Abarot w szrot

Ścieżka, która przez lata była skrótem na glinki żbikowskie (od kilku lat to miejsce nazywa się Park Mazowsze), zniknęła. Zabudowano ją, ogrodzono murem, posiano trawę. Nowy właściciel tego kawałka ziemi (skrótu) miał prawo dysponować swoim terenem dostosowując go do swoich potrzeb. Nawyki jednak są mocne. Ileś tam osób, przyzwyczajonych przez lata do chodzenia skrótem ponarzekało, może nawet rzuciło przekleństwo w eter. Czas jednak robi swoje. Nadkładanie drogi, po kilku miesiącach, stało się nowym standardem.

Chcąc nie chcąc, a chciałem, poszedłem na spacer (o piątej rano? W grudniu? Niektórzy moi znajomi mówią, że to patologia), do Parku Mazowsze. Poszedłem drogą odciętą od skrótu, między polami, domami i zeschłą trawą na poboczach. Niebo było ciemne, bez gwiazd. Nie zabłądziłem jednak. Palące się latarnie oświetlały drogę. I nagle usłyszałem rozmowę dwóch pieszych. Szli z naprzeciwka. Ich głosy z każdym moim i ich krokiem stawały się wyraźniejsze. Mijając ich, usłyszałem:

Nasycą się nowym układem, a później znów nasrają, zakręcą, kołem obrócą. I abarot w szrot starego wskoczą, myśląc, że w nowej dupie się znaleźli.

Domyśliłem się, że pieszy posłużył się słowem z gwary więziennej. „Abarot” oznacza „z powrotem”. Szrot to miejsce ze starymi częściami samochodowymi.

Odruchowo, zasłyszane słowa, cokolwiek zwulgaryzowane, puściłem mimo uszu. Zajmowałem się spacerem, oddychaniem rześkim powietrzem. Ludzka gadanina przemknęła obok.

Zanurzyłem się w pusty park. Zatrzymałem się na drewnianym molo i wpatrzyłem w wodę.

Znów usłyszałem słowa pieszego, ale tym razem wybrzmiały one w mojej pamięci. Usystematyzowałem je i zobaczyłem ich sens. Tak, zobaczyłem, a nie zrozumiałem.
Na tle pomarszczonej wody, szeleszczących trzcin i głosów kaczek zobaczyłem mechanizm sięgania po własne błędy, którymi się posługujemy w relacjach, myśląc, że są nowe. Budujemy nimi mury, zza których się porównuje, ocenia, wybiera, zajmuje stanowiska, namawia się do wstąpienia w szeregi, pokazuje się kij, którym można uderzyć przeciwnika. Na murach wywiesza się transparenty z informacjami, że tutaj, w tym miejscu, znajduje się lepsza wersja rzeczywistości, o którą należy walczyć w imię dobra i sprawiedliwości – oczywiście uprzednio posługując się starymi błędami, określając, co to znaczy „dobro” czy „sprawiedliwość”, i według swojej, wymyślonej sztuczki w głowie, przypisuje się tym znaczeniom wyłączność i jedynie-słuszność.

Działając zza muru przyglądamy się przedpolu, które można poprawić, przekształcić, na nowo uformować. Które można obsiać dowolną sztuczką logiczną i nie-logiczną, poustawiać tak słowa, by pasowały do każdej tezy, wymienić, wyrecytować i przytoczyć 250 dzieł 15-tu myślicieli, uznanych przez ludzkość za wartościowych z nadanym tytułem „arcy”. Zależnie, kto jakie dzieła przeczyta, jaki profit mu życie przyniesie i od kogo ten profit otrzyma, przypisuje siebie do czegoś, określa siebie, konstruuje poglądy obstając, że są jedyne, unikatowe i należą wyłącznie do niego, broni tych zdobyczy jak własnego życia, mami się, że Virtual i DataBase w chmurze są prawdziwe. No to jak pojawi się na świecie 8 miliardów ludzi, a tyle ich jest, albo coś około tej liczby, to w chmurze mamy skonstruowanych poglądów 8 miliardów, a pomnożone przez miliard, bo każda okoliczność stwarza nowe wariacje i kombinacje, więc w takim ruchu, natłoku, przepychance, robi się straszne tarcie. Więc zaraz: temperatura, zgrzyt, pękają zęby w trybach. Wszyscy rzucają się do naprawy, krzyczą, że są specjalistami, zdobyli dyplomy, mają tytuły „arcy”. Zawijają rękawy. Biegną na szrot, przynoszą stare części i zapewniają, że przywrócą sprawność maszynie. Zwalczają tych, którzy twierdzą, że ich części są lepsze.

Przyglądam się pływającym kaczkom. Widzę je w refleksach światła. Na tle ptaków, kołyszących się trzcin, bezlistnych drzew, marszczącej się powierzchni wody, widać jak na dłoni to podrygiwanie i pękanie zębów w trybach. Dlaczego tam to widać? Widać, bo rano, w ciszy, stojąc na brzegu stawu, można zauważyć, że tu nikt niczego nie wymyśla, nikt, nikogo nie namawia do walki, nie przekonuje, że przemoc w pewnych okolicznościach jest słuszna.

Ludzie mają dużo maszyn wojskowych. Obecnie widać to jak na dłoni w Ukrainie. Jacyś tam wojskowi mają guziki, czerwone, zielone albo czarne. Po naciśnięciu czerwonego, jeden dom mieszkalny zamienia się w gruzy. Po zielonym, infrastruktura krytyczna miasta się rozpada. Czarny, może unicestwić całe miasto, Pruszków na przykład, a w nim Park Mazowsze, kaczki, rośliny i spacerujących ludzi.

To jest unicestwianie na poziomach lokalnym i globalnym, a spieramy się, kto ma rację, kto działa w imię dobra. Dobro gdzieś się zapodziało. Stało się pojęciem w chmurze, atrybutem wymyślonego bóstwa. Uciekło, bo nie ma miejsca dla niego w umysłach, w sercach.

Nie! To nie jest krytyka tego, co jest. To, co jest – jest: kropka. Opisuję mechanizm. Zaobserwowany. Wyłaniający się i pokazujący swoje oblicze. Oblicze człowieka kombinującego, zabiegającego i zdobywającego.

Przyglądając się wodzie, widzę wodę i staram się nie uczestniczyć w „abarot w szrot”. Staram się, ale nie odcinam, bo i nie ma jak tego zrobić. Za murem się nie schowam? Jestem i w żadną mysią dziurę nie wejdę. Więc „abarot w szrot” mnie dotyka. Może mnie unicestwić. Czy mam na to wpływ? Nie wiem. Wiem jednak, że mogę wyjść o piątej rano na spacer do Parku Mazowsze i z uwagą, w ciszy, przyglądać się pływającym kaczkom.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz