Beata

Zespół muzyczny „Trapiści”, od początku swojego istnienia, był dla wielu ludzi intrygujący. Lata 60-te, w Polsce komuna, i nagle na scenie (w prezbiterium), w podwarszawskiej miejscowości, w kościele, do mszy grają muzycy nazywani bigbitowcami. Szok i niedowierzanie. Co? Jak? W świętym miejscu? Pod stopami ukrzyżowanego?

Takie były początki „Trapistów”, których los, siła wyższa, czy tak zwane nieuchronne, w pewnym momencie, ich muzycznej drogi, rzuciły w ramiona „Socjusa”.

Zespół zadomowił się w willi „Pod bocianem”. Znalazł dla siebie miejsce nie tylko, by szlifować swój warsztat, stroić instrumenty i mościć się na niewielu metrach kwadratowych, ale też by poznawać środowisko abstynenckie, współtworzyć je niejako i dawać z siebie to, co ma najlepszego – muzykę. A muzyka? Potrafi cuda czynić. Leczyć rany. Koić nerwy.

O „Trapistach” i nie tylko o nich, mówi Beata, wokalistka zespołu. Po cichu, przez niektórych członków Stowarzyszenia „Socjus”, nazywana duszą owej, z dawna nazywanej bigbitowcami, grupy.

Może zacznijmy rozmowę, której nie poprzedzi pytanie. Wyobraźmy sobie spotkanie przy kawie. I tak od słowa do słowa, od ciastka do filiżanki gaworzymy sobie, a Ty przypominasz sobie dzieciństwo.

Od niedawna zamieszkałam w Białymstoku, od momentu, kiedy zmarła moja babcia. Nagle okazało się, że został po niej pusty dom. To było rodzinne gniazdo, które pamiętałam z każdych wakacji, które kojarzyłam z czymś dobrym i bezpiecznym. Sprzedać? To jest proste rozwiązanie, lecz dom pełen mojego dzieciństwa, dobrych chwil, tych najlepszych i beztroskich… Nie mogłam. Po rozmowach z mężem, postanowiliśmy się przenieść do Białegostoku.

Spory wysiłek.

Przyjazdy do Pruszkowa, do willi „Pod bocianem”, na próby zespołu łączę z innymi sprawami, więc nie jest to uciążliwe. Warszawa nadal jest moim miastem. Tu się urodziłam, tu urodziły się moje dzieci, tu jest moja mama i przyjaciółka Kasia, z którą gram i śpiewam.

Z tego wynika, że „Trapiści” to jedna z przygód w Twoim życiu?

W pewnym sensie można powiedzieć, że tak. Przygoda, jako splot epizodów w życiu, prowadzących każdego z nas zawsze w to samo miejsce, i choć ta nieuchronna docelowość zawsze tak samo się kończy, była to przygoda, i jest, pełna ludzi, muzyki, nowych wyzwań, odkryć, zmagania się z sobą i nowych projektów. Jednym z nich jest duet „8 Muza”, który tworzę z Kasią od czasów szkoły średniej.

Moje życie muzyczne było bogate. Grałam w Zespole Pieśni i Tańca Politechniki Warszawskiej. Byłam też instruktorem w Szkole Podoficerskiej. Uczyłam tam ludzi przygotowujących się do grania w orkiestrach wojskowych. Zakres tej edukacji obejmował flety i zespoły kameralne.

Twój mąż jest żołnierzem. Czy tam go poznałaś?

Nie. Poznałam go na wycieczce narciarskiej. Obecnie jest już w cywilu. Wracając do wątków moich przygód muzycznych to była jeszcze orkiestra dęta w Radzyminie. Przez jakiś czas uczyłam dzieci niewidome w Laskach. W zespole „5 Muza” poznałam Marcina i tak znalazłam się w zespole „Trapiści”, no i siłą rzeczy w „Socjusie”. Wyjaśnię, że „5 Muza” i „8 Muza” to dwa odrębne projekty.

Końcówka roku 2022 była dla Ciebie intensywna. Sporo koncertowałaś z „Trapistami”, a to wiązało się z podróżami. Białystok, Warszawa, Pruszków, Płock, Pułtusk.

To jest kwestia dobrej organizacji i dyscypliny. Łączenie życia rodzinnego, zawodowego, muzycznego jest trudne, ale wykonalne. Nie mam, z tą organizacją, większych kłopotów. Jak coś niesie z sobą radość, daje satysfakcję sprawy idą jak z płatka. Przy tym jestem wśród ludzi, mam na myśli „Trapistów”, których lubię, z którymi tworzymy zgrany zespół, pełen dobrych fluidów, więc w takiej dobrej atmosferze czas, zmęczenie, borykanie się z przeszkodami, bo te zawsze są, może nie znikają, ale schodzą na dalszy plan, są ledwie zauważalne.

Muzyka pojawiła się w Twoim życiu jako pierwsza i nie mam wątpliwości, że tak właśnie jest. Później były – śpiewanie, instrumenty, scena. W jakiej kolejności, ten muzyczny świat chwytał Cię w swoje objęcia?

Najpierw była szkoła muzyczna w Warszawie na Tyszkiewicza. Pierwszy był fortepian. Po czterech latach edukacji stwierdziłam, że chciałabym grać na flecie poprzecznym. I tak się stało. Fortepian zszedł na drugą pozycję. Kolejnym etapem była średnia szkoła muzyczna, następnie akademia na Okólniku.

O kolejności trudno jest mówić, bo to jest tak, jak z kurą i jajkiem. Instrument i śpiew niejako współtworzyły się, przeplatały. Bo przecież edukacja muzyczna, to nie tylko gra na instrumencie, ale też śpiewanie w chórach czy to w szkole muzycznej pierwszego stopnia czy na akademii.

Czy msza bitowa, jako forma wokalno-instrumentalna, zapoczątkowana przez „Czerwono Czarnych w Podkowie Leśnej za tak zwanej komuny, a kontynuowana przez Trapistów”, stała się dla Ciebie czymś szczególnym? Czy ta forma ekspresji artystycznej różni się czymś od form tych codziennych, popularnych?

Od pierwszego usłyszenia mnie to porwało. Przetarłam oczy, bo było to inne, nieznane, wciągające i tworzące inną przestrzeń, inną od tej codziennej, jak powiedziałeś. Oczywiście nie jest tak, że wychodziłam na scenę, to znaczy wychodził zespół, w tym przypadku mówię o swoim przeżywaniu mszy bitowej, i nagle zostawiałam świat muzyki popularnej na boku i nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. Nie. Gdzieś wszystko się łączyło, a mimo to wyśpiewywana i wygrywana msza przez zespół, odrywała od „przyziemnego”. Ta mieszanka śpiewu chóralnego, rockowego, pozwala mi przekroczyć coś, i nie tylko w sensie zewnętrznym, ale też gdzieś wewnątrz mnie. Myślę, że ze słuchaczami dzieje się podobnie. To widać po ich reakcjach.

Miałam do czynienia z przeróżnymi gatunkami muzycznymi. Msza bitowa łączy te wszystkie gatunki, pozwala popłynąć korzystając z własnego warsztatu bez wysiłku, bez przyglądania się jak mi wychodzi, czy fajnie, czy dobrze. Pozwala nie oglądać się na efekt. Jednocześnie skupia i ogniskuje jakieś nieznane we mnie wątki, przeczucia. Dodaje spokoju. Wydaje mi się, że jest to uczestnictwo w nabożeństwie bez potrzeby wchodzenia do kościoła.
Zwykle na występach fiksuję się na szczegółach. Wyobrażam sobie, że to musi wypalić, być naj, a w przypadku mszy jest inaczej. Jest spokój bez przymuszania się. Po prostu jest to śpiewanie od serca. Jest w tym sens. Są ludzie. Jest wspólne odkrywanie tego co ważne, a na co dzień niezauważane. To jest taka szersza perspektywa, która uskrzydla, koi i pozwala odwrócić się od naszych stresów i tego przynaglania się do „naj”. Czuję się wtedy zaopiekowana i prowadzona.

Przez 5-tą Muzę do „Trapistów”. Podobne przyciąga podobne. Gdyby zastosować tę zasadę do Twojego pojawienia się w „Socjusie”, jako miejscu prób, jako miejscu spotykania się z przyjaciółmi, to czy zauważasz jakieś podobieństwa, jakieś wspólne elementy, które sprawiły, że bywasz „Pod bocianem”?

Nie wierzę w przypadki. Kiedy pojawiłam się w „Socjusie” w mojej rodzinie sprawy potoczyły się w złym kierunku. Ale to nie „Socjus” sprawił, że tak się stało. Chcę powiedzieć, że ten pozorny przypadek sprawił, że obok muzycznych powodów, dla których się tu znalazłam, były też inne, o których wtedy nie wiedziałam. Chodzi o uzależnienia osoby z rodziny. I nagle, te złe sprawy, które bardzo mnie dotknęły, znalazły się ze mną tutaj, w miejscu, gdzie dowiedziałam się, że uzależnienie od środków psychoaktywnych jest chorobą. Że można sobie z nimi radzić, leczyć. I co najważniejsze, nie zostawać z nimi samemu. Krótko mówiąc, znalazłam tutaj wsparcie i ludzi, którzy mi pomogli w tym złym dla mnie czasie i pokazali mi, że sprawa nie jest stracona i że istnieje droga od nałogu do wolności. Więc to bywanie tutaj, tak naprawdę stało się moim miejscem, w którym czuję się jak u siebie w domu.

Subscribe to our newsletter!

Administrator Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz