Piotr

Piotr, bez problemu alkoholowego, nie będąc formalnym członkiem Stowarzyszenia „Socjus”, pojawia się na naszym blogu w dziale „Ja, Ty, Ono, My”. Dlaczego? Przecież nasi socjusowcy, z dziada pradziada, z dorobkiem, oddani, bywający i działający, z litery prawa i przyzwoitości, powinni zagościć najpierw, powiedzieć o sobie, o nas, o wspólnych troskach i zmaganiu się.

Tak, na taką kolejność wskazuje logika i dobre obyczaje, ale w tym przypadku chodzi o muzykę, a jak wiadomo muzyka łagodzi obyczaje. Przy tym Piotr powiedział coś, co warto już teraz ujawnić. Chodzi o paradoks, którym Piotr się z nami podzielił. Otóż powiedział on, że głośnym można wyciszać. Czy można? Zobaczmy sami.

Jak trafiłeś do Socjusa?
Miałem to szczęście, że nie byłem i nie jestem uzależniony. Okazjonalnie piję. Miałem w swoim życiu dość długi epizod abstynencki, choć mówiąc „epizod” wiem, że skojarzenia wywołane tym słowem, przynajmniej w środowisku socjusowym, mogą mieć wydźwięk osobliwy.

Więc ten epizod, 12-to letni, do 30-tego roku życia, to nic innego jak świadoma abstynencja, wybór mój i mojej dziewczyny, która później została moją żoną. Byłem wtedy instruktorem w Związku Harcerstwa Polskiego. Postanowiłem, wraz z moją drugą połówką (śmiech), że skoro działamy na rzecz innych, w okresie życia, który jest dla młodego człowieka dość gorący, powinniśmy to robić trzeźwi. I robiliśmy.

Do Socjusa trafiłem przez moich kolegów, Roberta i Jurka. Mogę powiedzieć, że moja znajomość z Socjusem to kontakty muzyczne z okresu mojego grania w zespole „ALBOCO”. Stało się tak, że z dnia na dzień zespół znalazł się na ulicy. Nie mieliśmy gdzie ćwiczyć. I nagle dowiaduję się od moich kolegów, że jest takie miejsce w Pruszkowie, nazywane „Pod bocianem” (siedziba Stowarzyszenia Rodzin Abstynenckich „Socjus”), gdzie można robić próby.

Zrobiliśmy przymiarkę, porozmawialiśmy, ustaliliśmy szczegóły ewentualnego próbowania. Tak się zaczęła moja znajomość z Socjusem. A jak się trochę oswoiłem, kolega z zespołu, Jurek, zaproponował mi, bym dołączył do zespołu „Trapiści”, który od jakiegoś czasu znalazł schronienie „Pod bocianem”. Dołączyłem. Oprócz tego, że jestem gitarzystą we wspomnianym zespole, stałem się i jestem bez-nałogową częścią Socjusa. Tak. Okazuje się, że Socjus może być miejscem też dla osób, które nie miały epizodów w swoim życiu.

Muzyczny początek
Zaczęło się w domu rodzinnym. Mój ojciec, fan muzyki różnej, słuchając rocka, bitu, klasyki, trochę disco, słowem dom wypełniony muzyką, sprawił, że złapałem muzycznego bakcyla. Zapragnąłem dołączyć do świata dźwięków, ale nie wyłącznie jako słuchacz. Sięgnąłem po gitarę i spróbowałem. Akurat tak się stało, że z tym bakcylem, wraz z drużyną harcerską, znalazłem się na wycieczce w Związku Radzieckim. Przypadkiem lub nie, trafiłem tam na swoją pierwszą gitarę, którą kupiłem za 22 ruble.

Wydaje się, że kupno gitary to wejście do sklepu, wskazanie instrumentu, uiszczenie kwoty i już. Tak nie było. Swoje wystałem, jak to bywało w państwach Demokracji Ludowej. Kolejka do sklepu muzycznego składała się z co najmniej stu osób, a gitarę odebrałem wprost z samochodu dostawczego.

Po powrocie do Polski rozpocząłem swoją edukację muzyczną. Najpierw rzeczy proste, chwyty, i tak krok po kroku przedzierałem się przez własne słabości wsłuchany w piosenki Jacka Kaczmarskiego. Wyznaczyłem sobie cel. Uznałem, że jako harcerz powinienem zagrać tak jak nasz polski bard. Pewnie był to wybór moich ambicji, mojej chęci zaimponowania innym, ale tak naprawdę, jak muzyka w duszy gra, to trzeba to robić, bez względu na motywację. Więc nie oglądając się na przeciwności losu zacząłem ćwiczyć i tak dobrze mi poszło, że zostałem zauważony.

Później pojawiła się gitara elektryczna firmy Hyundai, odpowiedniego kształtu, bo wtedy, w okresie PRL-u, takie szczegóły były niezwykle ważne. I tak samoucząc się, jeżdżąc, chodząc czasem na lekcje do zawodowców, grałem i mocowałem się z magnetofonem kasetowym. Tak właśnie wyglądała moja nauka na początku. Zdobywałem taśmy magnetofonowe i odtwarzając je, cofając po wielokroć, słuchałem, próbowałem i wypracowywałem swój warsztat muzyczny.

W międzyczasie próbowałem śpiewać, ale nigdy nie zamierzałem zostać wokalistą. Znałem swoje możliwości głosowe i je znam, ale zdarzało się, że proszono mnie, bym zabierał głos, tym bardziej, że jako chłopak pływałem na łódkach, więc pod żaglami, z gitarą, grać bez śpiewania szanty, to tak jakby pływać po piachu. Czasem więc śpiewałem, ale te próby wokalne były bardziej wsparciem mojego grania, a nie głównym nurtem mojej przygody z muzyką. Choć przyznaję, że szanty stały się przyczyną pewnych śmiesznych sytuacji w moim życiu.

Rzecz miała miejsce w Ustce, kiedy byłem na szkoleniu w ramach zasadniczej służby wojskowej. Przysposabiano mnie do bycia marynarzem na okręcie podwodnym. Stałem na apelu, wśród 1400-tu chłopaków, przeszkolonych podwodnie, ubranych jednakowo, z identycznymi workami marynarskimi i ja, jako jedyny, z dodatkowym bagażem – z gitarą. Wyglądałem jak biały wróbel wśród stada gawronów. Wzbudzałem ciekawość i zdziwienie. To granie w duszy chyba było widoczne, bo jak wytłumaczyć to, że moi dowódcy pozwolili mi zabrać ze sobą instrument pod wodę?

Czym jest muzyka dla ciebie? Jak w tobie gra?
Na pewno jest ważna i nieustannie, przez kilkadziesiąt lat, odciskała się na moim życiu. Byłem chyba takim sposobnym naczyniem do tego odciskania. Wiele osób słucha muzyki, tak jak ja słuchałem jej w domu, ale nie każdy chwyta nagle za gitarę i wie, może nie od początku świadomie, co będzie w życiu robił i co jest jego pasją. Być może muzyka ustrzegła mnie przed epizodami alkoholowymi. Nigdy tak o tym nie myślałem, ale będąc w takim miejscu jak Socjus trzeba się bardzo wysilić, by nie natknąć się na refleksje o uzależnieniach.

Muzyka mnie łagodzi, pozwala się wyciszyć. Paradoks? Głośne wycisza? Tylko pozornie. Na próbach, czy podczas występów, jest bardzo głośno. Ale wtedy oddaję się gitarze, wchodzę w przestrzeń dźwięków, staję się niejako nieobecny dla samego siebie. Niby odrębny, a jednocześnie zespolony z bębnami, keyboardem, fletem – z pozostałymi członkami zespołu: Beatą, Michałem, Jurkiem…

Nie jestem muzykiem zawodowym. Muzyka nie jest moim głównym źródłem utrzymania, ale mnie stabilizuje, zatrzymuje mój pośpiech, umożliwia zaglądanie w siebie. Takie zanurzanie się pod powierzchnię siebie i muzyki pozwala zobaczyć i usłyszeć znacznie więcej, niż to, co dzieje się na powierzchni. Wszyscy chyba tego potrzebują. Być cichym w zamęcie świata. Ja miałem to szczęście, że sięgnąłem po gitarę. Mogę powiedzieć, że muzyka mnie ułożyła i układa, i to tak układa, że czuję się potrzebny, że widzę sens, że umiem się cieszyć. No i kocham swoją żonę, choć to nie jest kategoria umiejętności, ale właśnie zajrzenia w siebie i odpowiedniego ułożenia się z drugą osobą.

Muzyka jest też idealnym lekarstwem na stres. Bo to nie jest tak, że po próbie, po koncercie, kiedy napełnię się muzyką, zajrzę w głąb, wracam do codzienności, jestem oazą spokoju i wszelkie troski świata mam za sobą. Jak mnie coś przybije czy mam doła, sięgam po instrument i gram dla samego siebie. I to działa. W tym sensie działa, że robi się lżej, że w takim oddaniu się muzyce pojawiają się rozwiązania. A to ładuje baterie.

Twoja wymarzona gitara?
Na jednej bym się nie zatrzymał. Są trzy podstawowe typy gitar: klasyczna, akustyczna i elektryczna. Przynajmniej po jednej z nich (elektrycznych) chciałbym mieć. Na pewno firmy Ibanez, Fender (model Stratocaster) i PRS. Klasyczne i akustyczne? W tym przypadku nie wzbudzają one we mnie aż takich namiętności co elektryczne. Może firma Martin? Gitary hiszpańskie? Ale tylko dlatego, że uwodzi mnie muzyka flamenco.

Plany
Obecnie ogrywam gitarę firmy Yamaha (na zdjęciu) i z nią chciałbym w najbliższym czasie wystąpić. Jeden koncert już zagrałem z Julią i z nową gitarą. W minionym roku udało nam się wystąpić kilka razy. Mówiąc „nam” mam na myśli dwuosobowy zespół Voice Acoustic Band, czyli Julia i ja. Mam nadzieję, że w tym roku 2023 dołączy do nas kolejna osoba i duet zmieni się w trio.

Julia jest młodą, bardzo zdolną wokalistką. Wygrała wiele konkursów. Dotychczas skupialiśmy się na coverach. Uznałem, że w ten sposób Julia okrzepnie scenicznie, zdobędzie doświadczenie. I tak się stało. Na wspólnych występach, z utworami znanych wykonawców, zaczęliśmy prezentować utwory autorskie. Po reakcjach publiczności widziałem, że to nasze osobiste dzieło porusza słuchaczy, więc te plany są związane właśnie z naszą twórczością.

Subscribe to our newsletter!

Administrator Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz