Murarska robota

Siedzę w kuchni u koleżanki. Jestem u niej po raz pierwszy, choć widok za oknem znajomy – mieszkałem przed laty na tym osiedlu.

Pijemy herbatę. Rozmawiamy. Zerkam na jeden z bloków. Mieszkał w nim Mareczek. Wszyscy mu zazdrościli. Miał specyficzny urok, którym przyciągał dziewczyny. Lgnęły do niego. Widuję go czasem. Zapuszczony, przepity, ledwie chodzący, z zachrypniętym pijackim głosem. Po trzydziestu latach „spożywania” trzyma się jeszcze, ale kobiety omijają go łukiem.

W kolejnym bloku, przypominam sobie, rodzina Mateckich. Czworo ludzi. Rodzice i dwóch synów. Zapomniałem, że dawno temu rozmawiałem z nimi. Najpierw umarła matka. Tragiczny wypadek w pracy. Podczas przerwy śniadaniowej weszła do zgniatarki złomu. Ktoś nie zauważył, wcisnął guzik, stalowe ruchome ściany, napędzane hydrauliczne, zgniotły jej wątłe ciało. Jej mąż nie mógł się pozbierać po stracie. Rozpił się. Tak bardzo, że serce nie wytrzymało.

Synowie zostali sami. Byli pełnoletni, ale nie umieli gotować, prać, sprzątać i doglądać domu i siebie. Firanki w oknach brązowiały. Kto by się jednak przejmował szczegółami? Wolni, z planami w głowach, układali przyszłość, chcieli podbić świat, bo z taką wolnością można wszystko, bo nikt nie ogranicza, bo nikt nie zrzędzi więc postanowili kształtować siebie i przyszłość podług swojej wygody i chcenia.

Niestety, podeszli do życia wybiórczo i wybrali z niego niewielki fragment, nazywając go „kulturalnym i kontrolowanym piciem”. Przestali się oglądać. Za to z dnia na dzień, coraz częściej i gęściej przyglądali się trunkom w butelkach, szklankach i kieliszkach.

Młodszy z braci, po dwóch latach wolności, kultury i kontroli przycupnął w bramie w jednej z kamienic na mieście i już nie wstał.

Starszy brat żył rok dłużej. Wprowadziła się do niego dziewczyna. Mówił, że dzięki niej, dzięki miłości uratuje się przed tragicznym końcem. Walczył. Kilka razy wylądował na neurologii w Tworkach. Służba zdrowia podreperowała go na chwilę. Lekarz prosił go by skończył z alkoholem. Zaproponował leczenie, spotkania w klubie abstynenckim. Przyrzekł sobie, że tak zrobi.

Pilnował się przez dni trzydzieści. Obwieścił światu, że jest czysty. Zaplanował życie na kolejne lat trzydzieści. Wolny, z postanowieniami, z ułożonym samym sobą zobaczył swoją wielkość i moc, które mogą wszystko. Nowa droga życia, skrojona do własnych potrzeb i wyobrażenia, stała się świetlista. Przeszkody zniknęły. Świat stał otworem, a wraz z nim otworzyły się drzwi sklepów z alkoholem. A że w Polsce, gdziekolwiek człowiek spojrzy tam drzwi są otwarte, daleko nie musiał szukać. Przy tym znał swoje możliwości. Przywołał z pamięci magiczne słowa o kulturalnym i kontrolowanym piciu. Zgrabnie skrojony wewnętrznie monolog podlał zachwytem swoich dokonań. Wszak stał się osobą nietuzinkową. 30-to dniowy post, niczym Jezus na pustyni, sprawił, że rzucił się w wir pracy. Stał się murarzem i własnymi rękami zbudował wirtualną konstrukcję, pod którą się schował i się jej uczepił – miała go ochronić przed złem wszelakim.

Zachwycając się swoim dziełem postanowił przypieczętować sprawę – żeby konstrukcja się nie rozeschła. Więc kupił trunki nawadniające, podlał należycie i do rana opowiadał swojej ukochanej, o ich wspólnej przyszłość. Nad ranem pogrążył się w delirium. Rozdarło go na kawałki. Interwencja służby zdrowia tym razem nie pomogła.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz