Julia

Wydaje się, że świat biegnie od punku A, do punktu B. Od zdarzenia, do zdarzenia, które się wyłaniają w sposób przyczynowo skutkowy. Co jednak powiedzieć, kiedy idzie człowiek na spotkanie do Centrum Kultury i Sportu w Pruszkowie, na imprezę zorganizowaną przez redakcję czasopisma Pruszkowskie Wieści i jego wydawcę „Socjusa”, siada wygodnie, przysłuchuje się rozmowom o sporcie ujętym nieschematycznie i niestandardowo (walka na miecze, pływanie w przeręblu). I nagle przed gośćmi pojawia się czarny łabędź.

No to przyczyna i skutek tracą liniowość – na scenę wkracza nieprzewidziana postać. To znaczy przewidziana w programie, ale nieprzewidziany był rezultat jej występu. Idąc dalej, należy powiedzieć, że tą postacią jest młoda 17-letnia wokalistka Julia, która swoim głosem, można by rzec – „posiadła dar wydobywania z duszy dźwięków” i podbiła serca słuchających. Akompaniował jej gitarzysta Piotr, który zagościł już na łamach naszego bloga (tutaj o Piotrze).

Aby się przyjrzeć dziewczynie, poznać ją lepiej, zajrzeć w kuluary i posłuchać, co w trawie piszczy, to znaczy dowiedzieć się, jak to z Julią było, „Socjus” postanowił z Julią porozmawiać.

Oczywiście celem rozmowy nie jest udowadnianie tezy, czy ktoś umie wydobywać dźwięki z duszy, czy nie umie (tego można się dowiedzieć idąc na koncert Julii lub wejść i obejrzeć tutaj). Celem była zwykła ciekawość, która stała się pretekstem do spisania rozmowy z Julią.

Czy pamiętasz dzień, w którym uświadomiłaś sobie, że zaczyna wychodzić Ci śpiewanie, kiedy poczułaś, że występ na scenie jest Twoją pasją.

Myślę, że pamiętam. Już w przedszkolu, na jednym z przedstawień z tańcami krakowskimi i śpiewaniem, wtedy był to występ w grupie z innymi dziećmi, moimi rówieśnikami, zobaczyłam, że uczestnictwo w spektaklu sprawia mi wiele radości. Najpierw były przygotowania. Próby. Ubieranie się, inne od tego codziennego. To był chyba ten moment, kiedy ujrzałam, że istnieje świat praktyczny, kiedy się wstaje, ubiera, je śniadanie, jest się zaprowadzanym do przedszkola i nagle uświadamiasz sobie, wtedy to było chyba uświadamianie bardziej w sferze emocji niż jakieś refleksji, że jest też coś więcej, co uskrzydla, odrywa od ziemi, pokazuje, że oprócz tego, co można dotknąć, zobaczyć, jest też świat piękna, za którym się tęskni. I to mnie przyciągnęło tak mocno, że już wtedy odkryłam ten świat i wiedziałam, że głosem otworzę drzwi do niego. Chciałam po prostu w nim być.

Nim te drzwi uchyliły się przede mną, najpierw przestąpiłam próg Domu Kultury na Pradze Północ. Tam stawiałam pierwsze kroki wokalne. Później był klub alternatywny Caritas diecezji Warszawsko-Praskiej gdzie przez lata uczyłam się śpiewać. Wreszcie lekcje prywatne. I tak krok po kroku, uczestnicząc w konkursach wokalnych, czasem w przedstawieniach teatralnych, kształciłam swój głos i chyba samą siebie.

Przyjrzyjmy się przez chwilę konkursom. Są to wydarzenia niezwykle ważne w życiu artysty. Który z nich najbardziej utkwił Ci w pamięci?

Do tego najbardziej zapamiętanego wydarzenia doprowadził mnie Meridian Festival. To był konkurs angielskiej piosenki, w Warszawie – wygrałam go. Chwilę później, po kilku dniach, odezwał się telefon. Zostałam po prostu zauważona.

Zaproponowano mi, konsultując wszystko z rodzicami, wyjazd na Międzynarodowy Festiwal (International Festival of Language and Culture), przypominający obecną Eurowizję. Propozycja była niezwykle interesująca, ponieważ mogłam wybrać jedno z państw: Stany Zjednoczone, Belgia, Wielka Brytania, Australia. Wybrałam Australię. Pojechałam tam z siostrą. Dla czternastolatki było to wydarzenie niezwykłe. Rówieśnicy z innych państw, inna kultura, inne obyczaje. Moje wokalne widzenie, a raczej słyszenie, bardzo się poszerzyło. A na koniec Festiwalu musical. My, wszyscy tam obecni, wspólnie śpiewamy i tańczymy. Jest telewizja transmitująca spektakl. I ja, w tym wszystkim, w tym oszałamiającym dla mnie wtedy świecie, reprezentuję Polskę ubrana w tradycyjny polski strój ludowy, bo taki był warunek organizatorów Festiwalu, jestem jak we śnie i zaczynam coraz bardziej otwierać drzwi do tego mojego przeczutego w przedszkolu świata piękna.

Wiem, że doszukiwanie się związków artystyczno-pokoleniowych, niekoniecznie się sprawdza. Praktyka pokazuje, że utalentowani ludzie wcale nie muszą pochodzić z rodzin, w których śpiewano, grano, tańczono czy choćby słuchano muzyki. Jak było w Twoim domu?

Nie przypominam sobie, by była jakaś tradycja muzyczna. Ani mama, ani tata, przynajmniej nic o tym nie wiem, nie są uzdolnieni wokalno-muzycznie. Owszem, siostra ma podobny głos do mnie i też śpiewa, ale w tym przypadku nie jest to związek pokoleniowy. Obydwie chodziłyśmy do szkoły muzycznej.

Twoje występy na scenie, te z nich, które uznałaś za poważne, które przestały być czymś w rodzaju poszukiwań swojego wyrazu (choć te poszukiwania pewnie nigdy się nie kończą), badaniem swoich możliwości, a stały się świadomą kreacją i relacją ze słuchaczami. Od czego to się zaczęło?

Na jednym z konkursów „Mam talent” poznałam Marka. Zajmował się podkładaniem melodii, Był też w jury. Prywatnie był członkiem zespołu „ALBOCO” – grał w nim na gitarze basowej. Właśnie on zaproponował mi, bym została wokalistką wspomnianego zespołu. Zgodziłam się. Po nitce do kłębka, poznałam kolejnego gitarzystę „ALBOCO” – Piotra. Gdy usłyszał, jak śpiewam, podszedł do mnie i powiedział, że przymierza się do realizacji muzycznego projektu opartego na coverach. Zaczęliśmy wspólne próby i występy, a z nich narodził się duet „Voice Acoustic Band”.

Podczas jednej z prób zespołu „ALBOCO” Marek, zapytał mnie, czy piszę, czy mam jakieś autorskie teksty. Może był to przypadek, a może jest tak, że ludzie pytają o takie rzeczy, tak na wszelki wypadek. Chyba dojrzałam wtedy do własnych piosenek. Jak wiele osób, miałam trudny okres w swoim życiu. Chciałam o tym powiedzieć, wyżalić się, żeby było lżej, więc zaczęłam pisać. Powiedziałam Markowi, że coś tam mam. Był to rodzaj dziennika. Wspólnie, na podstawie moich zapisków, ułożyliśmy kilka zwrotek, refren i tak to poszło. Autorem melodii był Piotr. W trójkę, krok po kroku, udało nam się stworzyć piosenkę „Chcę odlecieć”.

Pisząc własne teksty, a później je śpiewając, odkryłam, że śpiew jest moją wielką pasją, że jestem jego częścią. Mogłabym powiedzieć, że może mieć to związek z tym, o czym mówiłeś wcześniej – o doszukiwaniu się początków w przeszłości.

Mój tata jest Romem. Mama, w połowie Polką, w połowie Romką. Każdy wie, że społeczność romska to ludzie, którzy lubią tańczyć i śpiewać. Czy to ma jakiś związek z moją drogą muzyczną? Kto wie.

Może w spadku otrzymałam też „Ederlezi”? Jest to nieformalny hymn romski, bardzo emocjonalny. Z Piotrem, postanowiliśmy włączyć ten utwór do naszego repertuaru. Na koncertach, nie wszystkich, śpiewam tę pieśń. Jestem z nią związana. Czy to oznacza, że odziedziczyłam pasję do śpiewu? Być może.

Subscribe to our newsletter!

Administrator Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz