Ty szczylu je..ny

W TV relacja z meczu piłki nożnej. Mama krząta się w kuchni. Tata siedzi przed telewizorem. Ich syn, 12-to letni chłopak, męczy się z butami – ma iść na spacer z psem. Jedno ze sznurowadeł się zapętliło. Nie może sobie poradzić. Prosi tatę o pomoc.

– Ty szczylu jebany! – Krzyczy do syna w chwili, gdy jeden z najskuteczniejszych piłkarzy świata strzela bramkę.

Znam tatę chłopaka od dawna. Kiedyś był radosny, spokojny i zapewniał, że rodzina to dla niego świętość.

Odkąd jego syn poszedł do szkoły zaczęła się „walka”: odrób lekcję, posprzątaj, umyj się, wyprowadź psa, idź po chleb, wrzuć brudne rzeczy do kosza, myj wannę po sobie, spuść wodę, od tygodnia cię proszę o czytanie lektury, w kogoś ty się wdał.

Tata zaczął też walczyć o awans zawodowy. Wywalczył, ale coraz częściej nie miał czasu. Zaczął się spieszyć. Denerwował się, zajmował tysiącami rzeczy, próbował ogarnąć świat i siebie wmawiając sobie – wszystko mam pod kontrolą.

Naciskając guzik w pilocie był przekonany, że trzyma rękę na pulsie. Oglądał TV – mecz, serial, horror. W międzyczasie złorzeczył tym, którzy wkraczali w jego odpoczynek. Oganiał się od natrętów, żeby się zrelaksować.

Kładł się do łóżka bez sił, bez nadziei i radości. Zasypiał z postanowieniem, że następnego dnia coś tam wypełni, dopełni, osiągnie, w imię standardu cywilizacyjnego. Wyobrażał sobie, że musi utrzymać się na powierzchni, dotrzymywać kroku innym, zachować fason, bo jak nie…? „Lądujesz w dołach społecznych i wytykają cię palcami” – wyjaśniał.

Przypadkiem, przez uchylone drzwi, dowiedziałem się w jaki sposób zapewniał sobie relaks. Złorzeczył wykrzykując „Ty szczylu je..ny”.

Rano, o godzinie 5, gdy odsłaniam zasłony jest ciemno. Wydaje mi się, że na zewnątrz jest otchłań – ciemna i zimna i że już tak będzie zawsze. Rozkładam karimatę i ćwiczę. Po 30 minutach w oknach jest jaśniej. Odwożę żonę na stację PKP. Przed nami, na parkingu, zatrzymał się samochód. Ktoś z niego wysiadł. Ktoś kogoś podwiózł do pociągu, tak jak ja podwiozłem żonę. Odjeżdżam. Z drewutni przynoszę drewno. Otwieram szybę w kominku. Przyglądam się. Ogień tańczy. Za mną, spowity pokój w budzące się słońce przedzierające się przez gęste chmury.

Każdy pretekst jest dobry, by przeklinać na kogoś lub na coś. Zmęczenie i znużenie sprzyja rozdrażnieniu, ale to nie jest usprawiedliwienie, żeby mówić do dziecka „Ty szczylu je..ny”.

Mógłbym przekląć chmury, które nie wpuszczają światła, bo uznałem, że ze światłem będzie mi lepiej. Czy ja to pępek świata? Czy ziemi będzie ze światłem lepiej? Czy ona, ziemia, chce spać, a światło jej przeszkadza, tak jak nam, kiedy zmęczeni nakrywamy się kołdrą i szukamy pod nią ciepła?

Słyszę miauczenie kota. Łasi się przy moich nogach. Chce wyjść na dwór – w szary budzący się dzień, w zimno, w śnieg. Uchylam okno balkonowe. Kot zgrabnie przeskakuje próg, ląduje na tarasie. Wbiega pod stół ogrodowy. Podążam wzrokiem za kotem. Docieram do kompostu. Kot znika, a ja, patrzeniem, ląduję na pniu brzozy. Wspinam się po gałęziach. Docieram do pustej budki, którą wiosną zasiedlają szpaki. Czuję jak odpadają ode mnie przekleństwa, kłótnie, dąsy, pośpiech, szukanie lepszego miejsca w świecie, zabiegi o osiąganie, przypodobywanie się, dopasowywanie do tego, co powinno być i do tego, co nie powinno być.

Im jestem wyżej, tym jest jaśniej, tym mniej potrzebuję, tym mniej we mnie zabiegów o to, by być lepszym i ważniejszym. Zapominam, że chcę osiągnąć sukces. Że chcę mieć pieniądze i znaczyć więcej od innych. W tym pozbawianiu się bagażu staje się jakiś taki lekki. Zdaję sobie sprawę, że to moje wspinanie się po brzozie jest na niby, że dokonało się bezwiednie, bezwolne i dzieje się obok mnie, ale to obok mnie, jakby drugi ja, przygląda się tym odpadającym ode mnie rzeczom, spadającym na kompost, obijającym się o gałęzie. „Obok mnie” widzi rozpadający się gamach koncepcji, z których jestem zbudowany. Pozornie, ten drugi ja, jest wspólny ze wszystkim tym, co wydaje mi się, że jest mną, ale on (drugi ja) nie jest mną, nim, ani tamtym. Zachęca mnie do wsłuchania się w zgiełk budowanego domu po sąsiedzku; pokazuje mi glinki (niewielki akwen wodny) leżące nieopodal; wskazuje na Park Mazowsze. Podążam za zachętami i wpadam w horyzont, w punkt łączący niebo i ziemię. Jest cicho. Słyszę terkoczącą betoniarkę i zgrzyt piły tnącej kantówkę, ale ten hałas jest cichy, jakby wcale mnie nie dotykał i nie przeszkadzał mi.

Cisza i spokój spowijają mój sprzeciw jak kokon. Moja złość na ojca chłopaka przycicha na chwilę. Ale „Ty szczylu je..ny” zostaje jak echo. Rodzi bunt. Mój bunt rośnie.

Z dworu dobiega wołanie kota. Otwieram i zamykam okno. Idę do kuchni. Słyszę truchcik za sobą. Siadamy. Ja na krześle, kot na terakocie. Zaczynamy jeść śniadanie.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz