Endorfina

Miałem wyrobiony pogląd na zrównoważony rozwój, o którym trąbiono w mediach. Ale nie na gospodarczy. Na mój własny. Właśnie szedłem edukować się w zakresie porzucania picia piwa i wódki. Gdy jest się niezrównoważonym wewnętrznie, trzeba własne niedoróbki rozpoznać i ogarnąć w praktyce, żeby wyjść na prostą.

Myślałem więc, zmierzając do przychodni odwykowej, w jaki sposób dokonać tego rozpoznania. I wtedy natknąłem się na moją znajomą, którą znałem prawie od jej urodzenia, jako że byłem od niej sporo starszy.

Miała na sobie czarną sukienkę z białymi mankietami i białym kołnierzykiem. Talię ściągnęła czarnym pasem z białą kwadratową klamrą, na stopy włożyła czarne zgrabne czółenka. Czarne rajstopy dopełniały jej ubiór. Na ten widok ożywiłem się i aż przystanąłem, gdy zobaczyłem jej włosy zaplecione w dwa warkocze. Cóż za uczniowska kreacja dla kobiety po czterdziestce! Powściągnąłem jednak swoje prześmiewcze zapędy. Nie mogłem sobie przypomnieć jak ma na imię dziewczyna, którą niegdyś przyprowadziła do mnie jej mama, a ja, małomiasteczkowy fotograf, robiłem zdjęcie temu, chyba pięcioletniemu dziecku. Na głowie miała kolorową, wełnianą czapeczkę. Po co? – pomyślałem. Było ciepło. Czerwiec. Pozostałą część stroju dopełniał elegancki sweterek robiony na drutach z sześcioma drewnianymi guzikami i pomarańczowa spódniczka.

Rozbawiony wspomnieniem, przypomniałem sobie jej imię. To była Endorfina.

Słysząc jej imię po raz pierwszy, zdziwiłem się. Teraz odpaliłbym kompa, wpisał do wyszukiwarki to dziwne imię i algorytm sztucznej inteligencji wyłożyłby mi jak na talerzu wyczerpującą odpowiedź, co to imię i to słowo znaczy.

A tak? Zdany byłem na domysły. Mieszkałem wtedy i pracowałem jako fotograf w małym miasteczku. Było ono dla mnie centrum świata. Moi rodzice byli jak prehistoryczny lud osiadły, co to przywiązał się do swojej chaty, chadzał wciąż w tych samych, nijakich ubraniach i nie wyściubiał nosa poza własny płot. Chcąc nie chcąc przyswoiłem sobie to ich wąskie widzenie rzeczywistości.

Urodzony kilkanaście lat po wojnie, radziłem sobie jak umiałem bez telefonu komórkowego i Internetu. Odwołałem się zatem do mądrości życiowych dziadka i doszedłem do wniosku, że dziwaczne imię Endorfina jest jak narośl rakowa na zdrowej, lokalnej tkance homogenicznego społeczeństwa mojej mieściny. Miałem w pamięci obraz fotografowanego dziecka w nieprzystającym do szarej rzeczywistości stroju „od czapy”, dziewczynki która, idąc ulicą ze swoją mamą sprawiała, że wszyscy przechodnie oglądali się za nią. Jej ubioru nie potrafiłem dopasować do małomiasteczkowej masy. Powątpiewałem jednak chwilami w te swoje-nieswoje sądy. Poglądy dziadka ulegały erozji.

Kolejnym „strojem” Endorfiny, który nadszarpnął rodzinne kalki mojej świadomości, był jej kapelusz. Szedłem na jakiś ślub robić zdjęcia. Zobaczyłem ją przy Urzędzie Stanu Cywilnego. Była zaproszonym gościem. Miała wtedy czternaście, może piętnaście lat.

Przyzwyczajony do mody peerelowskiej, oswojony z szarzyzną ubraniową lat 70 i 80 XX wieku, nagle spostrzegłem dziewczynę w kapeluszu retro, wypisz wymaluj takim, jaki widziałem na starych przedwojennych filmach. Wyglądało to tak, jakby pośród stada wróbli pojawił się paw z rozłożonym ogonem.

Te obrazy – kolorowej wełnianej czapeczki i wykwintnego kapelusza – nałożyły się na współczesne warkocze Endorfiny, na biały kołnierzyk oraz czarną sukienkę z paskiem. Sprawiły, że chciałem się z kobietą przywitać i przypomnieć jej swoją osobę.

Twarz miała pogodną, uśmiechniętą. W chwili, gdy podawała mi dłoń przy powitaniu, urzekły mnie jej wesołe oczy. Próbowałem sobie przypomnieć ją obrażoną… Nic! Nawet na małego jej focha nigdy się nie natknąłem.

Otwierałem usta, żeby powiedzieć jej, jak w ostatnim czasie mają się moje sprawy, ale wyrosła przy nas jak spod ziemi, jakaś przypadkowa kobieta. Niby pytającym, ale natarczywym głosem zagadnęła Endorfinę: – Pani ma może papierosy?

Endorfina, jakby nigdy nic, wyjęła z torebki chusteczki higieniczne i podała je kobiecie z grzecznym „proszę”.

Obdarowanej zrzedła mina. Pośpiesznie od nas odeszła.

Dopadła mnie refleksja. Minęły lata naszej znajomości, byliśmy dorosłymi ludźmi z bagażem doświadczeń. Ja zgorzkniały, z pogubionymi ideałami, planami, zbierający rozczarowania i faszerujący się złudzeniami, słowem człowiek bez celu i sensu. W dodatku lądujący na dwumiesięcznej odwykowej terapii. A ona? Endorfina taka sama jak dawniej. Pogodna i niewzruszona. W kolejnym stroju, w kolejnej fryzurze, w kolejnej odsłonie, ale ta sama. Jakby nie zabierała ze sobą nigdzie bagażu i nie taszczyła go. Czy tajemnica tkwiła w jej kreacjach i fryzurach, dzięki którym podkreślała swoją indywidualność? Zdawała się być tożsama ze sobą. A ja przy niej czułem się jak nieokreślony człowiek bez właściwości. Czy dlatego piłem?

Autorka akwareli: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz