Pod ławką

Wchodzę do budynku kościoła. Czy wszedłem do Kościoła? Wchodzenie jest czynnością i czy się wchodzi do sklepu, do pociągu czy gdziekolwiek trzeba poruszać nogami. Niby jest to oczywiste, proste i leżące poza uwagą, ale przecież wchodzenie otoczone jest tysiącem zdarzeń.

Weźmy wchodzenie pod stromą górę. Po minucie, albo po pięciu minutach człowiek się zasapie, puls przyspieszy, pojawiają się myśli (u tych ze słabszą kondycją), gdzie by tu przycupnąć. A jak przycupnie na kamieniu, być może usłyszy głos zięby albo kowalika, zauważy mech na pniu buka, ominie zapracowanego żuka wałkarza, albo powie, żeby wchodzenie się już skończyło, bo lepiej schodzić jak wchodzić.

Nie byłem dziś w górach, ani w lesie. Wszedłem jednak do budynku kościoła. Usiadłem w ławce, w prawej nawie, na samym końcu. Przy stole pańskim stał starszy zboru. Obok niego parafianka. Czytali fragmenty Starego i Nowego Testamentu. W ławce pastorskiej, w prezbiterium, siedział pastor. Widziałem go przez trzymetrowy świerk przystrojony bombkami. Rozejrzałem się. Po fryzurach, łysinach, profilach głów i ubraniach rozpoznałem wielu z obecnych. Uśmiechnąłem się do siebie na myśl, że znam niektórych z nich od lat, spotykam się z nimi przy niedzielnej herbacie, rozmawiamy, słuchamy się wzajemnie.

I znów miałem wrażenie, takie samo jak to, gdy stałem przed budynkiem kościoła i zastanawiałem się czy wchodzę do Kościoła czy budynku kościoła, że moje bycie z innymi jest oczywiste, jak wchodzenie, a jednak nie było oczywiste, bo zobaczyłem, że ta oczywistość otoczona jest tysiącem zdarzeń.

Oczywiście na świerku nie siedział kowalik, ale słyszałem głos organów. Pod ławką na pewno nie krzątał się żuk wałkarz i niczego nie wałkował, ale krzątał się pastor przy chrzcielnicy – chrzcił malucha. Kaznodzieja świecki siedzący w ławce pastorskiej szlifował ostatni akapit przygotowanego kazania – miał za chwilę, zgodnie z rozpiską liturgiczną i wskazaniami Kościoła, wejść na kazalnicę i opowiedzieć o Janie Chrzcicielu.

Do ławki, w której siedziałem, dosiadła się mama z czteroletnim synkiem. Chłopczyk miał książeczkę. Wiercił się. Rozglądał. Pytał mamę o coś głośno. Uspokajała go, mówiąc, że jak się jest w kościele, to trzeba siedzieć cicho.

Przyznałem w duchu rację mamie. Oczywistym jest, że będąc na nabożeństwie należy się zachowywać godnie. Siedziałem więc jak mysz pod miotłą, ale coś mnie korciło. Poczułem się jakbym był małym chłopczykiem. Nachyliłem się do dziecka, znaliśmy się trochę (kilka miesięcy wcześniej uczyłem go jak pociągać za sznury, aby dzwony ładnie dźwięczały). Popatrzył na mnie trochę zaskoczony. Zapytałem go czy dostał może od Mikołaja zabawki z serii „Psi patrol”. Dostałem – odpowiedział. Przycupnęliśmy. Schowaliśmy się w ławce (ławki w tym budynku kościoła są obszerne). Oprócz jego mamy nikt nas nie widział. Niewidoczni zaczęliśmy rozmawiać. Mama patrzyła na nas i się uśmiechała. On opowiedział mi, że ma komplet patrolowy: dużego tira, a w nim różne mniejsze samochody i psie figurki.

Słyszałem słowa kazania kaznodziei świeckiego. Mówił, że chrzest jest czymś w rodzaju zanurzania się, ale nie tylko w wodzie, ale w Duchu Świętym. Pomyślałem, że my tutaj, prawie pod ławką, też jesteśmy zanurzeni w opowieści o „Psim patrolu”, w naszej znajomości, w słuchaniu i patrzeniu. I nagle dotarło do mnie, że my, we dwóch, i z jego mamą i ze wszystkimi w kolejnych ławkach, a nawet z nieobecnymi żukiem wałkarzem i kowalikiem jesteśmy w Kościele. To było takie oczywiste.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz