Bogdan

Zakładając, że życiem człowieka rządzi przypadek, to – gdzie miejsce na wybór i wolną wolę? – Mógłby ktoś zapytać.

Podobnie, można założyć, że życiem człowieka rządzi przeznaczenie, coś co z góry determinuje w jaki sposób żyć będziemy i co nam się przydarzy. I w zależności od tegoż przeznaczenia staniemy się lepsi, gorsi lub nijacy.

Silni ludzie (w sensie charakteru), mogą być przekonani, że kierują własnym życiem, biorą je za twarz i modelują podług własnej woli i na wymyślony (przez siebie) kształt.

Chcąc by wilk był syty i owca cała, nie wikłając się w teorie, odrzućmy gdybanie, podejdźmy do tego bez założeń teologiczno-filozoficzno-domorosłych, spójrzmy na pewien ciąg zdarzeń, bez przypisywania im sprawczości sił wyższych, niższych czy uwiarygodniając je własnym silnowolnym sprawstwem.

Szkoły są różne i w zależności od tego, co tam się komu w życiu przytrafiło, widzi to życie przez okulary własnych doświadczeń i opowiada o zmaganiach z własną historią, teraźniejszością, snując plany na przyszłość.

Oddajmy zatem głos nam samym. Dlaczego? Z wielu powodów. Jednym z nich, chyba najważniejszym, jest wzajemne się poznawanie, przypatrywanie się temu co innym w duszy gra. Być może stanie się to przyczynkiem do naszego rozkwitania ku dobru, do zaspokojenia ciekawości, do zrozumienia naszej kondycji i naszego miejsca w świecie (w Socjusie też).

Tymi „do” można by założyć sporą rodzinę. Gdyby ktoś nie wiedział, to my tutaj, w Socjusie, współtworzymy taką rodzinę, a jednym z synów (córki też są) tej społeczności jest Bogdan. Naturalną koleją rzeczy jest, że właśnie Bogdan poszedł na pierwszy ogień i to on opowie do jakiej szkoły należy (jeśli w ogóle się przypisuje do jakiejś).

Zanim opowie o sobie, jedno słowo wyjaśnienia, dlaczego on pierwszy. Z punktu widzenia dżentelmeńskiego wypadałoby palmę pierwszeństwa oddać w dłonie niewieście, ale Bogdan… Praca, którą włożył w organizowanie Ruchu Abstynenckiego na Mazowszu, zaangażowanie i wiele innych jego działań, predestynują go, by cykl pt. „Ja-Ty-Ono- My” rozpoczął się jego opowieścią. Do powstania socjusowego bloga też przyłożył swoją rękę.
Oddajmy mu głos.

Moja obecność w Socjusie nie była przypadkowa. Zdecydowałem się przestać pić. A jak się zdecydowałem, to się dowiedziałem, ruszyłem cielsko i doszedłem do Socjusa. Po kolei wyglądało to tak.

Najpierw rozpocząłem terapię. Było to w czasach, kiedy funkcjonowało coś takiego, co nazywało się „Terapią Minesota” opartą na trzech krokach A-owskich. Polegało to na tym, że oprócz terapii, czyli głównego dania leczenia, pacjent musiał (obowiązkowo) korzystać z mitingów AA lub przebywać w Stowarzyszeniu (wtedy w Klubie). Takie były obowiązujące zasady, więc je zaakceptowałem i zacząłem wychodzić na prostą. Przez trzy lata uczestniczyłem w mitingach jednocześnie zaglądając do Socjusa, o którym się dowiedziałem w przychodni.

Patrząc z pewnego dystansu mógłbym powiedzieć, że to nie był przypadek, tylko planowane działanie. Miałem dość siebie, dość picia, dość rozwalania wszystkiego. Jaki miał być efekt tych postanowień? Tego nie wiedziałem, bo efektu zaplanować, w tej materii, nie można. Wiele piciorysów niezbicie to udowadnia. Efekt działań jest przypadkiem? Może. Ważniejsze jest chyba co innego. Należy zrobić pierwszy krok, żeby dać sobie szansę, bo pierwszy krok ma wielki potencjał, jest jak rozpoczęcie budowy nowej drogi, która może doprowadzić do miejsca, w którym zobaczymy, że budowanie jest o wiele lepsze od rozwalania.

No więc zrobiłem ten pierwszy krok i wylądowałem w miejscu, które teraz nazywam „bezpiecznym miejscem”, które mnie wspiera i pokazuje inne wzorce (te, w których nie ma miejsca na alkohol). Tak było wtedy i tak jest teraz. Jeśli ktoś wymyśliłby sobie, po roku, pięciu czy nawet dwudziestu latach abstynencji, że nie potrzebuje takich miejsc, że jest panem sytuacji, to igra z ogniem.

Swoim doświadczeniem z owych bezpiecznych miejsc podzieliłem się w książkach, które napisałem. Pierwsza z nich, pt. Stowarzyszenia abstynenckie, organizacja na dziś i jutro, wydana w 2014 roku, powstała w skutek niemożności.

Nie jest tajemnicą, że dynamiczne i efektywne działania wymagają środków. Więc aby je pozyskać dla naszego środowiska, również po to, by Stowarzyszenie mogło w ogóle funkcjonować, zastanawiałem się, co zrobić. W tamtych czasie, owe środki można było pozyskiwać w drodze Konkursu Ofert, ale na rynku była posucha. Żadnego poradnika. Niewiele wskazówek. Więc z tej niemożności na drodze pozyskiwania, postanowiłem temat zgłębić i zgłębiłem go na tyle, że do szuflady odłożyłem sporo notatek, pomocy i wskazówek. Dzięki nim nauczyłem się jak przygotować start w Konkursie Ofert. Nauka nie poszła w las, więc stwierdziłem, że dobrze będzie, aby inni stawali częściej w obliczu możności, a nie w niemożności. Tak powstała książka.

Druga z książek, Stowarzyszenia Abstynenckie na Mazowszu – rehabilitacja, rozwój, działanie, wydana w 2021 roku, jest czymś w rodzaju skondensowanej wiedzy na temat ruchu abstynenckiego na Mazowszu.

W książce, chyba po raz pierwszy w Polsce, pojawia się temat czegoś takiego, czym jest Stowarzyszenie Abstynenckie, konkretne Stowarzyszenie, z jego nazwą, adresem, z nazwiskiem prezesa, ze wspomnieniami członków, fotografiami. Novum w tym wydaniu jest to, że relacje w nim zawarte, nie są anonimowe. Według mnie formuła anonimowości się wyczerpała. To było też powodem mojego odejścia z ruchu A-owskiego. Stawiam na konkret z nazwiskiem. Uważam, że anonimowy człowiek, który przychodzi po pomoc, zwiększa swoje poczucie wstydu. To jest mój punkt widzenia. Oczywiście anonimowość nadal jest obecna, i nie ma co się czarować – choroba alkoholowa nadal jest wstydliwa. Umiejętność mówienia o tym głośno, mam tu na myśli pewną możliwość mówienia o tym rzeczowo, a nie bieganie i otrąbianie całemu światu, jaki to jestem odważny, bo potrafię głośno mówić, że jestem „chory na wódkę”. Chodzi mi o możliwość mówienia o swoim problemie w majestacie podmiotu, określonego, nazwanego, bo to ugruntowuje, daje siłę, pokazuje sens, że ja, konkretny, staram się żyć trzeźwo nie chowając się za przybudówki.

Znajdują się tam (w książce) również informację o naszej współpracy. Mówiąc naszej mam na myśli Mazowieckie Centrum Pomocy Społecznej i Mazowiecki Związek Stowarzyszeń Abstynenckich (Bogdan jest prezesem MZSA – przyp. red). Notabene, książka jest dedykowana pracownikom MCPS-u za pomoc, zrozumienie i wielkie serca.

Bardzo lubię pić syrop z brzoskwiń. Na dzień dzisiejszy to mój najsmaczniejszy napój. Broń Boże nie jest to jedyne moje pożywienie. Z treściwszych wiktuałów wybieram… Tak… Na pewno. Pieczona karkówka.

Miejsce moich marzeń? Chyba takiego miejsca nie ma. To znaczy ono jest, ale nie w sensie scenografii, topografii, współrzędnych geograficznych, rekwizytów go wypełniających, przyrodniczych anturażów. Miejsce, dla mnie, to przede wszystkim ludzie, z którymi coś robię, działam, współpracuję. Miejsce to relacja, wzajemna pomoc.

Kobiety? Wszystkie są piękne, ale skoro jestem przy tablicy i za pomocą trzech słów mam napisać wypracowanie o moim widzeniu piękna, to proszę: blondynki; wysokie; szczupłe.

Czas jednego lidera bezpowrotnie musi zostać zapomniany. Ogrom wiedzy potrzebnej do skutecznego działania i zadań jakie stoją przed członkami Stowarzyszeń wymaga zorganizowanego działania zespołu ludzi – ze Wstępu
Przedstawię historię jednej rodziny, ale nie anonimową tylko taką, która jest pośród nas, funkcjonuje i da się z nią porozmawiać. Przedstawię też historię trzech organizacji będących członkami naszego Związki – ze Wstępu

Subscribe to our newsletter!

Administrator Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz