Kotka psycholożka

Woń kocich odchodów utrzymywał się od kilku tygodni. Ilekroć przychodziłem i zasiadałem do komputera wyczuwałem smród. Ten stan rzeczy tłumaczyłem sobie nieopodal stojącą kuwetą. Ot, potrzeba fizjologiczna jak każdej istoty, więc muszę się przyzwyczaić do sytuacji nieprzyjemnej, przekształcić ją w neutralną, choć idealnym stanem rzeczy, byłby rozchodzący się zapach jaśminu. Trudno, mówiłem. Kotka nie umie korzystać z łazienki, tak jak ja nie umiem zrobić czary mary i zręcznym zaklęciem przekształcić układu trawiennego futrzaczki w maszynkę produkującą woń kwiatową.

Przyzwyczaiłem się, bo jakie ma się wyjście, gdy mieszka się z kotką od lat 14-tu, głaszcze się jej sierść też od lat 14-tu, pozwala jej się mościć w szafie na swetrach z dobrej wełny, a od święta wpuszcza ją pod kołdrę.

Coś jednak mi nie grało. Chodziło o intensywność, bo ta intensywność nie zgadzała się z moim rozumowaniem. Przecież żwirek w kuwecie neutralizuje ostrość fizjologicznej kociej czynności – analizowałem – więc to co czułem nosem powinno być mniejsze co najmniej o 50 procent. A nie było. I nagle kotka się wsypała. Może nie zwróciła uwagi na moje ciche siedzenie przed komputerem. Zakradła się w ustronne miejsce pod moim biurkiem, niewidoczne, przykurzone, do którego nie docierało światło naturalne ani sztuczne. Po załatwieniu potrzeby darła pazurami po klepce jakby chciała zatrzeć ślady.

Zainteresowałem się kotki nadaktywnością w nietypowym miejscu. Odsunąłem biurko i… o zgrozo! – te kilka tygodni mojego węchowego tolerowania znalazło swój finał. Natychmiast uznałem, że to co mi zrobiono, to złośliwość rzeczy żywych. Odsądziłem kotkę od czci i wiary. Przypisałem jej działanie z premedytacją. W myślach ułożyłem listę motywatorów, którymi zwierzak kierował się, chcąc mi dokuczyć, tudzież pokazać kto w domu jest szefem, słowem zwierzęca złośliwość nie ma granic.

Wściekłem się. Pierwszy odruch to: kotka przeprowadza się na dwór. Wziąłem ją za fraki i wystawiłem za okno, na taras.

Ochłonąłem nieco, gdy żona zwróciła mi uwagę mówiąc, że po czternastu latach wspólnego bycia, nie można ot tak, starej przyjaciółki (14-letni kot jest staruszkiem. Kotki wieku się nie podaje), wystawić na pogodowe kaprysy. Zaczęła głośno rozważać. Szukać przyczyny, dlaczego kotka korzysta z zakamarków mebli, a nie z kuwety. Zatelefonowała do znajomej, ekspertki od kociej psychologii.

W tym czasie przyjrzałem się (na spokojnie) sytuacji i słowom żony. Przywołałem się do faktów, a one wcale nie były takie, jak te, które w złości zobaczyłem w swojej wyobraźni, w swojej wykreowanej rzeczywistości. W faktach nie było śladu kocich motywatorów.

Wyobrażone fakty stały się dla mnie ważniejsze. Zobaczyłem jak bardzo jestem do nich przywiązany, jak bardzo mnie pociągają. Jak stały się ważniejsze od tego, co jest. Jak real zastępuję fikcją.

Broniłem się przed tym odkryciem. Bo skoro tak tę wyobrażoną rzeczywistość polubiłem, to ona musiała mi sprawiać przyjemność. Zapachniało mi sadyzmem. Wyzłośliwianie się na kimś, nawet na kotce, jest przyjemne?! Coś w tym było. Wświdrowałem się w ten sadyzm, tak jak kotki zapach wświdrowywał mi się do nosa przez kilka tygodni i stwierdziłem, że tak właśnie jest.

Moja fikcja była jak źródło energii, jak alkohol niezbędny, by zasilić moje poczucie, że kieruje własnym życiem, że jestem panem sytuacji, że to ja urabiam, a nie jestem urabiany, że podług mojego widzimisię dziać się musi, że to wszystko jest mi potrzebne do utwierdzania się, że w ogóle jestem.

Zareagowałem, na kotki odstępstwo od standardu, posługując się „przyjemnym wzorcem”, w tym sensie przyjemnym, że zamiast zobaczyć fakty i nimi się posłużyć do wyjaśnienia sytuacji, wybrałem to co powinno być, będąc pewny, że ścieram się z kotką – kot jako ktoś, komu trzeba udowodnić własne racje. Przekonanie, że ma się racje jest przyjemne.

No ręce mi opadły na myśl, że jestem sadystą! Popadłbym pewnie w przygnębienie, ale telefoniczne wyjaśnienia kociej psycholożki, przyszły z odsieczą i rozproszyły narastające złe samopoczucie. Podczas rozmowy z moją żoną od razu zapytała (ekspertka), czy może pojawił się w domu nowy kot. Pojawił się. A jakże! Mniejsza jak i dlaczego!

Każdy, kto przyjaźni się z kotką/em z pewnością wie, dlaczego kotka zawędrowała pod biurko, a nie do kuwety (tych, którzy nie wiedzą odsyłam do fachowej, kociej, literatury). Ale nie to jest istotą tej historii, choć ona dominuje, nadaje ramy i spaja w całość elementy, pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego.

Najistotniejsza, o priorytetowym nominale (w zaistniałej sytuacji), stała się psychologiczna porada, której, świadomie lub nie (kto tam wie co koty kombinują?) udzielił futrzak. Moja kotka? Może mój osobisty psycholog?

Autorka akwareli: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Jeden komentarz

  1. Ama Terasu
    2023-01-25

    Bardzo fajny tekst. Sufi powiedziałby, że Allah zsyła sytuacje ku nauce. Tak to gówno może być źródłem mądrości. Kim jest Budda? Kawałkiem gówna przy drodze.

Dodaj komentarz