List drugi

Hej, hej, Noworocznie!

Już zaczynają się pohukiwania petard za oknem, choć stary rok jeszcze chwilę potrwa.
Te podziały na początek czegoś i koniec, tak naprawdę są sztuczne. Doświadczam tego teraz, zastanawiając się, od kiedy skończyło się Twoje okazjonalne popijanie, a wciągnęło Cię bagno picia.

Pamiętam szczególnie jedną sytuację, ty także ją pamiętasz, na pewno inaczej. To wydarzyło się jakby zupełnie niedawno, jeszcze w tym roku. Sprawdzam. W kalendarzyku domowym (a zgromadził mi się już cały ich stos, co najmniej z 11 lat!) z tego roku – nie ma takiej wzmianki. Znajduję ją w kalendarzyku z roku 2021, data: 30 września, czwartek, DZIEŃ CHŁOPAKA: Zapaść Marka… I wraca to nieodwracalne wspomnienie: poszliśmy na obiad do pizzerii, gdzie jakieś dziesięć dni wcześniej wylądowaliśmy rodzinnie, zajmując cały stół, Ty, Twoja była żona, Basia i Zosia – Wasze córki, ich partnerzy i ja – babcia. I wtedy, w pewnym momencie, diabeł w ciebie wstąpił: zacząłeś wyrzucać z siebie głośno agresywne bluzgi, chyba pod moim adresem, aż siedzący obok inni konsumenci rozglądali się z konsternacją i przerażeniem. Która to już była butelka wina? Zareagowała odważnie tylko Twoja była żona, zwracając Ci głośno uwagę na niestosowne zachowanie. Dziewczyny – moje wnuczki, skręcały się ze wstydu za Ciebie, swego bardzo kochanego Tatę. Właściciel pizzerii, który aż do tego dnia traktował Cię z sympatią, (dość często tu przychodziłeś, nie sam, kupiłeś tu znakomitą oliwę) także nie krył zniesmaczenia. To było światełko alarmowe!

I wtedy, tego feralnego „Dnia Chłopaka” znowu tam poszliśmy, tym razem we dwoje. Pieszo. Od domu dzieliła nas odległość dwóch, dość długich przystanków autobusowych. Szłam, ciągnięta przez Ciebie, jak krowa na postronku – wypominałam Ci – ale Ty, mimo chęci – nie potrafiłeś dostosować się do mojego ślimaczego tempa (niestety, od pewnego już czasu tak chodzę). Ty z kolei szedłeś coraz bardziej chwiejnym krokiem. Gdy byliśmy już więcej, niż w połowie drogi do domu, zaproponowałam, żebyśmy usiedli i odpoczęli chwilę na ławce przy małym placyku pośród krzewów, pod oknem na parterze sąsiedniego bloku. Ty usiadłeś i po chwili zwaliłeś się z ławki. Próbowałam Ci pomóc, podając rękę, przekonując gorączkowo, byś wstał – wszystko na próżno: nie reagowałeś. Sytuacja stawała się dramatyczna, ponieważ mnie coraz bardziej przynaglała potrzeba fizjologiczna, zaś bliskość okna na parterze bloku uniemożliwiała jej zaspokojenie. Nie chciałam Cię zostawiać w takim stanie. Ale nie mogłam dłużej się powstrzymywać, cierpiąc w dodatku na tę właśnie przypadłość.

Z rozpaczą w sercu, ruszyłam do domu , który był już tak niedaleko, w odległości może 40, 50 metrów. Zostawiłam Ciebie, leżącego bez ruchu i świadomości obok, czy pod ławką. Zadzwoniłam do Ciebie: odezwał się właściciel pizzerii. Zostawiłeś tam telefon. Próbowałam zebrać myśli: co robić? Na szczęście, dzień był jeszcze długi i ciepły. Ale Ty nie wracałeś, widocznie wciąż jeszcze nie wytrzeźwiałeś. Zadzwoniłam, pamiętam jak przez mgłę, do przyjaciółki, której mąż długo borykał się z chorobą alkoholową: radziła, żeby nie śpieszyć się z interwencją, musisz sobie poradzić, nie jesteś przecież dzieckiem. Ty później oburzałeś się: jak mogłaś zostawić dziecko w takim stanie i pójść sobie do domu! Jak mogłaś! W obu tych reakcjach, słowo „dziecko” nabierało całkiem innego znaczenia.

Upłynęło już chyba jakieś półtora godziny, a Ciebie wciąż nie było. Dzwoniłam na telefon alarmowy, na policję, ale nikt się nie kwapił Ciebie szukać, tym bardziej, że nie potrafiłam dokładnie określić miejsca, w którym się znajdowałeś. W tej sytuacji zaczęłam się ubierać, żeby iść po Ciebie, tym bardziej, że już się ściemniało. A wtedy rozległ się dźwięk dzwonka. W drzwiach stali dwaj młodzi policjanci, trzymający Ciebie za ramiona – bez majtek, z „fletem na wierzchu” – jak to określili; spodnie opadły ci na kostki. „Tak go znaleźliśmy” – oświadczyli. Ty znalazłeś się w sytuacji wielkopańsko: „Panowie, zapraszam na kolację!” Nie wiem, czy młodzi policjanci mieli okazję obejrzeć wcześniej „Dzień świra”, z niezapomnianym Markiem Kondratem. W każdym razie, podziękowałam im gorąco za doprowadzenie do domu marnotrawnego.

Za oknem i na ekranie telewizora miasto świętuje: nastał rok 2023.
Oby opisana tu sytuacja należała już nieodwołalnie do przeszłości.
Wierzę, że życzenie to jest także Twoim, i że się spełni.

Mama.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz