chęci, by cokolwiek osiągać metodycznie i na siłę. Wybrał się na spacer ulicą 3 Maja. Wsłuchał się w rytm swoich kroków. Śladów po XIII-to wiecznym Żbikowie nie znalazł. Po kolei Warszawsko-Wiedeńskiej został budynek dworca. Czuł w sobie oddech swojego miasta. Żbików był, a on w nim, tak jak on był w Żbikowie.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz