Podeszwy gumofilców

Koniec grudnia. Na dworze ciepło jak na początku wiosny, tej wczesnej, najwcześniejszej. Po kilkudniowych deszczach ziemia obeschła. Idę popatrzeć i posłuchać, co u roślin zimujących, jak sprawują się robaki w ziemi.

Po kilku krokach zatrzymuję się przy zdrewniałych i zbrązowiałych aksamitkach – nie zdążyłem sprzątnąć roślin jesienią. Wracam do domu i przebieram się. Wiążę szalik pod szyją. Nie zaszkodzi. Ciepło ciepłem, a wiatr w grudniu może przewiać i nawiać wirusy do nosa. Opatulony, w gumofilcach, w kapeluszu idę pracować. Od schylenia do schylenia. Od wyrwania do wyrwania. Rozgrzewam się. Po piętnastu minutach aksamitki lądują na kompoście.

W innej części ogrodu widzę rozplenioną gwiazdnicę pospolitą – zielony dywan. Gęsty i miękki. Roślina lubi ziemię zasobną w próchnicę i jak trafi na taki przysmak, rośnie na potęgę i wypuszcza białe drobne kwiatuszki.

Wyciągam glebogryzarkę. Wlewam paliwo. Odpalam maszynę. Zaskoczyła do razu. Silnik pracuje głośno. Przypominam sobie babcię, moją poprzedniczkę – też lubiła ziemię i się nią zajmowała. Gdyby była gdzieś w pobliżu ani chybi wypomniałaby mi, że dzień taki, jak 31 grudnia jest do świętowania, a nie do pracowania. Mimo wszystko wciskam sprzęgło maszyny i wgryzam się jej zębami w ziemię, w miejscu gdzie rośnie dywan rozgwieżdżony zielono.

Idę do domu, żeby się napić (herbaty!) W kuchni widzę wnuczka nie-wnuczka (mniejsza o szczegóły rodzinne). Leży na podłodze. Wyciera plecami terakotę. Krzyczy. Płacze. Histeryzuje. Wydaje mi się, że jest podobny do glebogryzarki: głośny, zgrzyta zębami, wypuszcza spaliny złości. Obok niego mama – próbuje go uspokoić. Poszło o soczek. Pięciolatek miał smaka (nie na maka!) na jabłkowy. W domu był pomarańczowy, więc dostał to, co było. Jeden i drugi rodzaj smaku zaspokaja pragnienie, więc skąd tak wielka złość u brzdąca?

Złość, złość, złość – przetacza mi się w głowie. Skąd ona? Najpierw pragnienia, chcenia – niezaspokojone i niezrealizowane wywołują frustrację. Stąd-stamtąd krok do złości.

W pamięci pobrzmiewają mi podobne sytuacje z różnych lat i z różnych okoliczności. Po takich ekscesach pojawiały się pytania: Co robić? Jak uzdrowić dziecko? Dlaczego w ogóle się złościmy? Czy możemy jakoś tę gwałtowność zmienić?

W ostatnich latach pojawiło się wiele teorii na ten temat. Otarłem się o nie. Mówiono o nich w Socjusie, na konferencjach, spotkaniach i warsztatach. Właściwie to od początku ludzkiego świata mówi się o tym, że człowiek gwałtowny powinien się zmieniać na lepsze, ponieważ… Wiadomo dlaczego: złość to destrukcja, a…? No właśnie. Zastanawiam się, jakiego użyć słowa do opisania tego, co nazywamy nie-złością.

Skoro podjąłem próbę odpowiedzenia sobie na to pytanie, zaczynając od „początku ludzkiego świata”, to okazuje się, że tych odpowiedzi-podpowiedzi było i jest bardzo dużo. Najstarsze z nich, tak sądzę, pojawiły się w starożytnym Egipcie. Później były kolejne, kolejne aż do współczesnych poradników pt. np.: „Jak ….. złością? (W miejsce wykropkowane wstawiane są różne słowa).

Mam ochotę sięgnąć po któryś ze sposobów starszych czy nowszych i doradzić mamie pięciolatka, który z nich zastosować, by dziecko przestało się złościć, ale przyłapuję się na tym (takim globalnym oglądem i refleksją), że to stawanie się „bez złości” jakoś nam (mnie też) nie wychodzi.

Wracam do ogrodu. Odpalam maszynę. Prowadzę ją trzymając rączki (jedna z gazem, druga ze sprzęgłem). Zielony dywan gwiazdnicy miesza się z ziemią, zmienia swoje kształty i konsystencję. Teraz ziemia staje się miękka i puszysta. Przyjazna?

Pod stopami czuję tę miękkość i znajduję słowo do nazwania nie-złości. Ziemia jest łagodna. Czuję tę łagodność jak wypełnia żłobienia w podeszwach moich gumofilców.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz