Miłość na wojnie

Po małych udogodnieniach widać jak żyjemy wygodnie. Człowiek leży na tapczanie, siedzi w fotelu, z kubkiem herbaty, może pojada czipsy, przegryza czekoladę.

Wciskam mały guziczek. Bez podnoszenia się, bez wysiłku wyświetlam elektroniczne teatrum przed oczami. Oglądam fabuły filmowe, wywiady z gwiazdami i gwiazdeczkami, spory polityczne, publicystyczne pogadanki. Słowem narracja, konfabulacja i medialne kalki we mnie wpadają.

Czyli w kogo wpadają? Pytam siebie refleksyjnie. Chcę dopełnić swoje poszukiwanie, dopytać, kto mi to wrzuca i dlaczego się na to godzę, ale moją uwagę zajmuje rozmowa polityczna na ekranie.

Prawica z lewicą się spiera. Dół chce wykluczyć górę zarzucając jej błędy i niekompetencje.

Początek sporu jest logiczny, poparty faktami. Ale im dalej w las, im bardziej jedna strona chce wykluczyć drugą, logika schodzi do podziemia, a jej miejsce zajmują emocje wyrażane inwektywami. Dalej to wiadomo. Zaczyna się naparzanka.

Korci mnie by zająć któreś ze stanowisk. Opowiedzieć się po jednej ze stron, ale, nauczony niezliczonymi godzinami spędzonymi przed telewizorem wiem, że będzie to dolewanie oliwy do ognia. Strony pozostaną stronami jeszcze bardziej się nienawidząc i wykopią dół najgłębszej głębokości.

Więc co? – ręce opadają. – Jestem bezradny i nic nie mogę? A gdyby tak zadzwonić do redakcji, zasugerować, żeby pani redaktorka moderująca rozmowę polityczną zaczęła od postawienia politykom (i samej sobie też) pytania o miłość, to wtedy obecni w studiu, przekierowani w lepsze obszary samych siebie, nastrojeni dobrymi uczuciami, bo miłość jest najwspanialszym z uczuć, to zamiast wojny polsko-polskiej rozpoczęłyby się rzeczowa rozmowa i zasypywanie głębokości?

Mam wątpliwości, bo przecież wszelkie oficjalne spotkania, debaty, wywiady przed swoimi premierami zostają określone – zostają im nadane ramy merytoryczne.

Należałoby się przygotować do pytania o miłość, zdefiniować ją (miłość), przyjrzeć się jej wariantom, żeby zbudować wspólną platformę, wypracować zrozumiały język, by nie hasać pojęciami od Sasa do Lasa jak to miało miejsce w wojnie domowej XVIII-tego wieku, kiedy to jedni chcieli do Augusta II „Sasa”, a drudzy do Stanisława Leszczyńskiego „Lasa”.

Problemy się piętrzą. Mam zgryzotę. Telewizyjnego warsztatu przygotowawczego nie znam, ale znam warsztat „Socjusowy”, bo chyba wszyscy ze Stowarzyszenia Abstynenckiego przechodzili przez takie wstępne definiowanie pojęć i przygotowywali się do rozmów na temat alkoholowych racji, które ani chybi ocierały się (cokolwiek lub przynajmniej) o miłość. Więc niektórzy z nas abstynentów wiedzą, że miłość to nie tylko uczucie między ludźmi, ale miłością (na tamtym nietrzeźwym etapie) nazywaliśmy własne relacje z wódką.

Skoro tak – podsumowuję. Jaki jest sens rozmawiania z nietrzeźwym? Chyba tylko taki, aby spróbować mu pokazać, że może ma problem.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz