Identyfikator

Dojechałem pod wskazany numer. Budynek z czerwonej cegły. Na frontowej ścianie wisiało kilka czerwonych tablic informacyjnych. Napisy rozmazane przez odległość między mną a nimi, przez deszcz, który lekko zacinał w twarz i kropla po kropli wciskał się w moją kurtkę.

Podszedłem bliżej. Napisy się wyostrzyły. Czytam. Ani śladu czegokolwiek, co by wskazywało, że w tym właśnie miejscu znajduje się siedziba Straży Miejskiej.

Niemożliwe mi się wydało, że siedziba tak ważnego organu porządkowego miasta byłaby nieoznakowana. Ale kto wie? – Pomyślałem. Kto wie? W dobie elektronicznego obiegu informacji, po dwóch latach zmagania się z pandemią, po niezliczonych godzinach spędzonych przed ekranami mogłoby to być możliwe. Wierzyłem w moc wskazywania i informowania treści przekazywanych z wnętrz serwerów rozsianych po całym świecie. Bo kto mi wskazał adres, pod który się udałem? Komu zawierzyłem i dałem się przekonać, że prawda wyświetlona na ekranie jest prawdą ostateczną i nieodwołalną?

Wchodzę więc do budynku pewny, że wskazany adres w wyszukiwarce jest tym adresem. W kieszeni miałem wezwanie, by stawić się w organie umocowanym prawnie, by przed tym organem złożyć wyjaśnienia.

Dzień wcześniej zaparkowałem samochód. Dzień wcześniej, widząc wolne miejsce w gąszczu samochodów zostawiłem auto na kawałku chodnika, który to kawałek okazał niedozwolony, to znaczy dozwolony, ale dla tych, którzy posiadają identyfikator.

Oczywiście powinienem przeczytać informację umieszczoną na tablicy przed wjazdem na wewnętrzne podwórko kompleksu budynków, że chodnik jest zastrzeżony, obłożony wymogami, naznaczony prawnymi formułkami, regulującymi, dyscyplinującymi, określającymi.

Cokolwiek bym powiedział, i jakkolwiek próbował wytłumaczyć swoje wykroczenie, prawo jest prawem i należy je przestrzegać, ponieważ regulacje regulują nie po to, by komuś uprzykrzać życie, ale po to, by móc w ogóle funkcjonować. Zgodziłem się z takim podejściem. Zaakceptowałem i poddałem się rygorom. Ale do diaska, po wejściu do budynku z czerwonej cegły, dowiaduję się, że siedziby Straży Miejskiej od kilku lat w tym miejscu nie ma! To jak to? – myślę. Oni mnie tu mandatami obkładają, a w Internetach wisi informacja z błędnym adresem? Domagam się od portiera, grzecznie, informacji, co w tej sytuacji mam zrobić. Sugeruję, że nie ruszę się z miejsca nim nie złożę wyjaśnień i nie poddam się rygorom – nie gdzieś, ale tutaj, bo tutaj zostałem skierowany informacją pobraną z Internetu.

Stojąc przed mężczyzną w mundurze (chyba Straży Przemysłowej) zamarzyło mi się mieć taki identyfikator. Roztoczyłem wizję, że z karteczką umieszczoną za szybą samochodu, zidentyfikuję się i będę rozpoznawalny dla wszystkich służb, porządkowych i dyscyplinujących, miasta.

Podzieliłem się swoim wywodem ze strażnikiem, co on skomentował zwięźle i krótko: „Z pana punktu widzenia to tak wygląda – wczuj się pan w naszą rolę”.

Zostałem wyproszony na deszcz, w pochmurną aurę miasta z sugestią, by za pomocą aplikacji w telefonie wyszukać odpowiedni adres. Złowieszczo zabrzmiało to „odpowiedni”. Za jednym tropem wyszukiwarki już poszedłem, to jaką miałem gwarancję, że drugi trop doprowadzi mnie celu?

Zły i niepocieszony jakoś nie szło mi wczuwanie się w rolę. Wyszukiwania też jakoś mi się odechciało. Jednak wiedziałem, że muszę dotrzeć do siedziby Straży Miejskiej i wyjaśnić, że przez nieuwagę wjechałem tam gdzie nie powinienem.

Poszedłem do najbliższego przystanku tramwajowego z myślą, że identyfikatory, tak naprawdę niczego nie rozwiązują. Namnażają się, generują wciąż nowe i nowe regulacje, a ich twórcy łudzą się, że miasto stanie się przyjazne dla wszystkich. A ci wszyscy? I ja z nimi? Łudzimy się, że zdobędziemy identyfikator, który raz na zawsze rozwiąże problemy.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz